Prawie trzy metry głębokości pozwalało marzyć o każdej rybie. Docierałem nad rzekę sporo przed wschodem słońca, niemal po ciemku rozkładałem sprzęt, mieszałem zanęty i jak tylko spławik stawał się widoczny rozpoczynałem monotonną pracę zestawem - tam i z powrotem. Cały ten wysiłek był sowicie wynagradzany, raz za razem spławik wpadał w deliryczny taniec, a do siatki trafiał cały przekrój narwiańskiego rybostanu.

Tego dnia miałem szczególne powody do zadowolenia - w zanętę weszły piękne, złociste leszcze, które w czasie holu potrafiły wyciągnąć parę metrów milimetrowej gumy. Od czasu do czasu z dumą zerkałem na siatkę, która nerwowo falowała od uderzeń szamocących się w niej dużych ryb. Mój błogi nastrój przerwał nagle suchy kaszel, który niczym wystrzał zabrzmiał za moimi plecami. Obróciłem się gwałtownie i zobaczyłem siedzącego w kucki chudego starca z niedopałkiem „Sporta” w ustach. Obok niego przycupnął wiejski kundel.
- Przepraszam - powiedział staruszek - nie chciałem panu przeszkadzać, chciałem tylko trochę popatrzeć, ale choróbsko jakieś się przyplątało i kaszel żyć nie daje.
- Nie szkodzi, właściwie to już miałem kończyć - odpowiedziałem - gramoląc się z kosza.
Chcąc pochwalić się połowem przed nieznajomym, zwijanie stanowiska rozpocząłem od wyciągnięcia siatki i wypuszczania połowu. Kłębiące się w siatce leszcze, płocie i jazie zrobiły widać wrażenie na starym, bo z podziwem w głosie rzekł:
- O rety, tyle to my na drygawice łapalim.
Kiedy delikatnie wybierając ryby z siatki, zwracałem im wolność, usłyszałem nieśmiałe pytanie: - Nie dałby mi ze dwóch?
Już szykowałem się do odmownej odpowiedzi, gdy jeszcze raz przyjrzałem się swojemu rozmówcy. Wychudzona twarz okolona siwym zarostem, na głowie znoszona czapka, spod której wystawały kosmyki siwych włosów, ubrany w stary roboczy kombinezon z gumiakami na nogach, wyglądał bardzo biednie. Bez słowa wyjąłem dwa największe leszcze, skróciłem ich męki podpórką i wrzuciłem do plastikowej torby.
- Bóg zapłać - wychrypiał staruszek, wyciągając w rewanżu rękę z paczką wymiętych papierosów.
Odmówiłem grzecznie.
- To nie na moje płuca - odrzekłem, sięgając do kieszeni po lighty.
Przykucnęliśmy obok siebie, zaciągając się nieśpiesznie.
- Kiedyś to i ja chodziłem na ryby - przerwał milczenie dziadek - jak tylko nie było roboty w polu, łapałem wędki i już byłem nad rzeką. Żona robiła piekło, bo bywało, że nie miał kto obrządzić gadziny. Łódką się pływało z drygawicą, sznury stawiało - u nas bieda panie tylko łęgi i piosek, i losek, ale najbardziej lubiłem wędkę. Stare czasy, kto wtedy widział takie cuda, to majątek musi kosztować - wskazał ręką na moje sprzęty.
- Dlaczego Pan już nie wędkuje? - zapytałem, aby podtrzymać rozmowę.
- Reumatyzm - podsunął mi pod oczy powykręcane i drżące ręce - bolą swołocze, najbardziej na deszcz. Ot i na co przyszło, nadaje się tylko na wsiowego pastucha. Dobre i to – dodał - bo mogę napatrzyć się na rzekę zamiast po próżnicy gapić się w telewizor.
- Będę tu łowił do końca tygodnia, może pan wpadać po rybkę - rzuciłem ściskając mu rękę na pożegnanie.
- Bóg zapłać - odrzekł - ale jestem sam w chacie, to mi starczy na jakiś czas, po co mordować ryby po próżnicy. A popatrzeć, pogadać wpadnę, opowiem o wielkim sumie, który żyje tam... - wskazał ręką na kończące prostkę zakole, jakieś sto metrów od nas.

