PROLOG

Po kilku ładnych latach rozbratu z moim WCWI-owym pisaniem postanowiłem wrócić na łamy naszego internetowego medium. Powiem szczerze jest mi ogromnie wstyd, że niejako opuściłem naszą społeczność w tym trudnym czasie, gdy wracała w odmęty internetowego oceanu w nowej wersji. Z utęsknieniem czekałem na ten powrót poniekąd tracąc już nadzieję na jego odrodzenie. Na szczęście dzięki ogromnej pracy pasjonatów Nowe WCWI powróciło, powstało niczym Feniks z popiołów. Życie i długa przerwa w dostawie świeżych artykułów, porad i spotkań pokazało, że wielu odeszło w inne zakamarki Internetu. Ruchu za dużo nie było, artykułów jakoś też nie przybywało, więc ja też jakoś rzadziej zaglądałem. Chcąc zmian trzeba zacząć od siebie i małymi kroczkami budować naszą wspólną wędkarsko-internetową rzeczywistość. Mam silne postanowienie wrócić ze swoim pisaniem może uda się jeszcze jakoś ożywić WCWI i jego społeczność.

Kolejny rok za nami, inny niż te które znamy z przeszłości i wspominamy je z rozrzewnieniem. Rok pod znakiem epidemii Covida, zamknięcia, zapachu płynu dezynfekującego, maseczek i gumowych rękawiczek. Wędkarsko też był nieco inny niż poprzednie. Nie zawsze był czas, nie zawsze było wolno, a nieraz zwyczajnie się nie chciało ruszyć czterech liter w kierunku wody. Zacznijmy jednak od początku.

Styczeń, to czas wejścia w nowy, wędkarski sezon, a jak rozpoczęcie to obowiązkowo z trociową wędką w dłoni. Nie mogło być inaczej i tego roku. Drwęce nawiedziliśmy w czwórkę, ale to Darek mógł się napawać widokiem kolejnej złowionej przez siebie troci.

Cóż, ja już jeżdżę za trociami od ponad 25 lat z różną częstotliwością, ale ze skutkiem marnym. Cieszy jednak fakt bycia nad wodą, rozmów, wspólnego wędkowania i tej łazęgi nad Drwęcą, bo nie tylko glinka i miejscówki przy moście kolejowym się liczą. Cieszy fakt, że po raz kolejny nad Drwęcą byliśmy kontrolowani przez patrol PSR. Przy okazji zimowych wypraw snuję plany wyjazdu letniego, czy choćby na zakończenie sezonu, ale do tej pory na planach się kończy… może w tym roku się to zmieni?

Luty, to dla mnie miesiąc pod znakiem kropkowanego drapieżnika z płetwą tłuszczową. Odwiedzam wtedy nizinne ciurki, które zamieszkuje nieliczna, acz wybitnie cwana populacja pstrąga potokowego. Rzeczki są przeurocze, otaczająca przyroda dodaje tego mistycznego czegoś, co pcha nad wodę pomimo, że schodzona, pomimo, że trudna, ale w sumie niedaleka i bliska memu sercu.

To właśnie tam w akwarium nizinnego potoku można podglądać misterium małego ekosystemu. Gdzie krystalicznie czysta woda odsłania swe tajemnice przed uważnym obserwatorem. To właśnie tu z zapartym tchem obserwowałem jak pstrągowa czterdziestka goni mojego czarnego jiga próbując go schwytać. To tu przeżyłem fantastyczny taniec pstrąga na ogonie na krótkim dyszlu i to nic, że się spiął. Pozostawił jednak wspomnienia tak żywe i przyjemne, że gdy tylko zbliżam się do tego zakrętu, tego zwalonego drzewa z dołkiem gęba Gemby śmieje się na samo wspomnienie.

Najczęściej trafiają się jednak maluchy, ale pośród nich są prawdziwe szczwane perełki. Trzeba się do nich dobierać dopóki roślinność nie rozwinie się za mocno, bo w pełni sezonu nie sposób do nich cichaczem podejść.

