Wypad nad San planowałem już w ubiegłym roku. Z różnych powodów nie doszedł niestety do skutku i marzenia o brzanach i kleniach trzeba było włożyć między bajki. Na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i w tym roku, we wrześniu otrzymałem od losu kolejną szansę na złowienie pierwszej barweny w życiu. Po lekturze relacji z podkarpackich kronik na WCWI stwierdziłem, że tym razem musi się udać! Rozpocząłem więc podchody i namawianie mojej Asi do rezygnacji z wypadu nad morze. Udało się. Razem z żoną postanowiliśmy we wrześniu udać się na kilka dni na odpoczynek od pracy w bieszczadzkiej głuszy. Wybór padł na opisywane na WCWI okolice Wybrzeża i Słonnego.

Prolog. Rekonesans bez wędki
Resztki pierwszego dnia po sześciogodzinnej podróży z Grodziska Mazowieckiego poświęciliśmy na pobieżne zwiedzenie okolicy. Oprócz piękna podkarpackiej przyrody, ujmuje także życzliwość z jaką człowiek spotyka się niemal na każdym kroku. Obcy, młodzi ludzie mówią dzień dobry, a Pani w sklepie spożywczym uśmiecha się do klienta. Może by niektóre zwyczaje przenieść na Mazowsze?! Wracając do meritum. Każdy maniak wędkowania wchodząc na jeden z mostów, czy ten w Wybrzeżu czy też w Słonnem od razu chciałby wziąć kije w rękę i pognać nad wodę.

Ilość świnek, kleni i brzan żerujących wśród kamieni każdego moczykija przyprawi o zawrót głowy, ale spokojnie...

Dzień pierwszy. Złe miłego początki
Plan jak zwykle był prosty. Ja się nie wysypiam, wstaje o 5 rano i biegiem na ryby, a gdy moja piękniejsza połówka wyśpi się zwijam graty i już razem chodzimy po górach. Niestety jeszcze nie udało mi się zaszczepić w małżonce miłości do wędkowania, choć ostatnio towarzyszyła mi  w rodzinnych zawodach wędkarskich. Może to dobry znak? Oczywiście plany planami, ale po długiej podróży trochę zamarudziłem  przy porannej kawie i na poszukiwanie miejscówki wybrałem się godzinę później niż miałem zamiar. Pierwszy poranek nad Sanem przywitał mnie zimnym rześkim powietrzem. Postanowiłem najpierw bez sprzętu poszukać jakiejś ładnej  rynny. W najbliższej okolicy mojej kwatery niestety, jak się okazało poprzedniego dnia, San jest bardzo płytki.

Szukanie miejscówki nie jest łatwe, bo po prostu mało co widać. Podobne widoki towarzyszyły mi każdego ranka. Piękna, mroczna i lekko chłodna mgiełka.

500 metrów od domku, w którym się zabukowaliśmy znalazłem w końcu dość fajną miejscówkę. Wróciłem na kwaterkę, obładowałem się sprzętem i ruszyłem na łowisko. W końcu jestem na miejscu.

Niestety podczas rozpakowywania gratów złamałem trzeci skład feedera. Jak to się stało? Nie wiem do tej pory, a z jednym kijem - wiadomo - zawsze mniejsze szanse na upragnione brzany. Nie zniechęcam się jednak. Zaglądam do skrzynki i znajduję tubkę kleju modelarskiego. Cholera, może uda się naprawić wędkę? Rozkładam drugiego feedera, uzbrajam  i zarzucam w rynnę. San o tej porze roku nie jest głęboką rzeką, więc koszyczek 30 gram wystarczy w zupełności. Zanęta bez specjalnych fajerwerków, typowo rzeczna z dodatkami płatków, kukurydzy i sera gouda. Na haczyk kanapka z sera i kukurydzy. W międzyczasie próbuje naprawić wędkę. Gdy udało mi się w końcu doprowadzić do porządku miejsce złamania, nałożyłem klej i czekam. Po chwili na drugim feederku  pierwsze bardzo mocne branie. Lekko zacinam i wiem już, że na kiju mam barwenę. Piękne, długie odjazdy świadczą o tym, że nie jest mała. Gdy ją w końcu zobaczyłem ręce zaczynają mi drżeć. Jak to dobrze, że wcześniej starannie wyregulowałem hamulec. W chwili, kiedy mam ją niemal w zasięgu podbieraka ryba robi młyn i prawdopodobnie przecina przypon płetwą grzbietową. Szkoda, ale przecież mam jeszcze trzy dni, łącznie kilkanaście godzin łowienia. Czas mija, niebo się przejaśnia i wychodzi słońce. Pora  zdjąć ciuchy i cieszyć się z pewnie ostatnich promieni słońca w tym roku.