Nazajutrz zjawił się znowu z nieodłącznym kundlem u boku. Poczekał, aż uwinę się ze złożeniem sprzętu, nie omieszkał pochwalić połowu.
- Pójdzie za mną – zakomenderował, uznając mnie najwidoczniej za młodszego kolegę po kiju. Zamknąłem samochód i podreptaliśmy w kierunku kępy drzew otaczających zakole. Moim oczom ukazało się miejsce z punktu widzenia spławikowca zupełnie nieprzydatne. Wysoki brzeg, a poniżej rozległy dół z masą wody przewalającą się we wstecznych prądach, do tego pień potężnej olchy, której korzenie rozparły się na brzegu, a czubek tkwił gdzieś daleko w czeluściach rzeki.
- Tu jest sum, wielki – wychrypiał, zaciągając się Sportem.
- Dziadku, jak go stąd wyciągnąć - zapytałem, kręcąc głową z powątpiewaniem. Poza tym ja łowię na spławik, nie lubię na grunt - to nie dla mnie.
- Spróbujesz, złapiesz, to polubisz - odparł tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- A złapiemy go sposobem.
- My? - pomyślałem - starzec i nowicjusz.
- Sam bym go wziął, gdyby na karku było z dziesięć lat mniej. Dziwisz się... Ja suma nie jednego z rzeki wyciągnąłem, największy miał bodaj czterdzieści kilo, wozem my go wieźli do wsi.
- Zalewacie dziadku - rzuciłem, czekając na reakcję.
- Nie kłamię - oburzył się staruszek. Widzisz tę płyciznę po drugiej stronie rzeki i pokazał ręką pas spokojnej wody zakończony plażą. On tam w nocy wychodzi za ukleją, a i coś większego też lubi chwycić, raz widziałem jak kaczkę chapnął.
- A gdzie ten sposób?- zapytałem.
- Trzeba wziąć kawał mocnej, stalowej linki, na końcu hak ze szprychy od junaka, który robił dla mnie świętej pamięci Zenek - kowal. Linkę przywiązywało się do drzewa i czekało dzień, tydzień.
- Na co brały? - zapytałem zaciekawiony.
- Różnie, na dużego żywca, pijawki, węgornice i na całego kuraka, co mi jeszcze ciepłego przywoził Józek z fermy.
- Dziadku, ja jestem wędkarzem nie kłusownikiem, nie będę na suma wnyków stawiał.
- Zaraz tam kłusownik - obruszył się stary - wędką go nie weźmiesz, niejeden próbował. Jeszcze do wody wciągnie - dorzucił ostrzegawczo. - Ja przygotuję linę i haki.
- To kiedy zaczniesz? - zapytał na odchodnym.
- Teraz nie, bo urlop mi się kończy. Może w przyszłym roku.
- Pewnie nie doczekam - wychrypiał zasmucony. - Chciałem, żebyś ty go wziął, należy ci się, bo jesteś dobrym człowiekiem.
Spojrzałem na niego i  błyskawicznie podjąłem decyzję.
- Zgoda, w przyszły piątek będę z powrotem, ale zapolujemy na niego po mojemu - na wędkę, a wy dziadku przynieście mi tylko te swoje haki.
- Dobrze, już dobrze - odpowiedział wyraźnie ucieszony - a wiesz, jak dojechać do rzeki od tamtej strony?
- Trafię dziadku, trafię.

Od poniedziałku rzuciłem się w wir pracy, aby nadrobić urlopowe zaległości i wypracować wolne na królewską zasiadkę. W nocy zaś śniłem o potężnym sumie i dziadku z nieodłącznym Sportem w ustach. Bogiem a prawdą, doświadczenia w połowie sumów miałem żadne, ale sprzęt, moim zdaniem, odpowiedni na tego typu wyprawę i owszem. Supermocny kij dorszowy z multiplikatorem - pamiątka z wyprawy na norweskie dorsze, do tego plecionka o wytrzymałości ok. 80 kg - powinno wystarczyć.

W piątek późnym popołudniem melduję się nad rzeką. Miejscówka wskazana przez staruszka okazała się być płytką zatoką łączącą się z nurtem ciemną linią przykosy. Rozkładam starannie sprzęt, aby nie błądzić po nocy, po czym próbuję złowić pokaźnych rozmiarów żywca, cały czas rozglądając się jednak, czy nie nadciąga staruszek. I wtedy mój wzrok przyciąga pleciona, stalowa linka owinięta wokół pnia olchy. Podchodzę bliżej i dostrzegam na końcu potężny hak, którego nie powstydziłby się łowca rekinów.
- Nic z tego dziadku - uśmiecham się do siebie, wyrzucając na środek zatoki zestaw z półkilogramowym krąpiem. Nadchodzi zmierzch. Siedząc wygodnie w fotelu, grzeję się w cieple ogniska, popijając piwko i tylko staruszka ciągle nie widać.
Kiedy nad ranem z trudem walczyłem z ogarniającą mnie sennością, uderzył. Podbiegam błyskawicznie do wędki, dokręcam hamulec i wykonuję potworny zamach, a gdzieś w otmętach rzeki odpowiada mi martwy opór. Po kilku chwilach oszołomienia król tej rzeki zaczyna ciągnąć z piekielną siłą w kierunku zbawczego dołu, a multiplikator z cichym terkotem oddaje kolejne metry plecionki.
- Dosyć - stwierdzam, dokręcając do oporu hamulec - teraz to albo ty, albo ja - mruczę sam do siebie. Sum zatrzymuje się, by po chwili znów ruszyć, a ja krok po kroku zanurzam się w rzece. Po kolana, do pasa... zanika instynkt samozachowawczy, a pozostaje atawistyczna chęć walki.
I staje się cud, sum najwyraźniej zmęczony zatrzymuje się i przywiera do dna. Wreszcie udaje mi się odzyskać nieco linki. Teraz to ja jestem górą, metr po metrze przyciągam rybę do brzegu.
- Już czas wycofać się – myślę, by po chwili z przerażeniem stwierdzić, że moje nogi uwięzły w sypkim piasku. Próby wyszarpnięcia z matni powodują, że pogrążam się coraz mocniej. Nagle słyszę cichy głos dobiegający z brzegu.
- Spokojnie, zaraz ci pomogę.
To dziadek, który zapina na końcu linki kawałek suchego patyka i rzuca ją w moim kierunku. Wolną ręką próbuję bezskutecznie złapać linkę, ale ta, obijając się o moje plecy, spływa w dół rzeki.
- Wyrzuć wędkę - słyszę polecenie z brzegu - spróbujemy jeszcze raz. Wszystko buntuje się we mnie, przecież już prawie wygrałem. W desperacji zwalniam całkowicie hamulec multiplikatora i rzucam wędkę w kierunku brzegu, ta ląduje jednak w wodzie dosłownie metr od brzegu. Z wolnymi obiema rękami za kolejnym razem udaje mi się pochwycić patyk z linką.
- Teraz trzymaj mocno linkę i rzuć się w wodę - pada kolejna komenda - będę cię ciągnął. Nabieram powietrza i ląduję w rzece by po krótkiej szarpaninie oswobodzić się z piasku. Powoli przesuwam się po dnie, ale siła, która ciągnie mnie, staje się coraz słabsza. Teraz sam z mozołem podciągam się metr po metrze, by po chwili, szorując brzuchem po dnie, dotrzeć do zbawczego brzegu. Krztusząc się wodą, przewracam się bezwładnie na plecy i próbuję wydusić z siebie słowa podzięki dla wybawcy. Odpowiada mi cisza. Dłonie poranione przez ostre końcówki włókien linki tryskają krwią i pieką niemiłosiernie. Odpoczywam kilka minut, by po chwili wstrząsany dreszczami przystąpić do pośpiesznego pakowania. W samochodzie rozkręcam ogrzewanie na cały regulator i walcząc ze sobą, podejmuję decyzję powrotu do domu. Dzisiaj już staruszkowi nie podziękuję. Nie dam rady przejechać dziesięciu kilometrów do mostu i następnie dotrzeć do wioski. W drodze obiecuje sobie solennie zrobić to następnego dnia.

W domu rozbudzona małżonka na mój widok rozpętuje piekło . Po przebraniu mnie w suche ciuchy i prowizorycznym opatrunku, ta zwykle oaza spokoju, wioząc mnie na pogotowie dosłownie zachłystuje się złorzeczeniem na głupotę rodzaju męskiego ze szczególnym wskazaniem na wędkarzy. Dalej jest tylko gorzej, rany na dłoniach goją się kiepsko, a jakby tego było mało, przyplątuje się zapalenie płuc. Pławiąc się w bezczynności, myślę tylko o dziadku, dlaczego tak nagle zniknął, podczas gdy ja nie zdążyłem mu nawet podziękować.