Marzec, to czas powolnego rozkwitu wiosny, ożywienia przyrody, czas dłuższego dnia oraz przylotów ptasich braci mniejszych. W wodzie też się dużo dzieje, tarło wielu ryb, pierwsze oczkowania na rzecznym zastoisku. Dla mnie cieplejsze dni to ogród i jego uroki, bo na wędkowanie w tym miesiącu jakoś czasu brakło.

Kwiecień, to z reguły dla mnie czas zwiększonej aktywności wędkarskiej oraz szukanie okoni czy pierwszych wiosennych kleni. Niestety ten rok był zgoła odmienny od wszystkich minionych. Lockdown odciął nie tylko mnie od wiosennych łowów, odpoczynku na łonie natury i wolności. Dobrze, że mam ogród, który dał poczucie mikrowolności. Chodziłem i fociłem jak za starych dobrych czasów…


Płynny bursztyn.


Kwiat jabłoni.


Kos u sąsiada.


Kwiat pigwowca.


W zachodzącym słońcu.

Maj, to nizinne polowanie na szczupaki oraz boleniowe podchody w nadwarciańskich ostępach. Obowiązkowy pierwszomajowy pochód odbyłem nad Wartą. Cieszyła samotność, ładowanie akumulatorów, lecz do pełni szczęścia brakowało ryby na otwarcie sezonu. Bolenie skrzętnie omijały moje przynęty grając mi na nosie choć żerując w najlepsze. Zignorowałem srebrne torpedy i zacząłem łowić bliżej dna. Efekt to ledwo wymiarowy szczupaczek, który połakomił się na niepozorną burozieloną gumę.


Mały, ale cieszy bo pierwszy.

Kolejne wyprawy to poszukiwania kleni na mojej pobliskiej Prośnie.

Jak nie łowiłem lub gdy ryby omijały moje przynęty skupiałem się na przyrodzie.


Dzięcioł w ujęciu środowiskowym, ciężko było go podejść niezauważonym.


Na ogródku trafił mi się taki jegomość, ciekawe co to…?

Kilka odcinków Prosny zaniedbałem, kilka odkrywałem na nowo. Jedno było niezmienne, klenie szkoliły mnie zuchwale spinając się czy podskubując moje wabiki. Kilka na szczęście zapozowało.


Na owadzią przynętę wykonaną przez Piotra PGr.


Na coś głębiej schodzącego.

Czerwiec, to boleniowe łowy nad Wartą. Efekt mizerny, ale za to dostałem kolejne argumenty, że fluorocarbon nie zabezpiecza przed szczupaczymi zębami. Całkiem solidny, jak na warciane warunki, esox przewiózł mnie chwilę po nasadzie główki, żeby po chwili obciąć bezlitośnie moje marzenia o ładnej rybie. Może następnym razem… Za to widoki nad rzeką były cudne.


Po warcianych niepowodzeniach kontynuowałem kleniowanie nad Prosną. W swoich łazęgach docieram do odcinka odwiedzanego w zasadzie tylko przez autochtonów i kłusowników. Trudny z ciężkim dostępem do wody. Za to darzył rybami, naoglądałem się do syta kleniowej młodzieży i wypasionych klusek.

Pewnej niedzieli jak co tydzień penetruję mój ulubiony zakręt. Gdy wyjeżdżałem spóźniony nic nie zapowiadało deszczu. Szybko przemieszczające się chmury i mruczenie znad wioski nie wróżyło nic dobrego. Nie pozostało nic innego jak schronić się przy skarpie pod rozłożystymi krzakami. Wtulony w trawy chroniłem się przed deszczem i kontemplowałem otaczającą przyrodę. Wzmagający się wiatr oraz duże krople deszczu zrzuciły do wody owady i inne nasiona oraz liście. Rozpoczął się niesamowity spektakl jednego aktora. W tym nadwodnym monologu pierwsze skrzypce grały klenie. To one zbierały z powierzchni wszystko co mieściło się w ich pyszczkach. Robiły to z taką zaciętością, że nie zważając na pioruny i grzmoty wychyliłem się ze swojej kryjówki, aby wykonać rzut. Na pierwszy ogień poszedł wobler by Sorg, który przeleżał w pudełku ładnych kilka lat. Był duży, dobrze pływał i dawał potrzebny zasięg przy rzutach spod siebie. Wartka rynienka przy samym brzegu skarpy dawała bezpieczną głębokość. Widać było, kilka kleni, które żerowały w najlepsze i zbliżały się do mojego stanowiska. Czekam chwilę w napięciu. Drżącymi dłońmi wykonuję pierwszy rzut. Wobler spada blisko brzegu. Wartki nurt szarpie delikatnie wobler jak bezwładnego owada. Staram się tylko zachować napiętą żyłkę. W ułamku sekundy w prześwietlonej wodzie pojawia się mięsisty, ogromny pysk klenia, który zasysa wobler. Widzę wir na wodzie i delikatne pociągnięcie linki, odruchowo zacinam. Zaczyna się ostra jazda. Kleń za wszelką cenę próbuje dostać się pod zatopione drzewo. Hamulec gra miłą dla ucha melodię. Próbuję nie za mocno przytrzymać rybę w nurcie, jeszcze dwa odjazdy, jeszcze jeden młynek i zjeżdżam po skarpie, aby podebrać kluskę. Ufff.. udał się. Gramolę się na skarpę, mierzę klenia, szybka fotka i do wody. Miarka wskazała 50,5 cm. To mój nowy kleniowy rekord.

Reszta miesiąca mija na kleniowych łowach. Na rozkładzie kolejne trzydziestaki i czterdziestaki. Obok kija też wiele się dzieje.

Lipiec, to dalsza część ponownego odkrywania Prosny. Uprawiając moją wędkarską łazęgę napotkałem na tabliczki wskazujące na monitoring nad rzeką, czytałem o tym już wcześniej, ale pierwszy raz udało mi się na nie trafić. Oznakowanie rzeki i jej monitoring to świetna inicjatywa kolegi Macieja z Kalisza, który prowadzi na Facebooku stronę „Prosna od źródeł”

Informacje znad rzeki, świetne zdjęcia, dbałość o przyrodę i ekosystem naturalnej rzeki, a także walka z kłusownictwem i grodzeniem rzek to tylko niewielki wycinek informacji, które można tam przeczytać. Szczerze polecam nie tylko osobom blisko związanym z Prosną.

Na jednej z miedz, po skoszeniu zboża światło dzienne ujrzał pewien słupek. Myślę, że to jakiś słupek graniczny z czasów zaborów, a może coś innego? Sam nie wiem.

Sierpień, to czas urlopu. Huraaa! Więcej czasu dla rodziny, więcej czasu na ryby. Próbuję wszystko nadrobić, ale się nie da. Wracam do podchodów nad Prosną. Kleniowe cwaniaki nadal mnie ćwiczą od czasu do czasu dając się skusić. Co jakiś czas trafia się przyłów w postaci okonia czy szczupaczka.

Szukając wyzwań wracam na chwilę do stojącej wody, nie przepadam za nią zbytnio, lecz wizja złowienia przyzwoitego bolenia kusi niemiłosiernie. Moje próby złowienia zaporowego bolenia miały kilka podejść, w zasadzie nieudanych i pewnie dlatego tak szybko sobie to odpuściłem. W tym roku postanowiłem spróbować ponownie, ponieważ wieści znad wody były nader optymistyczne. Znajomi łowili siedemdziesiątki, więc skuszony taką rekomendacją zameldowałem się nad wodą na chwilę przed świtem. Chciałem ponownie spróbować boleniowania w stojącym wydaniu.

