Po powrocie niemal natychmiast czynię przygotowania do kolejnej wyprawy. Zaczynam od planowania zakwaterowania. Jest bowiem wiele możliwości, jednak wszystkie mają jedną podstawową wadę, są bardzo drogie. Ta sytuacja komplikuje i niekorzystnie wpływa na ewentualnych kandydatów wyprawy. Ponadto fakt, iż w Mequinenzie "nie wędkarz" - czyli np. żona - nie ma naprawdę nic do roboty, dziesiątkuje ewentualnych chętnych już na wstępie.

Zostaje nas dwóch: Roj i Karpiarz, czyli Mariusz i Janusz. Skoro tak - proponuję Mariuszowi całkowicie inny wariant wyprawy: tydzień włóczęgi jachtem po Ebro, a drugi tydzień intensywnego polowania na suma w Rio Segre. Mariusz akceptuje i 1 października - w przeddzień moich urodzin - wyjeżdżamy z Aachen w kierunku Hiszpanii.

Drogę pokonujemy szybko i w szampańskich humorach. Kilometry lecą jak szalone i nagle zatrzymujemy się nad Rio Segre, naszym punktem docelowym. Nad wodą ani śladu po wędkarzach. Nic dziwnego - łowić można w godzinach 6:00-0:00. Prostujemy kości na krótkim spacerze wzdłuż brzegu Segre, a nadchodzące sms-y i telefony uświadamiają Mariuszowi, że to moje urodziny.

"Najlepszego, Janusz! Ależ sobie zrobiłeś prezent!" - woła i jednoznacznie wskazuje ręką w kierunku auta, żeby wznieść jakiś toast.

Wstajemy skoro świt. Na brzegu aż roi się od wędkarzy, sami Anglicy. Idziemy w ich kierunku i już widzimy pierwsze sumy. Są piękne i gigantyczne. Zacieramy dłonie i robimy pierwsze zdjęcia.

Następnie wracamy do samochodu i podjeżdżamy pod biuro, żeby pozałatwiać formalności związane z przejęciem jachtu i licencji wędkarskich. Następnie udajemy się w stronę górnego jeziora.

Dojazd do jeziora nie jest wcale łatwy. Najpierw podjeżdżamy stromą, wąską, wykutą w skałach drogą, wysoko w góry, a następnie ostrym zjazdem, po jeszcze węższej drodze do miejsca, z którego stromymi schodami można zejść do malutkiego portu, gdzie stoi nasz jacht.

Po przeładowaniu sprzętu i bagaży oraz po szczegółowym instruktażu w zakresie obsługi jachtu, możemy wyruszać w rejs. Decydujemy jednak, że zrobimy to następnego dnia. Musimy dokupić jeszcze prowiant, podładować akumulatory, no i po prostu odpocząć po wielogodzinnej jeździe, która teraz dopiero daje nam się we znaki.

Następnego dnia, wczesnym rankiem Mariusz spinnerkiem wydłubuje pierwsze sandaczyki, a ja jadę na zakupy.

Niestety jest niedziela i wszystkie sklepy są zamknięte. Wypływamy zatem bez zapasu chleba. Ustalamy, że zatrzymamy się w jakieś zatoczce, a następnego dnia jeden zostanie na jachcie, a drugi skoczy na zakupy łodzią wędkarską.

c.d.n.

Janusz Krótki *Karpiarz*

PS. Szczególnie "starsi" użytkownicy pamiętają świetne relacje autora z wypraw nad Rio Ebro, odwiedzaną przez niego praktycznie każdego roku. I tym razem Janusz w rozmowie telefonicznej potwierdził organizację wyprawy w 2005 r. Zachęcając do udziału lub choćby planowania spotkania z "rybą życia" zamieszczamy, zgodnie z życzeniem autora, cykl reportaży z ubiegłego roku. Artykuły ukazały się wcześniej w serwisie Pogawędek Wędkarskich.


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

slawek:
Ciesze sie, ze mozemy zobaczyc ten tekst na WCWI.
Gdzie w tym roku Janusz?
Znowu Ebro?
karpiarz:
Tak Slawku - jestem zakochony w Rio Ebro i Rio Segre - tym razem jedziemy w siedem osob - do Mequinenzy.
tpe:
Może jeszcze nie w tym roku, ale na pewno dorwę jakiegoś 2 metrowca w Hiszpanii!!! Na razie kompletuję sprzęt.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy