Po raz trzeci z rzędu wyjazd nad Nedre Dalalven w moim wypadku nie wchodził w grę. Sławek trochę oponował zmianie, ale mając też w zanadrzu pomysł eksplorowania Saaimy z jego lodzi - niezbyt stanowczo. Gdzieś tak na przełomie stycznia i lutego A.D. 2013, studiując fora internetowe i przeglądając filmiki z YouTube doszliśmy do wniosku, że trzeba wybrać się do Finlandii na sandacze. Sandacz to "Kuha", czyli o tytule już wszystko wiemy.

Te piękne ryby występują chyba we wszystkich fińskich jeziorach, w których jest głębiej niż 3 m i jest trochę skalistego dna. Rzecz w tym, że my zamierzając na nie przyjechać z tak daleka, musieliśmy wybrać takie miejsce, które jest z nich znane. W domniemaniu - sandacze występują tam w dużej ilości. Oraz, co oczywiste, da się w ich okolicy namierzyć względnie tanie miejsce noclegowe. Łatwo nie było, bo Finlandia jest dość droga dla polskiego turysty, szczególnie dla poszukującego ideału w postaci "prąd i ciepła bieżąca woda za rozsądne pieniądze". Ostatecznie wybraliśmy niewielką miejscowość nad jeziorem Paijanne (drugie co do wielkości w Finlandii). Nocleg w domu gościnnym lokalnego koła łowieckiego, kompletnie wyposażonego, z sauną, klimatyzacją, przestronną werandą i co najważniejsze - miejscem do spania dla 6 osób - spełniał nasze wszelkie wymagania. Jedynym minusem było to, że nie był nad samym jeziorem. Jednak czy dystans 600 m to rzeczywiście minus?!

Nasze terytorium łowieckie

Ekipa

Jak do tej pory jeździliśmy we dwóch. Nie dlatego, że tak bardzo nam zależało na wyłącznie własnym towarzystwie. Jakoś tak się składało, że koledzy i przyjaciele Sławka ostatnimi laty nie mogli w wybranych przez nas terminach wyjechać. Ja mam natomiast bardzo niewielu znajomych kolegów wędkarzy, z których część, podobnie jak w przypadku znajomych Sławka nie mogła się "dopasować terminowo" lub - jak wielebny Picker - woleli jechać na poważne rybobranie typu Lofoty itd.

W tym roku przyjęliśmy jednak troszkę inne kryterium naboru. Cóż, obaj musieliśmy zmierzyć się z konstatacją, że po naszym ziemskim padole chodzą ludzie drodzy nam, ale z różnych powodów będący na ostrym zakręcie swojego życia. I nie powinni na nim pozostać sami. Wynajęty na dwa tygodnie dom mógł bez dodatkowych opłat być zamieszkany przez 6 osób. Paliwo... przecież tak czy owak zamierzaliśmy pokonać ponad 1300 km w jedną stronę. Tak narodził się pomysł zabrania na naszą wyprawę dwóch starszych panów - pana Włodka i pana Mariana. Obaj w swoim życiu złowili wiele ryb, choć raczej nie w formule spinningowej. Obaj potrzebowali odskoczni od codzienności. Obaj sami raczej nie wybraliby się na taką zagraniczną wyprawę. Nie bez znaczenia był też fakt, że obu panów łączą z nami więzy rodzinne: p. Włodek jest ojcem Sławka, a p. Marian moim wujkiem. Seniorzy po pewnych wahaniach zgodzili się uczestniczyć w wyprawie i tak z bandy dwóch powstała banda czterech.

Takich 4 jak my...

Logistyka wodna i lądowa

Zwykle stawialiśmy ze Sławkiem na wzajemną niezależność w naszych rybarskich eksploracjach. Jej najważniejszym elementem było to, że każdy z nas miał swoje pływadło. Ponton Sławka bez problemu mógł obsłużyć dwóch wędkarzy, mój może z pewnymi niewygodami, także dwóch. My jednak wychodzimy z założenia, że pływanie samodzielne to dwa razy więcej informacji zebranej z terenu, to dwa razy większe terytorium poznane i dwa razy mniej konfliktów wynikających z ciągłego przybywania razem. Ten ostatni czynnik ma bardzo wymierny charakter, bo obaj mamy wiele odmiennych poglądów i podejść. Sławek - jako drukarz z zawodu jest do bólu skrupulatny, dokładny, metodyczny we wszystkim co robi. Ja, będąc skrupulatnym i dokładnym humanistą, przy Sławku jestem narwańcem, pędziwiatrem i bałaganiarzem. Sławek jest zwykle zafiksowany na wymiarze jakościowym i ilościowym rybołapania (ryby muszą być duże, musi być ich dużo i muszą się dać złapać), ja zadawalam się samą frajdą łapania ryb. Sławek jest też motorowodniakiem, co oznacza, że lubi dużo pływać w poszukiwaniu łowisk. Ja uważam, że czas poświęcony na przemieszczanie się w tak bajecznie rybnych wodach to czas ukradziony wędkowaniu. Nie trudno więc zauważyć, że przy takiej różnicy podejść stałe przebywanie ze sobą na jednym pokładzie groziłoby konfliktami.

