8/10

Relacja o malutkim, kurczącym się kawałku dzikiego świata. Zanim zniknie bezpowrotnie, bez słowa skargi. O „rogu obfitości” na zalanej łące. I o progu numer 70.

Wieczorem stajemy przy ujściu małego dopływu. Woda jest prawie powodziowa. Zalana jest nie tylko kamienista plaża, ale również część porośniętego trawą wysokiego brzegu. Bez przekonania idziemy do ujścia potoku.

Pierwsze rzuty i Maciek holuje rybę. Kilka minut później ląduję ja przy brzegu. Piękna sztuka - 15 kilogramów. Robimy zdjęcia i wypuszczamy. Ryba długo stoi w zalanej woda trawie u naszych stóp.

Wracamy w ujście. Zakładam dużego (18 cm) woblera i w drugim rzucie wyjmuję tajmienia 8 kg.

Za chwile Robert holuje sporego szczupaka. Potem Marek ma wreszcie swojego pierwszego tajmienia (około 5 kg), a Leszek sześciokilowca.

Wyjmuję największy wobler z pudełka. Ukko 22 cm i rzucam daleko. Jest! Kilka skoków, krótki hol i trzymam go w objęciach (14 kg).

Wszystko dzieje się w ciągu dwudziestu minut i w promieniu trzydziestu metrów od ujścia potoku.

Woda w potoku płynie dość czysta i cieplejsza o kilka stopni od tej w rzece. Musiała przywabić tu tajmienie ze znacznych odległości. Na koniec Sasza łowi czterokilogramowego tajmienia i akcja ustaje.

Rozbijamy namioty wysoko na skarpie pomiędzy drzewami na porośniętym mchem rumowisku dużych kamieni. Równego kawałka nie udaje się znaleźć, więc bierzemy, co jest.

Gorący obiad i "otkrywajetsa sałon Kanona" jak mówią Saszki.
Na mapie znajdujemy spore jeziorko, z którego wypływa nasz potok. Jest w odległości dwóch kilometrów od rzeki. Robert z Maćkiem wybierają się na rekonesans, a my wracamy pod ujście.

Do wieczora doliczymy się dwunastu tajmieni. Teraz akcja jest przerywana i ryby nie są olbrzymie. Średnio, co pól godziny jeden. Róg obfitości....

Wracają jeziorowi łowcy. Niosą kilka szczupaków i okonia. Droga i komary mocno dały im się we znaki. Robert zgubił po drodze łożysko z rolki kołowrotka (Tica), a w powrotnej drodze wpadł mu do kałuży dyktafon. Oczywiście zaparował i nie działa.

Robert kładzie go w "salonie". Ciut, ciut za blisko położył, a może obudowa bardziej wrażliwa? Zgodnie z prawami fizyki, dyktafon zmienił stan skupienia, a następnie spłynął prosto w ogień, skwiercząc i dymiąc. Elektronika jakoś się nam słabo sprawdza na tej wyprawie. Sytuacja w salonie powoli się klaruje. EOS Rebel i EOS 10 raczej nie wrócą już do użytkowania. EOS 5 jeszcze rokuje. Wszystko już działa za wyjątkiem autofocusa. No i centralne pokrętło podejrzanie skrzypi.

Późno zbieramy się do spania. Okazuje się, że człowiekowi do spania nie potrzeba wiele. Leszek śpi na ogromnym, wystającym w górę korzeniu, a ja zapadam się w głęboka dziurę pomiędzy kamieniami. Podkładam w nią kłąb rozmaitych ciuchów, ale znikają w niej jak w studni. Dziura, nie dziura i tak śpię jak zabity.

Rano woda niższa o 70 cm, ale nadal mętna i wzburzona. Przy śniadaniu rozwijamy przyrządzone trzy dni temu na surowo lipienie. Teraz, dopiero są wyśmienite - miękkie i aromatyczne. Z cebulą i dodatkiem oleju znacznie lepsze od śledzi.

Zwijamy graty i na wodę. Rzeka płynie nadal bardzo szybko. Mijane progi ledwo wystają spod spienionych fal. Stajemy poniżej jednego z nich i próbujemy łowić.

Rezultatów nie ma, ale znajdujemy pływające przy brzegu pudełko z muchami Marka. Kawał drogi przepłynęło od tamtego progu. Żal, że nie znaleźliśmy cytryn. Trochę na to liczyliśmy. Herbata bez cytryny to już nie to.

Późnym popołudniem rzeka rozlewa się szeroko przed skalistym zwężeniem. Słychać narastający, niski pomruk. Próg numer 70. Po ludzku mówiąc, drugi wodospad. Stajemy kilkaset metrów wyżej i podchodzimy lewym brzegiem. Warto rozpoznać sytuację. Przy takiej wysokiej wodzie może być wesoło.

Slawek

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy