Świt wstawał perłowy od rosy i mgieł, cudny tą niepowtarzalną urodą, którą tak kochamy. Opary nad łąką zwolna ukazywały ciemne plamy krzaczorów na tle różowiejącego nieba. Pierwszy, jeszcze nieśmiały szron tu i ówdzie srebrzył kiście pożółkłych badyli od północnej strony. Ptaki nie śpiewały, wrzasnęła tylko od lasu oburzona naszym pojawieniem się sójka. Rzeka płynęła leniwie, przyspieszając lekko na zakręcie.

Stanęłam na wysokim brzegu, szukając najlepszej miejscówki. Była pod trzema olchami: wysoka skarpa z wbitymi w ziemię „patyczanymi” podpórkami. Najlepszy znak, że tu łowili miejscowi, gardzący „kupnymi” podpórkami. Kto jak kto – pomyślałam – ale oni wiedzą, gdzie warto stawać. Nie byłam na tym odcinku Warty nigdy. Nasza wysłużona „cytrynka” z trudem przebijała się przez chaszcze i wertepy, aż dowiozła nas tutaj. Miejsce było tak pełne dzikiego uroku, że zapierało dech. Naraz przed nosem śmignął mi turkusowy pocisk: zimorodek. To zdecydowało ostatecznie. Wróciłam do samochodu po torbę i pokrowiec z kijami.

Szybki montaż i bacik siódemeczka idzie w ruch. Rzut. Puszczam z prądem na długość żyłki. Zestaw spływa swobodnie, leniwie samym brzeżkiem nurtu, przytrzymanie, podciągnięcie i od nowa. Za trzecią przepływanką spławiczek gwałtownie daje nurka. Zacinam, hol i na trawie ląduje płoteczka. Żaden tam cud: wymiarowa, ale ładnie wybarwiona. Znajome ciepełko koło serca miło się rozlewa... Chłód poranka już nie dokucza. Kolejny rzut, przepływanka, bez pobicia. Następny z tym samym skutkiem. Za trzecim razem historia się powtarza: spławiczek ostro nurkuje i... bliźniacza płoteczka srebrzy się na haczyku.
- Spadaj po dziadka, mała – sprzedaję jej nasz ograny tekścior. Nie wiem, czy zrozumiała. Mam nadzieję, że wykona zadanie. Kolejny rzut, przepływ... nic... Następny..., następny... Spławiczek daje nurka. Co jest!? Liczyć się nauczyły, czy co? Trzecia płotka za trzecim zarzuceniem. Zimorodek przelatuje dwa metry przed moim nosem i nawet nie udaje, że mnie zauważył. Ot, człowiek sobie stoi i macha patykiem. Nie warto sobie piór zawracać... Magia rzeki?

Kolejny rzut pusty, następny też bez efektu. Z uśmiechem zarzucam po raz trzeci: ciekawe, liczą czy nie? Nie wierzę w żadne takie, ale... spławiczek daje nurka! Opór po zacięciu nieco większy. Adrenalina rośnie. Leszczyk, 25 cm, ale hol pod prąd dodaje mu uroku. Zawsze to coś więcej niż płoteczka. Kłaki mgły nad wodą ustąpiły miejsca słońcu, jeszcze zarumienionemu od snu i chłodu. Łakomie zlizuje głodnymi promieniami kryształki szronu ostałe w zacienionych miejscach. Dziwny, ale przecież znajomy świst w powietrzu. Unoszę głowę: samotny, biały łabędź leci ciężko i majestatycznie nad wodą. Rzut, przepływ, pusto. Rzut, przepływ, pusto. Uśmiecham się do siebie: niemożliwe, żeby i tym razem... Rzut, przepływ, spławik nurkuje! Co jest, do skisłej zanęty?! Opór większy zdecydowanie! Żyłeczka 0,12, przypon 0,10... Oj, kobieto, nie przecwaniłaś? – myślę już lekko zła na nadmiar „ostrożności”. Tylko spokojnie, powtarzam sobie po „kaszpirowsku”, tylko spokojnie... adin, dwa, tr... o kurde blade! Płoć? Nie! Na brzeg wyciągnięty trzepie się jaź. Niech ci tam będzie, masz wolność. Znów rzut... Pusty, drugi... trzeci... Czar się skończył. Nie ma brania!

Przytrzymuje chwilkę, podrywam lekko i zaczynam ściągać do brzegu, Kiedy już-już mam podnieść zestaw z wody, pod samymi stopami, spod zwisającej kępy traw startuje pasiasta torpeda. Atak i... siedzi. Ogłupiała patrzę na zdobycz: okonek! 19 centymetrów! Żaden rarytas ale... żeby tak z głupia frant?! Za trzecim razem? Wypuszczony, zanurkował w głęboczek pod nogami. Rzut, przepływanka... nic. Rzut, przepływanka.... nic. Rzut, przepływanka... nic! Ściągam i... znów pobicie spod zwisających traw. Kolejny „tygrys rzeczny” – 22 cm.