Wielkość jeziora Paijanne i obecność dwóch seniorów wymusiły na naszej logistyce zmiany. Na wypadek wietrznej pogody i dużych fal postanowiliśmy zabrać łódź kabinową Sławka. W regularnej "eksploatacji" miała służyć Włodkowi i Sławkowi. Planowaliśmy też odbycie nią 1 lub 2 perygrynacji całej czwórki. Mój ponton miał służyć mnie i mojemu wujkowi. Ponadto zabraliśmy jeszcze mały pontonik z silnikiem elektrycznym dla Włodka lub obu seniorów do pływania na jakieś pobliskie łowisko białorybu. W praniu wyszło tak, że ten mały pontonik przestał całą wyprawę w porcie, cała czwórka popłynęła łodzią Sławka tylko na zwiad wędkarski pierwszego popołudnia, a wujek spinningował ze mną chyba trzy lub cztery razy. Seniorzy woleli zasiadki na leszcze, jazie, płocie na portowych pomostach, niż pływanie z nami po wzburzonych (tylko chwilowo) wodach miejscowego oceanu.

Problem pokonywania 600-metrowej odległości z domu do portu rozwiązaliśmy dość prosto: z auta mógł skorzystać każdy z nas, bo kluczyki zostawialiśmy schowane w pobliżu pojazdu. Z jednym założeniem - auto musiało czekać w porcie na ostatniego rybołapa. Zwykle tymi ostatnim byłem ja lub Sławek, często razem spływający ok. godz. 2-3 nocy, choć bez jakiegokolwiek umawiania się. Seniorzy wybierali zwykle spacer, chyba że padał deszcz....

Zestaw w trybie marszowym

Pierwsze koty za płoty...

10 czerwca 2013 Zulu Chaca 14.30. Po przebyciu 1300 i kilku kilometrów, 5 km za Jamsa żegnamy się z asfaltem wjeżdżając w leśny, szutrowy dukt. Na poboczach stoją półtorametrowe tyczki wyznaczające w zimie drogę pod warstwą śniegu. Droga wiję się wśród niewielkich, ale dość stromych wzgórz. Po którymś zakręcie ukazuje się najpierw przecinka, a później krzyżówka z widocznym po prawej żółtym domem. Odpowiada z grubsza temu naszemu z fotografii. Zatem lokum znalezione. Mimo braku zarządcy (nie przewidując tak szybkiego dojazdu umówiliśmy się w okolicach 16-tej), wyładowujemy z paki auta i z łodzi wszystkie graty wędkarsko-kuchenno-ubraniowe i wyruszamy na poszukiwanie portu. Wiemy, że jest gdzieś blisko, ale mamy w zasięgu wzroku dwie krzyżówki leśnych dróg, z których każda ma przynajmniej jedno odejście do jeziora. A zapytać nie ma kogo. Pierwszy strzał jest nietrafiony. Droga bowiem po dystansie większym, niż 600m nie wydaje się zbliżać do jeziora i pozostaje sprawdzić moje świeżo nabyte umiejętności kierowcy kategorii B+E w zawracaniu zestawem w leśnych ostępach. Jakoś poszło. Drugi strzał okazuje się tym właściwym. Najbliższe 2 godziny zajmuje nam wodowanie łodzi, składanie pontonów i kompletowanie osprzętu. Przy tej czynności zastaje nas starszy pan podjeżdżający czarnym Volvo. Jak się okazuje to Matti, nasz gospodarz. Zgodnie z przewidywaniami to miły i bardzo uczynny człowiek. Pokazuje nam stanowiska do zaparkowania naszych okrętów, wręcza klucze do domu i umawiamy się na spotkanie następnego dnia w Jamsa w celu dokonania formalności związanych z opłatami za wędkowanie.

Silne popołudniowe słońce odstrasza komary, ale nie odstrasza wielkich końskich much i meszek uparcie starających się nas zjeść. Zlani potem, głodni i napoczęci przez owady, kończymy portową część przygotowań i wracamy domu. Rozlokowanie rzeczy, składanie sprzętu wędkarskiego, obiad to następne 3 godziny. A wszystko jak w transie, bo przecież trzeba jeszcze wypłynąć!

