Padało. Krople deszczu rytmicznie bębniły po moim wędkarskim parasolu. Było ciepło, mrocznie i jakoś tak dziwnie swojsko, przyjemnie. Ciemna, czerwcowa noc – wypisz, wymaluj, w sam raz na węgorza. Tyle tylko, że ten o niczym nie wiedział i spał sobie spokojnie, mając gdzieś prognozy pogody i moje rosówki. Czas mijał powoli i opatulony ciepłym kocem, wracałem myślami do wydarzeń dnia dzisiejszego – pakowania, kłopotów przy szukaniu wolnego miejsca i tego karpia złowionego przez mojego syna, pierwszego w tym sezonie. Pierwszy, którego..., ale może po kolei.

- Hoi papi! Jedziesz na ryby? Dzisiaj? Na węgorze? Weźmiesz mnie ze sobą? – dobiegło mnie od progu naszego mieszkania. To właśnie nasz syn „marnotrawny“ wrócił do domu.
- Halo łobuzie! Jak było w szkole? – Starałem się zmienić temat rozmowy i odpowiedzieć pytaniem na pytanie. Niestety na darmo.
- W szkole? Wszystko dobrze. Mogę jechać z tobą? Obiecywałeś – nasz najstarszy nie dał zbić się z tropu.
- Wiesz, jadę na węgorze, na całą noc, zapowiedzieli deszcz, będzie chłodno, może następnym razem – próbowałem tłumaczyć...
- Zrobię wam kanapki, weźmiecie termos i ciepłe rzeczy – niespodziewanie doleciało mnie z kuchni.
No tak, tego się nie spodziewałem. Ręce mi opadły, bo żona znienacka stanęła po stronie syna i bezlitośnie zabiła we mnie resztki nadziei. I żeby to właśnie ona, po tylu latach, tak poniżej pasa, w plecy – to nie fair – dwóch na jednego i w ogóle... No ale z drugiej strony co prawda to prawda – obiecywałem.
- Dobrze, jedziesz – rzuciłem z ciężkim sercem i dodałem jeszcze się łudząc - Wyruszamy za piętnaście minut, jak nie będziesz gotowy to zostajesz.
Za piętnaście minut? Śmiechu warte, przecież sam nie zdążę. Skoro jadę w towarzystwie to muszę wszystko od nowa zaplanować, przepakować no i załadować do samochodu, że nawet o prowiancie nie wspomnę. Może pozbieram się w pół godziny. A poza tym to dokąd teraz razem jechać, przecież to piątek i o tej porze większość łatwo dostępnych miejsc jest już dawno, dawno zajętych.
- Już wszystko mam, mogę ci w czymś pomoc? – pytanie syna wyrwało mnie z zamyślenia.
Wygłupia się, czy może żarty sobie stroi? Ale nie, mina poważna, wędka w jednej a plecak w drugiej ręce – tylko oczy mu się śmieją. No tak, musiał się wcześniej przygotować, teraz tylko się przebrał i złapał swoje rzeczy.
- Zmykaj do kuchni po żarcie, załaduj je i swoje rzeczy do auta i czekaj – odwarknąłem.
Poleciał jak na skrzydłach i wkrótce usłyszałem trzaśniecie drzwiami samochodu. Przepakowałem swoje rzeczy, pozbierałem jakoś to wszystko i wrzuciłem bez ładu do bagażnika. Jeszcze tylko pożegnałem się z żoną – patrzyła jakoś tak dziwnie, szelmowsko, uśmiechając się kącikami ust. No tak, wszystko jasne, umówili się, a ja kompletny idiota dałem się wrobić jak przedszkolak.
- Następnym razem tak łatwo wam się nie uda – rzuciłem na pożegnanie.
Silnik zaskoczył od razu i ruszyliśmy. Jeszcze nie wiedziałem dokładnie gdzie będziemy łowili, ważny był teraz tylko kierunek, na autostradzie mogłem spokojnie pomyśleć nad szczegółami.

- Papi, dokąd jedziemy? – dotarło do mnie z tylnego siedzenia
- Pomyśl, a jak nie wiesz to siedź cicho – zdusiłem w zarodku wszelkie możliwe dyskusje.
Przecież mu nie powiem, że jeszcze nie wiem. Jeśli byłbym sam, nie byłoby takiego problemu. Z nim – cóż, wybór miejsc ograniczał się może do dwóch, trzech. Potrzebowałem czegoś, gdzie mógłbym zostawić samochód w pobliżu łowiska, tak aby w razie potrzeby mógł posłużyć jako sypialnia. Z doświadczenia wiedziałem, że takie miejsca są prawie zawsze zajmowane jako pierwsze, a jeszcze w dodatku jutro sobota...
- Pożyjemy, zobaczymy – mruknąłem pod nosem i włączyłem radio.
- „This is the road to hell“ - powtórzyłem machinalnie słowa refrenu.
Po piętnastu minutach byliśmy już na przejściu granicznym. Znudzony strażnik nie zwrócił na nas zupełnie uwagi i po kilku kilometrach opony zaszumiały po asfalcie autostrady. W nieco lepszym humorze zainteresowałem się pogodą.
– Pochmurnie, deszczowo i parnie, temperatura w nocy w granicy 20 st. C – dotarło do mnie z radia. No tak, zapowiadała się dobra węgorzowa noc. Żeby tylko brały...

Jacek Gebala *babajaga*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Zaczyna sie interesujaco... :)
Ha,ha,ha! Co za zbieg okoliczności?! Ja też, sięgnąwszy po stary notes, wybrałem do opracowania pewną wyprawę na węgorze!
Ale nie wiem, czy dorównam \"babiejadze\", sądząc po pewnej ogólnej opinii, która do mnie dotarła.W każdym razie życzę powodzenia.
Co takie krótkie?? Tak fajnie się zaczyna...
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :)...pięknie.
I co, i co dalej :grin
Jacek, czekamy na ciąg dalszy! Początek fajny i zapowiedź przygody syna ciekawa. Ładnie budujesz emocje. Pisz, pisz, czekamy!
Chcesz nas przetrzymać :grin Siadaj do kompy i smaruj dalej :P
Fajne, czekam oczywiście na dalszy ciąg tego wędkarskiego dreszczowca :grin
No masz! A mój syn ze mną nie chce jechać :)
Hehe, na żonkę to bym uważał 8)