Początki nie wróżyły jakiś spektakularnych wyników. Grube, wypasione bolki żerowały zdecydowanie głębiej niż młodzież, która raz po raz dawała delikatne symptomy żerowania. Ciągłe obławianie wachlarzem sprawdzonego stanowiska stawało się nudne. Już w myślach kotłował się plan, żeby uciec choć na godzinkę nad pobliską Prosnę. Tylko ten arsenał w pudełku raczej był niewspółmierny do wielkości rzeki. Z błogiego zamyślenia wyrywa mnie delikatne trącenie mojego wabika, nagły ciężar po drugiej stronie wędki oraz wir na powierzchni wody. Zaczyna się długie przeciąganie linki i kołowanie z prawej do lewej strony. Nawet przez chwilę myślałem, że rybę zaczepiłem za tułów. Sukcesywne pompowanie w połączeniu z dobrze wyregulowanym hamulcem daje efekt w postaci ryby na wyciągnięcie ręki, tylko że ręka za mała by objąć kark takiego bolenia. Podbierak oczywiście został w domu, więc nie pozostaje nic innego jak tylko wychodzić na brzeg i wziąć rybę wślizgiem. Końcowa faza holu to trochę nerwówki i chlapania, ale udaje się bezpiecznie wynieść rybę na brzeg. Pomiar na macie wskazuje 80,5 cm. Po prostu nie wierzę! Nie spodziewałem się że to aż tak duża ryba. Mój nowy rekord, stary pobity o 10 cm! Ryba skusiła się na oliwkowego, powierzchniowego TAPSA od Michała Osińskiego. Oj wysoko podniosłem sobie poprzeczkę, choć wiem, że w tej zaporówce pływają jeszcze większe, opasłe bolki.

Druga połowa miesiąca to wypad do podmilickiej agroturystyki, gdzie błogi spokój w doborowym towarzystwie, sielanka z rodziną i karpie, które potrafią porwać pozostawioną bez opieki wędkę. Ja swojej pilnowałem, a oto efekt.

Milickie karpie to taka coroczna odskocznia od spinningowej codzienności. W międzyczasie pstrykam gąsienicę, która urzekła mnie swoimi długimi włoskami i sposobem przemieszczania po liściach malin.

Na koniec sierpnia ogrodnicza sensacja, ale wróćmy do początku. Było to tak. Moja córka wymyśliła sobie, że zasieje nasiona arbuza wydłubane w czerwcu podczas jedzenia arbuzowego deseru. Jak powiedziała, tak zrobiła, a ja w zasadzie zapomniałem o tym zdarzeniu. A tu niespodzianka, kłącza wyrosły, pojawiły się kwiaty, więc zaczęliśmy go podlewać. Na koniec sierpnia mieliśmy arbuza wielkości piłeczki pingpongowej.

Wrzesień, to teoretycznie początek jesiennego żerowania. W ciągu dnia jeszcze ciepło, ale wieczory i poranki już z wyraźnym chłodem. Dla mnie początek miesiąca to w zasadzie okonie o rozmiarach niegodnych uwagi oraz przyrodnicze fotki na osłodę. Ważka przysiadła na gałązce.


Nie mogłem przejść obojętnie obok takiego modelu.

Pomimo notorycznego braku czasu, drugą połowę miesiąca poświęciłem na wieczorno-nocne łowy, a celem moich kilku wypraw były warciane sandacze. Po cichu liczyłem na jakiś przyłów w postaci bolenia czy suma. Nawet jeździłem w miejsce, gdzie kilka lat temu jeden taki wąsaty jegomość przewiózł mnie po okolicy, a później bezczelnie wypiął się pozostawiając mnie z głupią gębą oraz rozgiętą kotwicą przy woblerze. Tym razem nic takiego mnie nie spotkało. Za to zapach jesieni oraz porykiwanie jeleni pozostaną w pamięci, a widoki Warty skąpanej w wieczornym słońcu pozostaną na fotografiach.