Po 19-tej wchodzimy wszyscy na pokład sławkowego krążownika trzymając po jednym wędzisku i jakimś pudełku przynęt. Kapitan odpala 115-konnego potwora i z cichym bulgotem majestatycznie wypływamy z portu. To cudowna, wręcz magiczna chwila po strasznie długich 12 miesiącach oczekiwania. Wycie do księżyca za nami i całe dwa tygodnie frajdy przed nami. Przemierzamy ploso jeziora wpatrując się w echosondę w poszukiwaniu górek, płytkich blatów, stad białoryby. Górki i blaty pokazują się w dużych ilościach, ale na głębokościach 17-40 m. Podpływamy do jednej, drugiej, trzeciej wyspy... Głębokości mniejsze, a i spady od trzcin - jeszcze kompletnie brązowych - jakby sensowniejsze. Sławkowi coś obgryza ogonek gumki, ja mam niezacięte uderzenie. Wujek zrywa blachę, która mimo napłynięcia nad zaczep nie daje się wyjąć. Pierwsza ryba - szczupaczy ołówek - jest mój, zaraz potem Sławek łapie odrobinę większego zębala i przyzwoitego okonia. Po kolejnym braniu wujek łowi prawie półmetrowego szczupaka. Jak się okaże, największą rybę tego zwiadu. Z wody wygania nas zmęczenie i zimno, dające się we znaki po zachodzie słońca przy każdym podmuchu wiatru. Pomyśleć, że jeszcze 5 godzin wcześniej zastanawiałem się nad kąpielą!

El capitano, el kajako na el lądo!

Domek

Nasze - na dwa tygodnie - rancho

Drapieżni niedrapieżcy

Dajemy sobie 3-4 dni na odnalezienie łowisk sandaczy. To się nazywa mieć węża w kieszeni - wydaliśmy kupę kasy na dotarcie tutaj, a na koniec szczypiemy się z wydatkiem 400 Euro na trzygodzinny rejs z przewodnikiem! A może to nie wąż w kieszeni, tylko ambicja? Trochę jak w dowcipach typu "my ze szwagrem nie takie rzeczy robiliśmy"! Jakkolwiek by nie interpretować tej decyzji, jednym z pierwszych zauważalnych wyników naszych poszukiwań są... leszcze i jazie! Całkiem konkretne jazie i całkiem przyzwoite leszcze. Z przeróżnych miejsc i na różne wabiki. I nie mówimy tu wcale o paprochach, czy mini obrotówkach, lecz o gumach nawet 10-centymetrowych. W sumie to moglibyśmy toczyć wyrównaną walkę z seniorami w te klocki. Panowie bowiem zupełnie nieźle zaczęli sobie poczynać w porcie na koszyczkowo-spławikowe zestawy. Tylko o ile w przypadku ich metody efekty były zgodne z oczekiwaniami, to u mnie i u Sławka 2 kilowy jaź bardzo ostro walący w dużą gumę lub wręcz poprawiający atak na silikon spory leszcz, to jednak pewne dziwo. Zresztą na gumki 5-7 cm nawet płocie się porywały! Mój największy jaź wziął na zestaw szczupakowy prawie w samo południe słonecznego dnia. Taka pora i miejsca typu nasłonecznione, trzcinowo-grążelowe zatoki to dobre miejsce na zabawę z okoniami. I taki był drugi zestaw na łodzi. Drugi, bo pierwszy - właśnie szczupakowy miał za zadanie przyjęcie na siebie uderzenia dużego drapieżcy, gdyby takowy chciał się zaczaić w badanej miejscówce. Chodziło po prostu o to, by nie ciągnąć na delikatnym zestawie konkretnego kaczodziobego, bo to może i emocjonujące, ale też mocno nadwyrężające okoniową wklejankę. Tymczasem to na szczupakową gumę często łapały się jazie i leszcze.

Drapieżny białoryb

Jego Eminencja Jaź

Nasi Seniorzy

Chcieć to znaczy móc...

Dla urozmaicenia białorybowych łowów, tudzież trochę za moją namową Wujek dawał się wywieźć na spiningowe eskapady moim pontonem, choć nie miał wcześniej do czynienia ze spinningowaniem. Miał też złe wspomnienia związane z pontonem. Ale widząc moje i Sławka wędkarskie podniecenie, swoisty amok, sam też chciał spróbować. A przecież chcieć, to znaczy móc! Przerabialiśmy zatem metodycznie prowadzenie gumy, ładowanie wędziska przy rzucie, zacinanie, dobór główek i wabików do warunków łowiska, pogody, pory dnia i światła. Nauka nie była łatwa, bo łatwa nie mogła być. Po pierwsze - nawyki kilkudziesięciu lat koszyczkowania i spławikowania to jednak potęga. I trudno na przykład z dnia na dzień przestawić się na wolne prowadzenie zestawu, w pobliżu dna lub co najwyżej w połowie wysokości słupa wody, bo przecież koszyczek, czy spławik ściąga się szybko! Po drugie - żyłki i plecionki zdolne do zatrzymania konia w biegu, plus wędka typu "do wszystkiego" niekoniecznie pozwalały na osiągnięcie finezji towarzyszącej wielu fragmentom spinningowego rzemiosła... Młóciliśmy więc wodę na kolejnych łowiskach, studiowali dno, rwali na zaczepach lub w oplotach wokół szczytówki kolejne wabiki, rozplątywali ptasie gniazda i powoli odchudzali zestaw Seniora. Muszę tu szczerze przyznać, że byłem wtedy, i nadal jestem, pod olbrzymim wrażeniem uporu, konsekwencji i ostatecznie czynionych przez Wujka postępów. Pod koniec drugiej eskapady podstawy opadu i spinningowego rzutu zostały opanowane, a wabiki coraz częściej meldowały się z podłączonymi do nich okoniami, okonkami, szczupaczkami i szczupakami. Była w końcu taka wyspa w blasku zachodzącego słońca, przy której Wujek w co drugim rzucie wyciągał pasiastego, a ja się... tylko przyglądałem!