Po godzinie bez brania prawie jednocześnie na obu wędkach zaczyna się coś dziać. Zacinam i czuje, że coś jest, ale niewielkiego. Cieszę się jednak bo łowię swoje pierwsze, w krótkiej karierze wędkarskiej, klenie. Nie są może rekordowe, ledwo ponad wymiar, ale są.

Na łowisku pojawiła się w końcu moja żona. Zyskałem więc kibica, a przy okazji fotoreportera, samowyzwalacz tego dnia już nie będzie mi potrzebny :). Przyszedł czas na sprawdzenie naprawianej naprędce wędki. Uzbrajam sklejonego feedera i zarzucam kilkanaście metrów w dół rzeki. O dziwo na kolejne potężne branie nie czekam długo. Sklejony niedawno feeder pięknie pulsuje. Kolejny hol pełen odjazdów kończy się sukcesem. Naprawiony feeder wytrzymał najlepszą z prób i pierwsza w życiu piękna brzana jest już na brzegu. Ma 51 cm.

Dodam, że nie miałem podczas tego wyjazdu w planach zabrać, żadnej ryby z łowiska. Wszystkie rybki po sesji zdjęciowej wróciły do wody.

Do końca wędkowania pozostało mi jeszcze jakieś półtorej godzinki. Przy okazji odkrywam, że moje miejsce nie jest takie idealne jak się wydawało. Niestety na dnie znajduję się trochę zaczepów,  urwałem już dwa koszyczki, a zbyt wielkich zapasów przed wyjazdem nie poczyniłem. Nic to, myślę sobie, w ostateczności będę łowił na wiślane setki. Kolejne branie przynosi mi niespodziankę. Tym razem mocne branie i na brzegu ląduje niewielki 33 cm amurek.

Pewnie nawiał z położonej w górze rzeki Soliny. Tego dnia łowię jeszcze jedną, niemal bliźniaczą brzanę (półmetrówkę) i kilka kleni, z czego największy ma 30 cm. Jestem bardzo szczęśliwy. Nie spodziewałem się, że pierwszy wypad nad San przyniesie mi tyle emocji, spełnię bieszczadzkie marzenia i złowię swoje pierwsze klenie i brzany. Zwijam się powoli, kiedy na klejonej wędce mam piekielnie mocne branie, wyrywa kij z podpórki. Podbiegam i lekko zacinam. Wiem, że to kolejna brzana. Odjazdy jakby deczko słabsze, ale dla pewności ustawiłem wcześniej hamulec tak, żeby przy nawet mniejszych odjazdach reagował oddawaniem żyłki. Po chwili ryba ląduje w podbieraku. Brzana dużo mniejsza niż poprzednie. Mierzę rybę, ma 38 cm. Szybka fotka i do wody.

To był naprawdę piękny dzień. Szczęśliwy wracam na kwaterę. W drodze powrotnej humor zepsuć próbowała mi pewna pszczoła, skończyło się ukąszeniem, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Chwila bólu i po krzyku.

Dzień drugi . Kolejne spotkania z królową
Wstaję w końcu o planowanej piątej rano. Szybka kawa,  śniadanko i ruszam pewnie przez mgłę na „moje” miejsce. Szczerze mówiąc to prawie biegłem, bo emocje z dnia poprzedniego zamiast opaść powróciły ze zdwojoną siłą. Jak się okazało nie bez przyczyny. Szybko rozrabiam zanętę i rozkładam kije. Pierwszy do wody ląduje zestaw na „złamanym”. Na fotce poniżej widać za pierwszą przelotką miejsce klejenia, nie wygląda może super, ale już za chwilę ma się kolejny raz okazać, że łączenie, które zrobiłem sprawdziło się.

