Nasz przyjaciel, Kajtek, wbrew pozorom nie ma „nastu” lat. Ba, nie ma nawet „dziestu”. Ma... no, powiedzmy „dziesiąt”, a ile? To już sobie sami dośpiewajcie. I nie ma na imię Kajetan, tylko... Kazimierz. Mały też nie jest. Chłopisko 180 z hakiem, postury delikatnie mówiąc słusznej, co to i zje jak człowiek i za kołnierz nie wyleje. Oprócz tych niewątpliwych zalet Kajtuś jest klasycznym przypadkiem połączenia wariata z wodą za pomocą żyłki bądź innej plecionki, której użytek jest nam nieobcy. Kajtek, jako wolny człowiek (emeryt z zawodu od 3 lat) na dane hasło gotów jest ruszać na ryby o każdej porze dnia i nocy. Zestaw podręczny ma w pogotowiu zawsze spakowany, a w lodówce , w tzw. „warzywniku” trzyma ku zgrozie małżonki ze 3 pudełka robaków różnej maści. Ot, tak, na „wsjakij pożarnyj słuczaj”.

Kajtka nie da się nie lubić. Dobroduszny, zawsze łagodnie uśmiechnięty. Do rany przyłóż. Ale Kajtek potrafi pokazać pazury. Są tacy, którzy się o tym dobitnie przekonali a ich wspomnienia ze spotkania z pewnością nie będą należały do najmilszych.

Kajtek nienawidzi „śmieciarzy”. Pierwsze, co robi na stanowisku, to wyciąga foliowy worek i sprząta. Wcześniej nie usiądzie. Przyzwyczaił się do puszek, papierów, opakowań po kanapkach, robalach i zanęcie. Psioczy na to, ale sprząta. Najgorzej wkurzają go jednak  kłęby splątanej żyłki. Nie przytoczę tu z uwagi na potencjalnych nieletnich czytaczy wszystkich robaczywych słów, jakie Kajtek wylewa pod adresem niektórych „moczykijów”. A ma po temu uzasadnione powody.

Kajtek kocha przyrodę. Może to sentymentalizm, który przychodzi z wiekiem, ale moim zdaniem on tak miał od urodzenia. Uwielbia patrzeć na ptaszki, ważki, motylki i badylki... Często zapomniany spławik rusza w rajzę, bo Kajtek zapomniał o bożym świecie obserwując polujące perkozy, czy lecącą czaplę. Ale klepnijmy się w pierś (tylko nie wszyscy na raz, bo nam niebo na łeb zleci!) – któż z nas nie miał takiej „wpadki”? Kajtek miał ich co najmniej kilkadziesiąt. Kilka szczególnych.

Zawdzięcza im życie całkiem pokaźne stadko nadwodnej żywiny. Trzy lata temu nad Wartą wyciął z kłębów żyłki trzy maluchy łyski. Jakiś „wędkarz” pozbył się kilkunastu metrów splątanego nieszczęścia beztrosko ciepając to paskudztwo w nadbrzeżne krzaczory. Buszujące maluchy dostały się do niewoli i żałośnie popiskiwały. Kajtek wyplątał je i patrzył z uśmiechem, jak odpływają pod krzak. Zdziwił się, że nie słyszy radosnych kwakań matki, a maluszki dalej piszczą żałośnie. Zajrzał w głąb krzaka. Łyska nie miała już sił. Wyplątał ją także, ale na pomoc było za późno. Zakopał padłego ptaka, a samotne maluszki powędrowały do zaprzyjaźnionego gospodarstwa, gdzie wychowały się na kaczym bajorku, w takim że domowym towarzystwie. Podrośnięte zaniósł w początkach jesieni nad rzekę. Trudno przewidzieć, jakie były ich dalsze losy. Nie bały się ludzi, kto wie zatem, czy nie stały się ofiara własnej ufności.