Nigdy nie jest za późno na spiningowy debiut

Na tropie kuhy...

Nie oszukujmy się. Nie przyjechaliśmy nad Paijanne po szczupaki. Tym bardziej nie po szczupaczki i okonki. Przyjechaliśmy, aby się nałowić sandaczy i okoni. Tymczasem kolejne dni wyprawy nie przynosiły przełomu w naszych wynikach. Ładne jazie i leszcze na gumy to tylko swoisty folklor. Duża ilość małych i przeciętnych okoni, ledwie wymiarowych szczupaków i jakieś domniemane, sandaczowe puknięcia nie mogły nas zadowolić. Oczywiście przywoziliśmy też ładne okonie, a dwie, czy trzy okoniowe uczty, na których ta ryba pojawiła się w postaci smażonej, wędzonej i grillowanej były prawdziwym, kulinarnym przeżyciem! Ale to ciągle nie to.

Namierzyliśmy też pewne miejsca, które powinny pozwolić na łowienie sandaczy. Ja miałem kilka sytuacji, kiedy ze sporej głębokości holowalem rybę po sandaczowym - według mnie - "kopnięciu", która ostatecznie okazywała się wymiarowym szczupakiem lub dużym okoniem, ewentualnie znakiem zapytania, bo spadała w trakcie holu. Sławek miał podobne sytuacje. Mieliśmy też miejscówki, które czekały na spokojniejszą pogodę, bo przy falach królujących w ich rejonie nie można było ustać nawet na dwóch pokaźnych kotwicach. Swoją drogą amok sandaczowy po raz kolejny dostarczył mi ekstremalnych przeżyć. Jednym z nich było przebijania się do portu przez ponad metrowe fale pontonem o długości 320 cm! Dystans troszkę ponad 2 kilometrów przez ploso jeziora kosztował mnie ok. 40 minut prawdziwego strachu. Najmniejsza chwila nieuwagi to okręt stojący bokiem do fali. 15-konny silnik, który w normalnych warunkach błyskawicznie wprowadza ponton w ślizg, w warunkach skakania po falach to przekleństwo. Dlaczego? Bo nawet lekkie dodanie gazu powoduje skok do przodu! Na przykład w dolinkę między dwoma szczytami fal lub dokładnie na wprost napływającej fali. Powiem tylko tyle, że w porcie byłem totalnie mokry od rozbryzgów i... potu! Usilnie potrzebowaliśmy informacji, której nie udawało się nam pozyskać. Nasz gospodarz stwierdził, że ci, co wynajmowali nasz dom przed nami to sporo połowili, zarówno sandaczy, jak i szczupaków, ale teraz według niego to zły czas, bo pogoda za bardzo się rozhuśtała. Faktem jest, że kilka pierwszych dni było takich, że wiał silny wiatr przetykany chwilami słońca i chwilami mniej lub bardziej intensywnego deszczu.

Tęcza

Eldorado w deszczu

Na nasze nieszczęście Matti nie jest wędkarzem lecz myśliwym. Nie zna miejsc sandaczowych, nie ma też kolegów i przyjaciół, którzy takie miejsca znają. Mimo szczerych chęci nie potrafił nam pomóc. Miły sprzedawca w sklepie myśliwsko wędkarskim z Jamsy nie znał żadnego miejscowego wędkarza specjalizującego się w sandaczach. Jedyny przewodnik wędkarski, o którym słyszał, to właśnie ten od "130 Euro za godzinę". Powoli przychodziło więc zniechęcenie. Sławek nie bez racji przypominał, że tak duże jezioro (60 km długości) to też olbrzymi problem w eksploracji. Ja nieśmiało zaznaczałem, że łowiska sandaczowe i same sandacze muszą być na wyciągnięcie ręki, a my mamy po prostu trochę pecha z powodu pogody i braku informacji. Cały czas próbujemy. W pamięci gps-ów coraz więcej notatek o górkach i spadach, ale jednocześnie coraz więcej przebąkiwań typu "może by tak ponęcić jakieś miejsce i zaczaić się na leszczowe łopaty, jeżeli z sandaczami jest niewypał?".