Przez pierwszą godzinę nie dzieje się  zbyt wiele. Pojedyncze puknięcia, prawdopodobnie drobnicy poruszają nieśmiało szczytówkami. Tuż przed ósmą z sennej atmosfery wyrywa mnie mocny dźwięk dzwoneczka.  Zacinam i po raz kolejny adrenalina skacze niemiłosiernie. Wiem, że na kiju mam ładną brzanę, prawdopodobnie większą  niż te złowione poprzedniego dnia. W głowie wędkarza, takiego jak ja, który póki co na większe sukcesy dopiero czeka, kotłują się myśli, że może nawet medalowa. Hol trwa parę minut, w międzyczasie brzana kilka razy daje się podciągnąć bliżej brzegu, by po chwili zrobić porządny odjazd. Po kilku minutach czuję, że ryba trochę słabnie. W końcu mam brzanę w podbieraku. Mierzę zdobycz 57 cm. Medalu jednak nie ma, ale nowy rekord cieszy. Teraz trzeba ustawić aparat na foteliku i zrobić fotkę z samowyzwalacza.

Za drugim podejściem udaje się zrobić w miarę dobre zdjęcie. Barwena po sesji wraca do wody.

Jest troszkę zmęczona i odpływa  powoli. Postanawiam jeszcze zrobić jej kilka fotek w jej naturalnym środowisku. Wygląda jak mały rekin.

Choć barwena jest początkowo mocno zmęczona, po chwili jednak odzyskuje energię i szybko znika w rynnie Sanu. Siadam na krzesełku i próbuje opanować emocję. Wiem już na pewno, że nad San będę wracał kiedy tylko nadarzy się okazja. Póki co korzystam z tego, że tu jestem i rozglądam się po okolicy podziwiając widoki.

Schemat z dnia poprzedniego powtarza się. Powoli robi się coraz cieplej. Trzeba zdjąć kamizelkę i bluzę, bo można się upiec na słońcu. Warto dodać, że woda w Sanie jest na tyle ciepła , że bez większych oporów postanowiłem pomoczyć nogi na płyciznach. W czasie ogólnego relaksu na moich feederkach zameldowały się dwa klenie trzydziestaki. Brania dziś wydają się jakby rzadsze, ale nie przeszkadza mi to zupełnie. Na łowisku ponownie zjawia się Asia, której wszelkiej maści owady nie pozwalają się zbytnio nacieszyć urokami podkarpackiej przyrody. W końcu około południa kolejne potężne branie wyrywa nas z rozmowy. Zacinam i tego uczucia nie da się pomylić z żadnym innym. Wiem, że na haku jest kolejna wąsata królowa Sanu. Pięknie walczy, hamulec gra ulubiony utwór wszystkich wędkarzy, a ja kontroluję sytuację i czekam, aż  ryba trochę się zmęczy. Gdy brzana jest blisko brzegu  nie daje łatwo za wygraną i odjeżdża w główny nurt. Potem jeszcze chwila walki i za drugim razem ląduje w podbieraku. Walka trwała około 5 minut. Asia dzielnie kręciła film z holu na pamiątkę. Ta królowa mierzy 55 cm i po krótkiej sesji wraca żwawo w nurt Sanu.

Kolejny wędkarski poranek ma się ku końcowi. Zwieńczeniem dnia znowu jest brzana – pięknie wybarwiona królowa Sanu. Wracamy na kwaterę, szybki prysznic i wyruszamy na szlak.

Na szlaku jak to w górach, nawet takich niewysokich można się nieźle zmęczyć. Jak widać Asia przodem, a ja wlokę się gdzieś z tyłu.

Dzień trzeci. Bezkrólewie
Znowu lekko zaspałem. Nie ma jak czynny wypoczynek na powietrzu. Człowiek wstaje o piątej, kładzie się późno i w końcu śpi jak zabity. Na łowisku mimo zignorowania budzika  jestem jednak dość wcześnie. Niestety zapominam dokupić koszyczków zanętowych i mam tylko dwudziestki na wody stojące oraz wiślane setki. Nie chcąc ryzykować, więc na „złamanym” zakładam dwudziestkę i rzucam w miejsce w którym nurt zwalnia. Trochę ściąga, ale to nic. Drugi kij uzbrajam w wielką wiślaną bekę. Trudno, mało komfortowe, ale jakoś trzeba sobie radzić. Na dwudziestaku szybko melduje się pierwszy kleń. Największy jakiego  do tej pory złowiłem. Amator kukurydzy ma 35 cm, ale widać, że jest trochę chudy jak na swój wymiar.