Na koniec miesiąca trafił mi się wreszcie mętnooki rozbójnik. Rozmiarami nie powala, ale cieszył, bo wypracowany, no i skusił się na wobler PGr wzorowany na rapali, a zrobiony przez wytrawnego łowcę warcianych sandaczy, Piotra Grzeszczaka. Piotr robi niesamowite cudeńka. Może kiedyś napiszę o jego wyrobach.

Październik, to bardziej kwarantannowe zamknięcie niż łazikowanie czy wędkowanie. Wypraw nad wodę było co kot napłakał, ale za to prym wiodły spacery i grzybobranie jako sposób spędzenia wolnego czasu i odskocznia od zamknięcia w czterech ścianach.


Tropy.


Tym razem nakrapiany trujaczek, ale za to jaki fotogeniczny.

Listopad, to czas ptasich przelotów oraz łowów tych prawdziwych drapieżników. W moim wydaniu tych drapieżników brakowało. Może za sprawą tego czarnego ptaszyska, których całe stada koczują nad moją Prosną?


Na osłodę pojawił się taki pasiaczek.


Łabędzie nieme też polubiły Prosnę jako miejsce żerowania i pas startowy. Te dwa odchodzą na drugi krąg.

Klangor żurawi co rusz niesie się po okolicy. Piękna pieśni majestatycznego ptaka tak bardzo miła dla ucha. Żurawie zawsze mnie fascynowały, były tajemnicze, ostrożne, harmonijne w swych ruchach i locie, a ich niewielkie stada zwiastowały wiosnę lub tak jak te teraz nieubłagany schyłek jesieni. Do zobaczenia wiosną.


Jesieni czas tylko jeden liść opadnie i nastanie zima.

Grudzień, to ostatni miesiąc sezonu, a mnie znów przykuło izolacją do czterech ścian. O rybach mogłem zapomnieć. Na szczęście jakoś ten trudny czas przetrwałem czytając o rybach i fotografii oraz nadrabiając zaległości w oglądaniu internetowych kanałów o przyrodzie, na których oglądanie zawsze brakowało czasu. Próbowałem pstrykać z okna mojego izolatorium. Wyszły takie impresje.

W sylwestra zamiast żegnać stary rok to ja polowałem na czaplę siwą, która nieopodal mojego ogródka postanowiła zapolować. O taki połowiczny kontakt z wodą.

PODSUMOWANIE
Miniony rok pokazał, że trzeba cieszyć się każdą wolną chwilą spędzoną nad wodą czy w otoczeniu przepięknej rodzimej przyrody, chociaż zawsze chciałoby się więcej. Ryby to zawsze dodatek do spinningowej łazęgi, kilka fajnych rybek udało się złowić, kilka fajnych fotek ustrzelić. Jak co roku pozostaje pewien niedosyt, ilości wypraw, wielkości złowionych ryb, czy gatunków których nie udało się przechytrzyć. Według mnie ten niedosyt stanowi wspaniałe koło zamachowe, które napędza nasze hobby. To dzięki niemu w kolejnym sezonie chcemy sięgnąć po coś nowego i nieważne czy będzie to nowa metoda czy technika wędkarska, nowe łowisko czy kolejny gatunek, który chcemy przechytrzyć. Ważne, żeby to nasze hobby tchnęło w nas chęć do opuszczenia domowych pieleszy, choć na chwilę, żeby wstać skoro świt i żeby być gotowym przeżyć przygodę życia. Czego wszystkim i sobie życzę, a czy to się udało zrealizować, dowiemy się za rok.

Krzysztof Gemba Gembalski

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Super opisane! Ja tam chcę więcej i częściej.
Z ciekawości, bo to trochę moje rodzinne strony - co to za zaporówka - ta od boleni? (o ile to nie tajemnica)
Fajnie połowione i świetne zdjęcia przyrody :)