Pewien przełom nadchodzi 18 czerwca. To pierwszy dzionek, kiedy całe przedpołudnie świeci słońce i na wodzie jest spokojnie. Co prawda po południu już się trochę chmurzy, ale do żadnych pogodowych ekscesów nie dochodzi. Około 22.30 na nowo namierzonym blacie w pobliżu dużej wyspy mam 4 uderzenia na 5 metrach głębokości. W końcu za piątym razem holuję rybę, która na powierzchni okazuje się niespełna 30-cm sandaczykiem. I oczywiście spada mi tuż przy pontonie. To już nie ma znaczenia, bo po raz pierwszy w Finlandii widziałem upragnioną rybę. Czyli one tu są! Czyli, można je jednak złowić! Nadzieja wlewa się do serca jak ciepła mleczna rzeka do buzi malucha! Dla mnie tydzień niepowodzeń natychmiast znika z pamięci. Sławek studzi w domu mój entuzjazm zauważając, że po tygodniu usilnego dłubania w wodzie przez dwóch łowców jeden "miniryb" to niekoniecznie jest powód do dumy, ale ja pozostaję przy swoim. Nawiązałem kontakt z przeciwnikiem i teraz może być już tylko lepiej.

Następny dzień też jest szczególny, choć jeszcze nie za sprawą sandaczy. To dzień wypadków i przypadków. Nie aż takich, jak dwa lata temu nad Dalalven, ale jednak. Dwa razy spada szczytowa przelotka okoniówki i trzeba się trochę zabawić w majsterkowicza. Pada akumulator w echosondzie i przez pierwsze pół dnia czuję "lekko upośledzony". Ma to też swoje plusy, bo bez tego sprzętu postanawiam pobawić się okoniami i w efekcie na gumookonia Storma łowię... ponad dwukilogramowego jazia!

Pasiasty kontra pasiasty Storm

Slider rządzi

Okręt podwodny

Popołudnie obfituje we wrażenia. Już z echosondą sprawdzam kolejne zanotowane wcześniej miejsca. Od 21.30, gdy słońce chowa się za chmurami, a wodę marszczy tylko niewielkie falowanie emocje sięgają zenitu. W jednym z zapamiętanych rewirów mam dwa potężne kopnięcia. Pierwsze trochę przespane przeze mnie, drugie kończy się rozgięciem agrafki po krótkim holu. Cóż, w ferworze walki zapomniałem sprawdzić jej stan. Trzecie uderzenie kilka minut później przynosi pięknego okonia z pięciu metrów. Dalsze rzucanie nie przynosi jednak pobić. Po kolejnych zmianach kolorów gum i gramatur główek, po pierwszej w nocy obieram kurs na port.

Ranek i przedpołudnie następnego dnia cała nasza czwórka poświęca na sprawy organizacyjno-aprowizacyjne. Zakupy w Jamsa, porządki w domu i pudełkach z przynętami, drobne usprawnienia. Napięcie rośnie jak w dobrym horrorze: powoli, ale systematycznie, bo nie tylko ja miałem poprzedni dzień "obiecujący"! Po 17-tej wypływam z Wujkiem na nasz ocean, ale dość wysokie fale szybko przywołują nas do porządku. Nie chcąc rezygnować z łowienia chowamy się za wyspami i w zacisznych zatokach. Gdy po 3 godzinach wiatr i falowanie ustają, docieramy na blat, na którym miałem pierwszy ewidentny kontakt z przeciwnikiem. Znowu są puknięcia. I znowu seryjnie prawie wykwitają nadzieje. Jedna z nich okazuje się na powierzchni sporym okoniem. Druga - po wydawałoby się stuprocentowo sandaczowym uderzeniu i walce - całkiem ładnym szczupakiem! A później... Wujek zacina rybę, holuje szybko i ze spokojem mistrza wyciąga z wody sandacza! Nie to, żeby od razy jakiś olbrzym. Może taki, jak mój urwany, może trochę większy, ale jednak. Pierwszy sandacz złowiony! Wujek jest przeszczęśliwy! Ja też, chociaż drobna, taka "ludzka" gorycz krzyczy... ja się tak starałem, a tu proszę, amator załatwia mnie i Sławka!

Witamy na pokładzie

W innym wymiarze...

Surowe, ale piękne otoczenie naszych wędkarskich zmagań nie mogło pozostać niezauważone. Wspaniale zorze, zachody słońca (wschodów nie oglądaliśmy z powodu zmęczenia), niepowtarzalne klimaty zacisznych zatok, niezliczonych kamiennych wysepek i ostrowów zachwycały i zmuszały do refleksji. Ryby rybami, ale przecież to co przesuwa się nam przed oczami to też wartość. Ja nie zapomnę chwili, gdy uciekając przed wiatrem i falami wpłynąłem pontonem do wnętrza wyspy. Wnętrza jak z planu sielankowego filmu dla dzieci - urzekającego spokojem, pięknem, ale i tajemniczością. Seniorzy w ramach pieszej wycieczko-ucieczki od łowienia znaleźli kilkaset metrów od naszego domu malownicze leśne jeziorko, które zapaliło ich do łowienia. W efekcie zamiast odpocząć od ryb po powrocie z zapałem planowali jego wędkarskie poznanie. A opowiadali o nim z wypiekami na twarzy, jak nastolatki o pierwszej randce.