Szybka fotka z samowyzwalacza i biedak trafia do rzeki. Trzeci dzień mojej przygody z  Sanem jest trochę inny. Na feederach mało się dzieje i zaczynam myśleć o próbie łowienia na przepływankę. Nie mam wprawdzie spodniobutów, a rynna oddalona jest dość znacznie od brzegu, ale spróbować warto. Z brzegu jak się zepnę w sobie to może dorzucę. Montuję matcha z zestawem 1,5 grama. Rzucam dwie kule i zaczynam łowienie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsze na kiju meldują się ukleje, ale nie zwyczajne ukleje, a 20 centymetrowe giganty. 

Po jakiejś pół godzinie w zanętę w końcu weszły klenie. Nie duże, takie w okolicy 30 cm. Ważne, że coś się dzieje i czas mija bardzo przyjemnie. Klenie biorą dość regularnie.

Myślę jak tu zrealizować jeszcze jeden z punktów jakie postawiłem sobie za cel  podczas tego wypadu. Złowiłem już brzany i klenie, więc fajnie byłoby upolować choć jedną świnkę. Niestety pomimo moich starań, świnki zignorowały moje płatki i kukurydzę. Jak zwykle około południa na łowisku pojawia się Asia. Niestety ostatni raz. Gdy siedzimy sobie i podziwiamy bieszczadzką przyrodę, moja małżonka w trawie zauważa węża. Nie wiem co to była za bestia, bo zdążyłem zobaczyć tylko ogon. Wiedziałem natomiast, że Asi noga w mojej miejscówce więcej nie postanie. Ech... Kobiety. Popołudnie spędziliśmy jak zwykle na szlaku. Tym razem jednak było też coś dla ciała. Podziwiając  krajobrazy zebraliśmy także  trochę leśnych skarbów.

Borowików było bardzo dużo, jednak sucha ściółka i brak opadów sprawiły, że większość padła ofiarą robaków. Jedynie najmniejsze prawdziwki były zdrowe. Wierzycie, czy nie. Jajecznica była wyborna.

Dzień czwarty. Ostatki
Tego ranka humor już mi tak nie dopisuję. Wiem, że dziś wracamy, co oczywiście przekłada się na ilość czasu jaki mogę spędzić  nad wodą. Zastanawiałem się nawet czy jest sens łowić. Ale odpowiedź znacie. Zawsze jest sens. Choć dwie godzinki posiedzieć nad piękną rzeką, która niestety płynie w odległości  ponad  trzystu kilometrów od domu. Nad wodą jestem bardzo wcześnie. Mgła otula jeszcze porządnie cały krajobraz i można ją nożem ciąć.

Feederki przez dłuższą chwilę nie wykonują żadnych ruchów. Od czasu do czasu coś puknie w przynętę, ale są to brania z gatunku tych nie do zacięcia. Po pół godzinie, na złamanym mam bardzo mocne uderzenie. Niestety pojedyncze. Czekam chwilę i wyjmuję zestaw z wody. Przynęty brak.  Po godzinie wędkowania mam w końcu pierwszą tego poranka rybę. Mocne branie jak się okazało, było trochę mylące i zamiast pięknej barweny na brzegu zameldował się niewielki klenio.

Chwilę później kolejny raz feederek mało nie wypadnie z podpórki. Wiem, że mam na haku brzanę, jednak wiem również, że nie jest duża. Cieszę się jednak, że ostatniego dnia również mogłem powitać na brzegu królową Sanu, a raczej księżniczkę. Ciekawe, że to właśnie te mniejsze barweny biorą tak bardzo zdecydowanie. Większe, są trochę bardziej ostrożne.

Brzana ma około 35 cm. Szybciutko wraca do wody i odpływa.

Pora kończyć wędkowanie. Choć emocje nie były tak wielkie jak podczas dwóch pierwszych wypadów, jestem zadowolony, że przezwyciężyłem wrodzone lenistwo i także ostatniego dnia byłem nad wodą. W końcu na następny wypad nad San poczekam dość długo. Może za rok, może za dwa? Z pewnością jednak znowu się tu  pojawię. Wracam na kwaterę, szybie pakowanie i jesteśmy gotowi do podróży. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w Krasiczynie i zwiedzamy zamek.