Nie! Nie dam się ogłupić żadnym takim! Czary mary czy inne zabobony nie będą miały nade mną władzy! Koniec! Nie ryzykuję trzeciego trojaczka! Składam bat, wyciągam spinning. Moje ukochane kijątko: leciutkie Shimano o metaliczno-granatowym połysku. Babska fanaberia nakazała mi zakupienie do kompletu dla mojego pieszczoszka kołowrotka w tym samym odcieniu. A co! Uwiązuję nowoodkryte „cudo” okoniowe GLIWY Glan (patent RP 170185). To ustrojstwo mnie absolutnie zauroczyło tegorocznego lata na jeziorach: okonie żarły jak głupie. Były dnie, że na żadnym z okolicznych, rybnych jezior nic nie brało mimo wysiłków i podstępów wędkarzy, a na to cudeńko rzucały się zawsze. Wystarczyło dotknąć dna, poderwać, kilka szybkich obrotów, zwolnienie... i siedział na bank!

Prawie pieszczotliwie mocuję Glana, palcami przecieram wygięty, srebrny, „owadzi” korpus... No, serdeńko, do roboty! Rzut, ściągam jak najbliżej brzegu, jak najbliżej zwisających nad głęboczkiem traw. Jest! Okonek ma nie więcej niż 15 cm. Wraca do wody, ale passa trójek przerwana! Upiorny skrzek powoduje, że ręka przy kolejnym wyrzucie drgnęła i błystka ląduje nie tam, gdzie chciałam. Zaczepia o wystający z wody wykrot. O żebyś z piór opadła! – myślę mściwie. Z drugiego brzegu wystartowała czapla. Jak to się dzieje, że taki piękny ptak ma tak paskudny głos? Matko Naturo, czasem wątpię w Twoją nieomylność, a podziwiam Twą przewrotność.

Kombinuję z błystką jak koń pod górę: za nic nie chcę jej stracić. Zachciało mnie się, kurza melodia góralska, przełamywać schematy! A co mi szkodziło za trzecim razem? Goni mnie ktoś? Czasu mam mało? Na kalosze Gienka przysięgam, że jeśli odzyskam Glana, będę pokornie batowała „trojaczki”... Zsuwam się niżej z bezpiecznej skarpy. Może zdołam sięgnąć do wykrotu i odczepić kotwiczkę, która na dobre utkwiła w omszałym spróchnialcu?

Łuuupsss! Resztki szronu zmieniają stok w lodowisko. Kalosze nie łyżwy, ale radzą sobie niczym snowboard. Rozpaczliwie machając rękami, szukam punktu zaczepienia, łapię jakąś trawę... O ranyyyy! Niedobrze, pokrzywa, psia jej mać! Odruch silniejszy od rozumu powoduje, że wypuszczam to diabelstwo z ręki i jazda, zatrzymana na krótko, trwa dalej. Głęboczek! – zapala się w mózgu światełko – a ja, kurna pływam tylko w życiu, w wodzie mi jakoś nie wychodzi! Widzę czubki swoich kaloszy. No i masz, wszystko jasne! Po kiego grzyba było mnie się zaklinać na KALOSZE GIENKA?

Kara przyszła szybka i bolesna. Wyciągniętymi nogami zaryłam w pień odłamując kawałek, w którym tkwiła kotwiczka. Spinning jakąś dziwną kombinacją wylądował mi na głowie. Złapałam go i zaczęłam się gramolić na skarpę. Ale to było zadanie prawie niewykonalne. Skarpa była stroma jak krzywa podatkowa i śliska jak rządowa koalicja. Co w górę – to w dół. Trzy i pół metra niemożliwości. Kolejny zjazd skończył się zaklinowaniem kalosza w wodzie, między brzegiem a pniem. Szarpiąc uwolniłam nogę i z filozoficzną rezygnacją popatrzyłam na gumiaka opadającego na dno. Kit ci na monogram! Niech będzie ofiara dla rzeki. Z tej miejscówki prędzej czy później jakiś wędkarz go wywlecze. A może na zimę posłuży za schronienie jakiemuś żyjątku? Zniechęcona i wściekła, znalazłam sobie usprawiedliwienie. Niech tam skubaniutki leży! Boso i niekoniecznie w ostrogach pokuśtykałam do samochodu. I nagle... Straszliwa myśl zakiełkowała mi w głowie: za którym obsunięciem straciłam but?! ZA TRZECIM!? Niemożliwe!? A jednak!