Nie da się też zaprzeczyć, że najzwyczajniej w świecie zazdrościliśmy Finom. Podróżując naszymi okrętami po zakamarkach jeziora widzieliśmy letnie dacze w tak cudownych miejscach, że ślinka cieknie po brodzie na samo wspomnienie. I nie chodzi o przepych domków, czy przystani, a o ich lokalizację. Do niedawna marzyłem, by pokazać mojej rodzinie krajobrazy Szkocji. Po tej wyprawie sądzę, że kiedyś trafię tu czysto turystycznie. Przynajmniej taka będzie wersja oficjalna...

Archipelag

Brzegowe klimaty

...

...

Śniadanie w zaciszu wewnętrznego jeziora

Ptasi dwór

Sławka i moje marzenie

Kulminacja

Dwa kolejne dni to klasyka: ryby, rybcie, drapieżne leszcze i jazie, "oszukańcze" okonie i szczupaki z 5-7 metrów, dramatyczne spady, czasem okoniowe eldorado - szczególnie u Sławka. Jakiś zajechany kołowrotek...

22 czerwca, Vaheri Zulu Chaca godz. 11 z minutami. Nasz gospodarz stwierdza, że wczoraj wpadł mu w sieć sandacz przy jego daczy na wyspie. Natychmiast mnie i Sławkowi uszy stają jak u myśliwskiego psa! Wiemy mniej więcej, gdzie Matti ma swoją hacjendę. Parzymy na siebie i jest oczywiste, gdzie wieczorem spotkają się nasze okręty. To tylko 4 km od portu. Jest późne popołudnie, po dopłynięciu w okolicę lustruję sąsiedztwo sporej wysepki. Kamienne blaty na 3-4,5 m głębokości, przy brzegu kamienne rafy i trzciny. I dużo drobnicy. I... dużo okoni i okonków uganiających się za nią! Jazda z okoniami trwa do momentu, gdy chcę sprawdzić w telefonie godzinę. A telefonu nie ma! Wypadł za burtę?! Zostawiłem na masce samochodu (wczoraj tak zrobiłem z kluczykami do samochodu, Sławek dzień wcześniej zostawił na noc kluczyki w stacyjce łodzi). Przeszukałem ponton dwa razy, wszystkie kieszenie dwa razy i nie ma. Kotwice w górę i 4 km w ślizgu ze "zjeżonym włosem".

Był w samochodzie. Jaka ulga. Duże dziecko odsapnęło we mnie i wraca na łowisko. A tu przed poprzednio lustrowaną wyspą zwraca moją uwagę kamienny ostrów z trzciną. Dlaczego? Bo woda dookoła niego aż gotuje się od uciekającej drobnicy i ataków drapieżników. Takiego łowienia chyba nie miałem nigdy dotąd: prawie każdy rzut kończy się holem. Okonie, okonie i jeszcze raz okonie. Czasem przyzwoity szczupak. Od godziny stoję w jednym miejscu i rzucam prawie w jedno miejsce! Coś absolutnie niesamowitego, wręcz nierealnego. Po potężnym uderzeniu jestem pewien sporego szczupaka na końcu plecionki. Kilkumetrowe ucieczki przy jazgocie kołowrotka następują seryjnie. Nanocor gnie się do granic możliwości mimo asekuracji hamulcem. Po kilku minutach przy pontonie przewala się cielsko olbrzymiego... okonia. Z pewnością grubo ponad 50 cm! Może nawet 60 cm. Sięgam po podbierak, jeszcze tylko najazd i... olbrzym spada! A było tak blisko. Na haku został spory kawał rybiej wargi, ale przecież bal trwa nadal, pomimo tego, że pan młody właśnie dostał w mordę!

Słoneczko chowa się po 22 za lasem i na żer, jak na komendę, przybywa El Commendante Sławek. Nasza dwuosobowa wataha dzieli się na gorąco wrażeniami i przystępuje do akcji. Pierwszego sandacza przy poprzednio eksplorowanej wyspie łowi Sławek, a później rozwiązuje się z nimi worek! Stuknięcia i pstryknięcia są w co drugim rzucie. Coś absolutnie nieprawdopodobnego. Po podpłynięciu do wyspy od południowego brzegu łowię trzy sandacze w trzech kolejnych rzutach. Po przemieszczeniu o 10-12 metrów bliżej wyspy kolejne uderzenia i dwa spady. W trzecim rzucie potężne uderzenie przynosi olbrzymiego okonia. Nie tak dużego, jak ten urwany przy kamiennym ostrowie, ale jednak potwora - 45 cm! Marzenia stały się faktem. Proszę nie zabierajcie mnie stąd! Spływamy z łowiska kompletnie wyczerpani, totalnie pogryzieni przez komary i pijani wędkarskim szczęściem. Komórka pokazuje 2:30.