Epilog
San w porównaniu z innymi mi znanymi jest jeszcze bardzo rybną rzeką. Pozwala nawet  żółtodziobowi poczuć prawdziwe emocje. Choć nie jestem ortodoksyjnym no-killowcem to, wszystkie złowione rybki wróciły w dobrej kondycji do wody. Chyba po takich emocjach nie mógłbym pozbawić życia żadnej wąsatej królowej jak i jej czerwonopłetwych paziów. Powiem Wam, że brzana dużo lepiej wygląda na fotce i w wodzie niż w reklamówce. Widziałem i wiem co piszę. Połamania!

Tomek Sikorski *sircula*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Tomku jak na debiut w portalu, to życzyłbym sobie takich więcej. Dobrze się czyta i nie było z tekstem dużo pracy :) Co do samej wyprawy, pewnie nie tylko mnie jest miło, że opowiadania kolegów z Podkarpacia i ich wskazówki pomogły Wam spędzić wspaniały urlop, bo to oznacza, że nie piszemy tylko \"dla sztuki\". Cieszy fakt, że miejsce pozostawiłeś takie jakie zastałeś (chodzi o wypuszczanie ryb). Dobrze byłoby, żeby czytający, a milczący użytkownicy także to uszanowali.
Z tekstu domyślam się, że wędkujesz głównie na Mazowszu, to dobrze, bo mamy tu wielu miłośników Wisły. Napisz o swoich wędkarskich przygodach, na pewno z przyjemnością poczytamy.
Zajefajna relacja
Rybki pierwsza klasa, gratulacje
Brawo, fajna relacja, pisz więcej.
Bardzo dziękuję za miłe słowa. Postaram się pisać więcej i coraz lepiej. Mam nadzieję, że także dzięki mojemu tekstowi, ktoś zapragnie odwiedzić te miejsca i również uszanuje to co tam zastał.Warto.
Pozdrawiam.
Z brzanami to tak jest, że do końca trzeba uważać...
Sympatyczna relacja, sympatyczne okoliczności i ryby - marzenie!
Gratulacje!
Narobiłeś mi chęci na brzany. Dawno nie gościły na moich zestawach...
Bardzoooooooooooooooooo pozytywnie!!!!!!!!!! :)
Bardzo fajna relacja. Bardzo...
Miło mi się czytało :grin Powróciłem wspomnieniami do letniego haSANia 8) Graty Tomek
Gratuluję udanego urlopu nad sanem i złowionych brzan. Dobrze znam odcinek na którym łowiłeś sam tam wielokrotnie wędkowałem.
Jak czytam takie reportaże to aż łezka w oku się kręci i to z dwóch powodów
- uwielbiam sanowe klimaty
- super że nowe pokolenie wędkarzy coraz bardziej potrafi szanować wodę i jej mieszkańców

Dzięki!
Tomek - pytanko całkiem nie na temat jako do mieszkańca Grodziska Maz. Może znasz tam czasem mego \"sobowtóra\" - Wojtka Klimaszewskiego? Nie wiem jak teraz, ale poprzednio był dyrem OSIR-u.....
Gratuluje udanej wyprawy i fajnych fotek.A tym ciagnikiem to ci zanete dowozili :grin
Dzięki jeszcze raz za miłe słowa.Powiem szczerze , że już nie mogę się doczekać następnej wyprawy nad San.
Kliwo: Nie znam osobiście Pana Klimaszewskiego, niestety nie jest już dyrektorem OSIR-u.
kapitan: hehe gdybym wcześniej wpadł na ten pomysł, to może bym wszedł w kooperację z właścicielem pojazdu :grin
Brawo za relację znad Sanu! Jak mogłeś nie zadzwonić do mnie czy Siwego, na pewno byśmy Cię odwiedzili, w końcu jak pisał wyżej Darek, to \"Nasz\" odcinek rzeki :grin
Następnym razem zadzwonię hehe. Przy okazji dziękuję Wam za wszystkie kroniki, dzięki którym było mi łatwiej poznawać tą piękną rzekę. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy nad Sanem:)
Pozdro
Hejka! Bardzo fajna relacja. Rzeka -nieziemska, ryby też boskie. :)
Wspaniałe ;)
Pięknie wspólnie spędzony czas i wspaniała relacja.