Kiedy wreszcie udaje mi się wykaraskać z chorób, jest już jesień. Ślubna nawet nie chce słyszeć o puszczeniu mnie samego na wyprawę samochodem. Okazja trafia się dopiero w Święto Zmarłych. Po wizycie na rodzinnych grobach namawiam małżonkę na nadłożenie kilkunastu kilometrów. Muszę wreszcie spełnić swoją powinność.
Dojeżdżam do wioski, a w myślach układam podziękowania. Nie znam ani imienia, ani nazwiska staruszka, ale to nie problem, tu wszyscy są swojakami. Zatrzymujemy się przy kościele, zaczepiam gromadkę mężczyzn, pytam o dziadka.
- Znacie panowie starszego człowieka, pasał w lecie wioskowe krowy na łęgach po drugiej stronie Narwi. Gdzie go znajdę?
- Pasał krowy... - usiłują sobie przypomnieć - To stary Walendziak, Szczepan Walendziak, ale jego znajdzie Pan już na cmentarzu.
- Jak to, umarł!? Kiedy!? - pytam gorączkowo.
- Będzie gdzieś w sierpniu - odpowiadają.
- To chyba nie ten, w sierpniu go jeszcze widziałem - chwytam się tej deski ratunku.
- Innego starego pastucha u nas nie było - ucinają rozmowę.
Pełen najgorszych myśli idę w kierunku cmentarza. Zamiast słów podziękowania i prezentów będzie lampka nagrobna - myślę z goryczą. Nie bez trudu odnajduję rodzinny grobowiec, gdzie ze zdjęcia patrzy na mnie mój staruszek ze dwadzieścia lat młodszy. Zapalam lampkę i w myślach wygłaszam mowę pożegnalną - pełną żalu, że nie zdążyłem mu podziękować, że nie spotkaliśmy się wcześniej...
Gdy już żegnam się z nim do następnego roku, nagle dociera do mnie, że dziadek Szczepan zmarł 21 sierpnia, a cała historia z sumem wydarzyła się rankiem dwudziestego drugiego!

Czymże więc to wszystko było... snem, fantasmagorią, a może opatrznością? – myślę, patrząc na świeżo zagojone rany na dłoniach.