Okoń 45 cm

Powrót

Epilog

Ostatni dzień tylko w jednej trzeciej nawiązał do sławetnej nocki. Ryby i rybcie pukały i owszem, ale jakoś tak niemrawo, niezdecydowanie i niezbyt często. Przy kamiennym ostrowie padają tylko dwa ładne okonie. Jeszcze pożegnanie z Mattim, któremu towarzyszy wnuczek i szwagierka, zwiedzanie klubu myśliwskiego... A później już tylko niemrawe pakowanie maneli. Seniorzy cieszą się, że wreszcie wracają do swojej polskiej rzeczywistości. My ze Sławkiem nie podzielamy tej radości. Żegnaj Paljenne.

W gronie przyjaciół

Żegnaj Paljenne

Andrzej Pilipczuk *Andyp*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Pięknie, dawaj namiary i jedziemy. :grin
Piękna kraina. Fotki podniecają, a narracja super.
Pięęęęękneee :)
Fajna wyprawa, wspomnienia.
Tylko pozazdrościć
Namiary... proszę bardzo!

http://www.huvila.net/cgi-bin/pager.cgi?huvila=875&kieli=englanti

matti.tormala@pp1.inet.fi

Lokum jak wyżej jest ok 15 km na wschod od maisteczka Jamsa....
Po pierwsze, Andrzej wielkie dzięki za podzielenie się tak wspaniałą przygodą. Zrobiłeś to w stylu i ze szczegółowością dawno nie widzianą na WCWI! Rzekłbym, że chciałoby się czytać dalsze części, ale te pewnie dopiszą Ci, których zapaliłeś do Finlandii. Muszę przyznać, że nie tak dawno rozmawialiśmy właśnie o wyprawie w sprawdzonym gronie właśnie w tamte rejony. Stąd też pytanie Bartka o namiary. Nie wiem, czy akurat pojedziemy tam, czy nad inne jezioro, bo prawdą jest, że ta nasza, rodzima Kraina 1000 Jezior, to mały pikuś przy tym czym dysponują Finowie (wystarczy spojrzeć na mapę).

Po drugie jest rzeczą bardzo pozytywną, że udało Wam się zabrać (namówić) Seniorów na taką podróż! Chylę czoła przed nimi, przed umiejętnościami, chęcią nauki i przygody. Przekaż proszę pozdrowienia i życzenia 100 lat w takiej kondycji!

Po trzecie, jeśli znajdziesz czas, napisz (o ile wiesz), czy te łodzie widoczne na jednym ze zdjęć, mogły być na wynajem, a jeśli tak, czy masz wiedzę ile takie wynajęcie kosztowało?

Jeszcze raz dziękuję za napisanie i wysłanie do nas artykułu i życzyłbym Tobie i sobie przyjemności częstszej publikacji takich relacji jak Twoja ;)
Mam pytanie dot. fińskiej nazwy sandacza! W moim spisie nazw ryb w kilkunastu językach, sandacz po fińsku to \"kerka\". Więc ciekawy jestem, która nazwa jest oficjalna, a która gwarowa lub lokalna? Kto mi pomoże uzupełnić mój słownik nazw ryb? Z góry dziękuję! HJ
Szanowny kolego HJ, w tłumaczu Google nazwa sandacza po fińsku to Kuha :) pozdrawiam :)
To nie jest prosta sprawa, tłumacz tłumaczem, ale trzeba by zapytać jakiegoś rybołapa z Finlandii, ja takiego nie znam, ale może Autor relacji ma jakiś kontakt, albo prędzej podczas komunikowania się z Mattim padało też to określenie? A może oba są poprawne? Zagwozdka jest :)
Dzięki za wyjaśnienia! Może w jakiejś księgarni znajdę słownik fińsko- polski. Zapisuję obydwie nazwy. hj
Sandacza w Finlandii nie próbowałem ale sandacza pod Finlandię owszem. ;) Wymowa słowa sandacz zależy od ilości Finlandii. :grin