Ewa Ćwikła *Stynka*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

No, Tak!
Jak nie patrzeć, \"król jest nagi\",
nawet w roli Baby Jagi!
Dobre, dobre, rewelacja :grin :grin
Stynka, czy aby to nie jest Twoje trzecie opowiadacie na WCWI? ;)
Super, pozdrawiam :)
Kobieta na rybach ... tiaaa ... na trzy brania tylko jedno zacięte ;) I jeszcze utopiła wyjściowego kozaczka narażając budżet domowy w sferze obuwia na niewyjaśnione do końca wydatki. Nie mogła pospiningować jeszcze trochę za pantoflem ??? Za trzecim razem by go zahaczyła ! :grin Dobrze chociaż, że ładnie pisze i ma mnóstwo niesamowitych porównań ... w mordę pierza ... zimosmrodka :)
Piwoniuszu drogi, czytajże ze zrozumieniem: na trzy \"przepływki\" jedno branie. Ja nie marnuję brań, kolego szowinisto męski przebrzydły. :grin :P
Branie, zacięcie, hol, lądowanie. Mam powtórzyc, czy tym razem zapamietałes? Jesli nie- proponujępzreczytać jeszcze raz, powoli, dokładnie, ze zrozumieniem.... :P Pozdrawiam cieplutko :D
Pycha Ewuniu - przeczytalem jendym tchem - gratulacje :))
Droga Ewuniu (jak napisał karpiarzuniu), po przeczytaniu ze zrozumieniem wyszło mi szydło z worka - to jest bajka o Kopciuszku co zgubił woderka i prosi uczciwego księcia o znalezienie. :grin
Piwoniuszu, trafiłes w sedno :D
:grin ;)
Wspomniałaś o blaszkach Gliwa. Odkryłem je bodajże przed dwoma laty. Rzeczywiście, bywają wielce skuteczne. Gdy na ZZ zawodziły Meppsy czy Effzety, Gliwy niekiedy okazywały się skuteczne nawet w - zdawałoby się - zupełnej studni. Ale tylko ze skrzydełkiem typu comet. Na longi nie miałem nawet puknięcia.
Szkoda tylko, że w 100lycy i okolicach są trudno dostępne. Nie wiem, czy producent się leni, czy tylko zawodzi system marketingu i dystrybucji.
Z jedej strony to się cieszę, bo więcej ryb zostanie dla mnie. Ale z drugiej... leżą sobie te blaszki w pudełku, nieużywane. Boję się, żeby nie pourywać. A z nabyciem nowych może być problem.
Zgadza sie, comet! Jeśli masz kłopoty z blaszkami- chetnie służę.Jest nas tu trochę \"łodziaków\". Ja mam pod nosem osiedlowy sklepik wędkarski, w którym wybór Gliwy jest: wielkośc, kolor, skrzydełka... czego Ci trzeba?
Stynko, wolnej kasy mi trzeba :grin Tylko jeszcze muszę wjechać do zaprzyjaźnionego sklepiku.

Od paru lat się zastanawiam, po jaki ciul mi trzeba nosić w plecaku parę kilogramów przynęt. Przecież jak miałbym nawet jeszcze ze trzy pary rąk, a jeszcze i zgodę na łowienie na trzy spinningi, to i tak bym ocipiał. A ryb to bym złowił tyle, że tragedia. Śledzie w occie dziś pożeram :grin

Teraz to zerkam na przynęty podlodowe. Malusie pudełeczko, które zmieści ze 20 blaszek i trochę mormyszek. Całą resztę zapisuję Synowi. Bo ja chyba nie zdążę tego pourywać :grin
Ale zapisuję z przykazaniem, że nie wolno tego używać. Bo jakieś muzeum ktoś zrobi :grin
Zbiory archiwalne zostają w chałupie. Bo zaraz jakiś kamrat,w ramach zwyczajowej wymiany (czyli wzajemnego grzebania po pudełkach:P, czyli wzajemnego wyciągania sobie z pudełek różnych fajnych rzeczy,zaraz coś wyciągnie :grin Z wzajemnością :grin ;)
hahaha, swietny tekst, dawno tak sie nie usmialem podczas czytania relacji z wedkowania - \"O ranyyyy! Niedobrze, pokrzywa, psia jej mać!\" dla mnie rewelka - pozdrawiam serdecznie Stynko i pisz dziewczyno jak najwiecej.
Ewo, niechże komentarzem odzwierciedlającym moje odczucia po lekturze tej historyjki będą słowa poety:

\"Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych\"

Dziękuję za tak swojsko brzmiący ton Twej opowieści.
Chyba mam deja vu ... eeee ... deja vu to mają nietrunkowi a ja to po prostu podwójnie widzę. ;) Stynka, kazałaś jeszcze komuś oprócz mnie przeczytać drugi raz ze zrozumieniem czy ludzie z dobrej woli czytają Cię więcej niż raz ? :grin
Z dobrej woli, spoko! Ja tam sie z tego ciesze, widocznie mam swój \"Fanklub\"... A co? Tak nie można czy to takie dziwne? Nie zabijaj we mnie nadziei, Piwoniuszu... Daj żyć złudzeniami, że siekomu spodobało i z własnej woli....OK? :grin
Podejrzewam, że specjalnie utopiłaś kalosik a by kupić nowe cosik. Na bank za trzecim razem wyłowiła byś go, ale jak to kobieta, trzy razy w tej samej sukience grzech się pokazać.
Ted, kalosik nie kiecka...:) Ale faktycznie, nie lubiłam akurat tych.. Ty to znasz kobiety!Pogratulować! :D
Ewcia! Nic nie powiem, a nie powiem bo mi słów zabrakło, choć jestem pyskaty. No nie powiem, po prostu pisz więcej!!! :grin
Ewo śmiało możesz mnie zaliczyć do swojego fan-klubu. Twoje teksty czytam z niekłamaną przyjemnością i wielokrotnie :grin Proszę o więcej