Zdzisław Słyk *Morsik5*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Złota myśl pisana gęsim piórem...
Niesamowite. Dziękuję Morsik5.
Piękne opowiadanko, czemu tak rzadko można czytać Twoje minidziełka. Pozdrawiam i proszę o więcej.
Bardzo klimatyczne, świetnie się czyta.
Piękne i smutne zarazem... Wielu z nas miało okazję poznać ludzi podobnych Szczepanowi. Dobrze, że nam o nich przypomniałeś... Dziękuję.
Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze bardzo młody, też miałem takiego Pana Szczepana. Wiele dni przesiedzieliśmy nad wodą w skąpej rozmowie lub w milczeniu. Nie wiem, skąd był, na pewno już nie żyje. Pewnego razu po prostu nie przyszedł.
Dziękuję Kolegom za przychylne komentarze.Przyczynkiem do mojej opowieści jest powracający lęk ,że w końcówce żywota, zdany na innych poprzez swoje niedołęstwo mogę być pozbawiony możliwości obcowania ze swoją wodą.Dlatego na swój sposób zazdroszczę i oddaję hołd ludziom którzy nawet klepiąc biedę mogą do końca cieszyć się widokami które pokochali.
Przepraszam za nadmierny patos ale takie myśli w pewnym wieku kołatają się po głowie.
Az mie ciarki przeszly!!!Super opowiadanko milo sie czytalo.Pozdrawiam.
Piękne, przeczytałem z zapartym tchem. Pozdrawiam, proszę pisać więcej i częściej.
Mądry i dobry kawałek prozy wędkarskiej. Wywalić obcego Hemingwaya z lektur szkolnych ! :)
......
Chciałabym umieć tak napisać....
Nie kryguj się, Ewka, nie kryguj! Potrafisz! I to nieźle! A swoją drogą opowiadanko \"Morsika5\" jest wcale, wcale... Lubię takie. Utkwiło mi w pamięci zwłaszcza jedno: wojenne, lotnicze. Wracający znad Niemiec bombowiec aliancki, z postrzelanymi urządzeniami nawigacyjnymi wracając \"na nosa\" do Anglii na resztkach paliwa, zgubił sie w chmurach i groziło mu rozbicie się. Nagle zjawił sie obok myśliwiec angielski, zakołysał skrzydłami i wskazując kierunek podprowadził pilota bombowca do lotniska. Pilot chciał mu podziękować za uratowanie i pamietając boczne numery myśliwca szukał go po bazach lotniczych. Kiedy odnalazł, okazało sie, że mysliwiec o takich numerach został dwa dni wczesniej zestrzelony, a pilot zginął.
Nie mów do mnie Ewka!!!!!!!!!!!! I nie pisz do mnie Ewka!!!!!!! nigdy więcej!!!!! Wrrrrrrrrrrrrrrrrrr!!!!!!!!!!!!!!!!!
Reakcja spodziewana! Prowokacja zamierzona. Ale niech Ci będzie EW...usiu! :grin :P
Czytając to ja sam byłem z dziadkiem na rzeką. Dzięki ci.
GENIALNE!!! :eek Piękne. Cudowne. Niesamowite.
A za Naszą Stynką Kochaną powtórzę: Chciałbym umieć tak napisać.
Bardzo dobre, bardzo.
Ale Ewunia bardzo zalotnie się kryguje, oj zalotnie. Ohhhh :grin
Ja się nie kryguję, bo to w moim wieku juz nie wypada. :P
I z zalotów też już raczej wyrosłam. :grin
A opowiadanie jest świetne. Jedno z najlepszych, jakie czytałam. Kapitalnie zbudowany nastrój, szczegółów dość a nie za wiele, bardzo dobra narracja, do stylu nie ma się jak przyczepić, doskomita pointa... W sumie- duuuży szacun. I tu nie ma mowy ani o krygowaniu się, ani o zalotach.
Wspaniale sie czyta a na koniec ta nutka grozy no poprostu bosko. Pisze pan jak najwięcej i najczęściej.Hemingway się chowa ;P
Zdzichu! Nie potrafię opisać mojego uznania dla Twojego kunsztu pisarskiego. Pisz więcej i częściej plis, plisiuniuuuuu! :eek
Fajne Zdzisiu,naprawdę super i na czasie :) Czytając jest się tam,dzięki wielkie ...
Super opowiadanie, wielkie gratulacje.
Chapeau bas! Jestem pełen uznania dla Twojego talentu. Znakomite
Piękne opowiadanie, dzięki Zdzichu.
Dopiero dziś znalazłem czas żeby to przeczytać. Ale to chyba dobrze, bo w tym szczególnym dniu ruszyło mnie jeszcze bardziej. Szczerze dziekuję za to opowiadanie bo zaiste jest świetne. Pisz jak najwięcej Morsiku. Ludzie z takim talentem powinni godnie żyć z samego tylko pisania...
Wróciłem,obejrzałem komentarze. Serdeczne dzięki.
Teraz odpowiadam bez nadmiernego krygowania się;
Piwoniuszu and co
-jak mawiali nasi przodkowie \"znaj proporcję mocium panie\"
Jeżeli to wszystko prawda, to nawet odezwać sie nie wypada...
Jeżeli obracamy się w świecie fikcyjnym, to powiem, że pięknie zbudowane... szkoda, że autorowi kondycji w końcówce nie stało, bo moim zdaniem troszeczkę puszczona i odstaje.

Niemniej opowiadania gratuluję.
Fajne! Mój ulubiony klimat...
Ciarki przeszły a i łezka w oku zakręciła:) dziadek podziękował za rybkę. Pozdrawiam serdecznie !!! Bardzo mi się podobało.
A może po wszystkich komentarzach i pochwałach napiszesz czymże to było? A może ciąg dalszy?
Bartek, miałem do tego epilog, nawet dwa ale doszedłem do wniosku , że niedopowiedzenia są lepsze dla klimatu opowiadania.
Bartek, niektóre opowieści muszą się kończyć we mgle...
Kur zapiał, nigdy bym nie powiedział że będzie z Ciebie taki pismaka