Bardzo ładny reportaż. Dzięki.
Hilary, w najbliższym czasie będę miał info z pierwszej ręki, tzn. od wykładowców fińskiego na UW. Pytania już zadane, na odpowiedzi trzeba chwilę poczekać (wakacje akademickie).
O kurcze, jak pięknie ! Suomi zaliczone jedynie przejazdem - teraz już wiem, że w najbliższym czasie (rok, może dwa) trza będzie ją zaliczyć na wędkarsko :) (Bartuś, szykujemy się ?!?)
Kuha to prawidłowa nazwa sandacza w języku Fińskim, występują inne nazwy ale kuha to jedyna i poprawna nazwa.
Drogi TJ
Bardzo mi miło, że mój tekst tak dobrze oceniasz.
Co do łodzi widocznych w porcie Vaheri to te w 99% należą do Finów albo mieszkających w okolicy, albo po prostu trzymających tu łodzie ( bo na przykład 2 kilometry dalej mają swoją posesję na wyspie... Niewykluczone, że niektóre z nich dałoby się wypożyczyć, ale - za ile i które - nie mam najmniejszego pojęcia. Przed wyprawą Sławek na róznych polskich i fińskich forach informacji o wynajęciu łodzi. Generalnie odpowiedzi w tonie - rzadki przypadek, a jeżeli już, to drogo.
Mogę zasugerować szukanie kwatery, która ma w cenie łódź lub łodzie.
W najbliższym czasie spróbuję podać jakieś namiary na odpowiednie portale, także z opisem wędkarskim jezior.... .
Kilka namiarów na chaty w Finlandii - różne lokalizacje:

Portal - https://www.finlandcottagerentals.com

https://www.finlandcottagerentals.com/index.php?article_id=141&__from_id__=204&area=175&cabin=27
2 tygodnie 25.05.2012 – 8.06.2013 – 998 Euro. Max 5 osób, 25 m do jeziora
https://www.finlandcottagerentals.com/index.php?article_id=141&__from_id__=204&area=175&cabin=26
2 tygodnie – 1178 Euro, max 5 osob, 30 m do jeziora
https://www.finlandcottagerentals.com/index.php?article_id=141&__from_id__=204&area=177&cabin=31
2 tygodnie jak wyżej – 766 Euro, max 4 osoby, 10 m do jeziora…..
https://www.finlandcottagerentals.com/index.php?article_id=141&__from_id__=204&area=175&cabin=32
2 tygodnie 25.05.2012 – 8.06.2013 – 998 Euro. Max 5 osób, 100 m do jeziora
https://www.finlandcottagerentals.com/index.php?article_id=141&__from_id__=204&area=177&cabin=57
2 tygodnie 25.05.2012 – 8.06.2013 – 878 Euro. Max 4 osób, 10 m do jeziora
http://www.huvila.net/cgi-bin/pager.cgi?huvila=668&kieli=englanti
2 tygodnie 25.05.2012 – 8.06.2013 – 500 Euro. Max 7 osób, 150m do jeziora
http://www.lomarengas.fi/booking-information/6555
780 Euro , max 4 osoby
------------------------
A tu kilka informacji typowo \"wędkarskich\"

Spis jezior - http://www.kalaan.fi/luettelo.php głowna strona z opisem łowisk

Sandacz Kuha – jeziora finlandzkie Saimo
hvenkosken viehekalastusalue - http://www.kalaan.fi/kalapaikat/88195/Ahvenkosken+viehekalastusalue.htm
Airiston kalastusalue - http://www.kalaan.fi/kalapaikat/20306/Airiston+kalastusalue.htm
http://www.kalaan.fi/kalapaikat/29195/Airiston+kalastusalue.htm
Ala- ja Keski-Keiteleen yhteislupa-alue - http://www.kalaan.fi/kalapaikat/59195/Ala-+ja+Keski-Keiteleen+yhteislupa-alue.htm
Alajärvi - http://www.kalaan.fi/kalapaikat/89195/Alajärvi.htm
=================================

Joroisten kalastusalue – jezioro obok Joroinen - http://www.kalaan.fi/kalapaikat/16395/Joroisten+kalastusalue.htm
http://www.zanderland.fi/lakes/pyhajarvi.htm - królestwo sandaczy, duzych okoni i szczupaków, oraz salmonidów, region Tampere

http://fishingsaimaa.blogspot.com/2012/06/zander-fishing-at-lake-saimaa-finland.html - wielkie sandacze z jeziora Saimaa – przewodnicy wędkarscy
Dzięki Andrzeju... na pewno prześledzimy, bowiem po głowie chodzi nam napad na Finlandię w nieodległym czasie :)

Jakoś tak w oczy rzuca mi się, że ta odległość od jeziora to dla Finów jakieś zaklęcie marketingowe? Ciekawe, czy jest coś 0 metrów do jeziora, czyli domek na wodzie? :) Żartuję oczywiście, ale jak dla mnie może być nawet i 500 metrów. Jak się idzie jesienią do jeziora to można wszystkie kieszenie zapełnić grzybami (co nie szwedzka ekipo? ;))


PS. Romek (Erwin) jak się nazywało to jezioro z sandaczami w PP? :) Może jest w realu?
Robert. O ile mi wiadomo, wszystkie jeziora w PP są wzorowane na tych z realu. Zarówno rybostan jak i ukształtowanie brzegów czy dna. Linlonlahti, bo z pewnością o to Ci chodziło, znajduje się w pobliżu miejscowości Kirkkonummi.
2014 u mnie odpada, Norge zabukowane ale później why not jak mawiali starożytni rzymianie.