Kajtek ma imiennika. To także ofiara kłębów żyłki. Młody bocian, brodzący na nadbrzeżnych łęgach zaplątał się w żyłkę, która snuła się od krzaka łozy kilka metrów wśród wysokich traw. Żyłka pochodziła najwyraźniej z jakiejś prymitywnej sztramówki, bo spokojnie można by na niej uciągnąć motorówkę albo powiesić pranie. Zaplątany bocian nie mógł ani odlecieć, ani odejść. Kajtek znalazł o go świcie nad brzegiem w sierpniowy ciepły dzień. Bocian miał złamane skrzydło. Pewnie w wyniku szamotaniny i upadku. Był mokry od rosy i bardzo słaby. W zasadzie nie bronił się. Kajtek oswobodził go i umieścił w zaprzyjaźnionej leśniczówce, gdzie trafił na zimowisko już jeden kaleka. Wiosną następnego roku oba ptaki poszły na wolność. Nie odleciały jednak całkiem. Jak się okazało- były parą. Osiedliły się na dachu stodoły i po dawnemu urzędowały na podwórku między kurami, podbierając niekiedy smakołyki z koryta. Uwielbiały gotowane ziemniaki.


Kajtek i Kajtkowa

Nasz kolega, Kajtek, właśnie obchodzi imieniny. Nad wodę pewnie już nie pojedzie. Choroba ogranicza mu możliwość poruszania się. Pewnie i nie przeczyta tego opowiadania. Ale jego przesłanie powinno dotrzeć do nas wszystkich: nie jesteśmy panami świata, nie jesteśmy jedynymi użytkownikami brzegów wód. Niech nasze niedbalstwo i bezmyślność nie stają się przyczyną śmierci prawowitych mieszkańców łąk, nadbrzeżnych zarośli i szuwarów. Śmierci okrutnej i bezmyślnej. To tylko chwila: zwinąć i zapakować odcięty kawałek żyłki, zebrać rozsypane śruciny. Tylko chwila, która może znaczyć ŻYCIE.

Pamiętajmy o tym, kiedy wiosną staniemy nad brzegiem z wędką w dłoni.

Ewa Ćwikła *Stynka*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Jeśli kiedyś nadejdzie koniec świata, to nie będzie on skutkiem wygaśnięcia lub wybuchu słońca, nie przyczyni się do tego uderzenie jakiegoś potwornego meteorytu lub najazd \"Obcych\". Ludzkość, a więc nasz świat zginie we własnych śmieciach, czyli mówiąc wulgarnie - zginie we własnym gównie!!! Dixi!
Niestety smutne, ale prawdziwe.
Ładnie opisana historia z przesłaniem. Tak tylko Ewa potrafi.
Postęp w rolnictwie wyeliminował w większości sznurek do snopowiązałki. To też była plaga ostatnich lat, bo ptaki zbierały i budowały gniazda a potem małe bociany łapały się w sidła.
Plaga z żyłką na łowiskach trochę też jakby mniejsza ale nie da się wyeliminować śmieciarzy. Są ludzie co mają wszystko gdzieś i śmiecenie sprawia im przyjemność. Smutne ale prawdziwe.
Na pohybel śmieciarzom.
Oby więcej takich artykułów. Traktowanie zwierząt w Polsce... temat rzeka.
Na szczęście powoli ale skutecznie udaje się zmieniać świadomość co oporniejszych w temacie. Powstaje coraz więcej artykułów, reportaży. Zapraszam wszystkich na kwietniowy marsz w Warszawie dla poparcia Ustawy w obronie praw zwierząt. W tej chwili trwa akcja zbierania podpisów.
Jeśli miarą cywilizacji (jak niektórzy twierdzą) jest nasz stosunek do słabszych, wymagających pomocy czy ochrony - nie pozostawajmy obojętni! :)
Sandau, masz moje serce i podpis :) Dzięki.
Dzięki - podpisów jest już dostatek.
Natomiast 3 kwietnia o 13 w Warszawie rozpoczyna się marsz - Stop przemocy wobec zwierząt. Trasa Kancelaria Premiera - Plac zamkowy. Koordynatorem akcji jest Animal Rescue - fundacja na rzecz zwierząt. Zachęcam wszystkich do udziału.
www.marszniemilczenia.pl :)