Z pomostu 2008

Mijają wakacje a ja nie byłem na prawdziwej wyprawie wędkarskiej. Już koniec sierpnia i o dziwo moja żona jedzie ze mną na ryby. To może dużo powiedziane ale pewnie brak jej odpoczynku i nie miała wyjścia musiała towarzyszyć mężowi.. Lato prawie przeszło a my nie byliśmy jeszcze tego sezonu w domku nad jeziorem. Sypię groch do szybkowara, zalewam wodą i idę pracować .

O trzynastej szybciutko szybkowar na gaz i po dziesięciu minutach gdy zaczyna syczeć wynoszę na podwórko. Zanim pozbieram wędki i inne graty już mogę go otworzyć. Groch jest ugotowany i nie jest to zupa grochowa.
Pędzimy na działkę bierzemy krzesełka i idziemy na pomost. Nie dowierzam, żona idzie ze mną.
Biorę kluczyk z umówionego miejsca na działce kolegi otwieram kładkę i już jestem na pomoście w fotelu. Jestem w Raju. Żona usiadła obok i siedzi cierpliwie. i dlatego utrwaliłem to własnymi słowami.

Lekka zmarszczka na wodzie, a mnie zastanawia co tam też się dzieje pod wodą. Mimo, że mam sto metrów od wody domek, to ze względu na bezrybie i okazjonalne wyjazdy nad to jezioro dawno tu nie łowiłem.
Zbieram w sobie postanowienie na porządne nęcenie. Kilka a może kilkanaście lat temu groch na tym jeziorze sprawiał cuda.
Woda po kilku dniach nęcenia z bezrybnej, stawała się bardzo atrakcyjnym łowiskiem. Nic specjalnego tego dnia nie złowiłem. Piszę o tym dniu, bo był nadzwyczajny. Po pewnym czasie żona z pobliskiego baru przyniosła mi piwo. To trzeba zapisać złotymi literami.
Wtedy też wpadła mi myśl o zrobieniu własnego pomostu.

Na koniec zasiadki zacząłem ostrzał artyleryjski z grochu. strzelałem i strzelałem, aż połowa grochu znalazła się w wodzie. Smacznego rybki!
Resztę zostawiłem na rano. Żonie już dawno znudziło się wędkowanie, poszła na telewizję. Jak znam życie przegadała cały wieczór z sąsiadką. Przeważnie moja żona się dziwi, jak można wysiedzieć tyle godzin na rybach, to ja się też dziwię jak można bez przerwy ,,trajlować'' o byle czym. Wiatr wieje i kiedy rano nęcę, to groch leci tam gdzie chce. Następna partia idzie do wody. Takie nęcenie co drugi dzień prowadzę przez cały tydzień. W niedzielę robię odpoczynek, aż do środy.

W środę znowu wrzucam pół kilo grochu, a od czwartku meldujemy się z zięciem na pomoście. Już zapowiedział swój przyjazd wcześniej. Ledwie rozpakował samochód, ja już mam swój ,,pod parą". Kluczyk od kładki na pomost zawsze zabieramy z działki od kolegi. Aby nie utopić go przypadkiem zamiast breloczka dowiązałem korek.

Pędzimy nad jezioro a tu niespodzianka, woda ożyła. Skąd tu wzięły się karasie, piękne karasie złote polskie karasie. Paweł łowi dwie ładne sztuki i lina.
Ja oprócz sumików łowię sporego leszcza. Poza tym drobnica skubie cały czas.

Następne dni są podobne, po południu wyjazd nad wodę. Wędki przyszykowane, latarki czołówki na głowę, krzesełka w dłoń i na pomost. Tylko żona zastanawiała się, kiedy nam się to znudzi.
Ryby zaś, jak by spłynęły z całego jeziora w okolice pomostu i skubią.
Któregoś dnia zapomniałem dokupić świetlików, a traf chciał że przy zacięciu pęka żyłka tuż przy kołowrotku.
Prawdopodobnie coś przegapiłem, jak to w nocy a spławik ze świetlikiem znikł w ciemnej toni jeziora.
Szukam w pudełku w całym tym bałaganie a tu pusto. A przysiągł bym że mam w plecaku. Godzina jeszcze smarkata, więc ruszam z pomostu na pobliski duży pomost.
Pieniędzy nie mam poza takimi dwudziestogroszówkami, może ze dwa złote ale idę prosić.

Muszę przyznać, nie jest tak źle z bracią wędkarską. Dostaję świetliki a kolega wędkarz wzbrania się z przyjęciem jakichkolwiek pieniędzy. Dzięki kolego.

I tu chciałem powiedzieć, że kilka dni temu miałem przygodę w drugą stronę. Na pomost przyszło dwu młodzieńców i poprosiło, czy mogę im sprzedać jakiś spławik. Dałem im wybrane spławiki i bardzo mi dziękowali a teraz ja dziękowałem komuś za pomoc. Jakoś weselej nad tą wodą.

Dziś znowu wypad nad J. Białka. Jak co dzień od tygodnia jesteśmy na pomoście po południu. Łowimy trzy leszcze dwa liny nie licząc małych linków.

Paweł łowi pierwszego swojego leszcza. Ileż było radości. Tak chciał złowić leszcza i jest.
Nie za duży około kilograma ten leszcz ale piękny, bo pierwszy. Za to łowi dwa liny i stop .

Teraz biorą mu tylko koluchy. Mnie też na koniec się poszczęściło i złowiłem pięknego, szarego leszcza. Wypuszczamy ryby i tylko sumiki zabieramy do domu.

Dawno tak nie łowiliśmy, tak intensywnie. Roboty wszelkie poszły w kąt, jak to w przysłowiu.
Robota nie zając nie ucieknie.

Tydzień minął jak z bata strzelił, już Paweł dostał wiadomość i trzeba wracać do pracy. A przecież dobrze mu radziłem, że jadąc na urlop, telefon trzeba wyrzucić albo utopić . Nie słuchał, to koniec wakacji.

Następny rok łowimy już z własnego pomostu. Ale o tym innym razem.

Tadeusz Dąbrowski *ted*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Takie relację lubię najbardziej - znad naszych polskich rzek i jezior z naszymi rodzimymi, najlepiej nam znanymi rybami. Brawa za liny i karasie, jak kiedyś mi się znudzą rzeki i typowo rzeczne ryby, to też się przysiądę do tych sympatycznych rybek :)
Tadziu, daj znać przed kolejnym wypadem na linki i karaski. Nie zapomnę Twojego świętowania w dniu przeistoczenia z ojca w męża babci. :grin Z radością znów odwiedzę Twoje tajemne miejscówki, tęsknię. :cry