Najpierw – była myśl obsesyjna, natrętna. Od roku. Pisano tu przed rokiem o tej Rzeczce (raz jeszcze dzięki, Piotrze!). Zachłannie syciłem oczy fotkami, aż obudziła się tęskna pamięć. Ile czasu mnie tam nie było? Dekadę? A może dłużej? Dłużej, ze dwanaście lat... A może z piętnaście? A przecież przymierzałem się nie raz. Nawet „sztabówkę” 1:25000 kupiłem. Gapiłem się w nią jak wół na malowane wrota, przywoływałem obrazy z pamięci ulatającej. I nic. Ciągle za daleko, ciągle nie po drodze. Ciągła też obawa, że nie trafię po własnych śladach.
Tam - tylko dwie wioski, do Rzeczki przytulone mackami starości. Bo nie rzucim ziemi, skąd nasz ród. Bo cóż nam z tego, że rzucim? Kto kupi? Aha, Warszawka może kupi. Ale jeszcze trzeba się postarać, żeby Warszawka wiedziała, że jest coś do kupienia. No i jeszcze w gminie trza ziemię odrolnić, na rekreację przemianować...

Młodych nie ma. Jedynie podrostki. Ze skrzydłami jeszcze słabymi, więc z gniazda nie dadzą rady wyfrunąć. Ci nieco starsi, którzy ulecieli, zarabiają teraz rozsądne pieniądze gdzieś w miastach, niekoniecznie naszych. A tu – chałupy zmurszałe jak najstarsi mieszkańcy. Z głowami pokrytymi szlachetną, posiwiałą zielenią i gontów, i strzech, i eternitu. Ze ścianami omszałymi w zadumane grzywy powojów, winorośli, wreszcie mchów. I cisza. Jeno mućka gdzieś zaryczy, jeno burek łańcuchowy popyskuje trochę, gdy się inny burek zakręci w pobliżu. Bo intruzów na dwóch nogach tam nie ma. Sami swojacy, wszyscy się znają od urodzenia. Psy też wszystkich znają. Gdy już się obcy pojawi, to pewnie zabłądził. Ale to rzadko, może raz na miesiąc. I jeszcze traktor czasem zawarczy. Staruteńki Ursus. Bo nowszy po co? Żeby pół hektara cherlawego żyta, na piachu wyrosłego jakimś cudem, wykosić? Żeby dwadzieścia arów kartofli, dzięki przemożnej woli życia wyrosłych na ugorze, wykopać? Przecież tyle to i motyką można.

A ryby? No są. Ale kto by tam, panie, się za nimi uganiał! Młode to w świat poszli i wolą kupić gotowe, takie od razu na patelnię. A z kłomlą latać? Z podrywką? Jak się ma, panie, szósty krzyżyk na karku, to się nie chce. Bo to jeszcze i przez te krzaki trza się przedrzeć, do wody wleźć. A woda, panie, zdradliwa. Jeden krok – do kolan. Drugi krok – też do kolan. Trzeci krok – i lecisz, kochany, aż po szyję. Albo i głębiej. A się skąpać w kapocie, dla jednego szczupaczka czy paru jelczyków albo kiełbi, to nie ma sensu. Lepiej kurakowi łeb obciąć, rosołu nagotować. To i krzepa z tego będzie. I się człek nie namoczy...

Nie marudź – mówię Grześkowi przez telefon – dowiesz się, gdy dojedziemy. Ale na grzyby mam jechać, ślubna mi zaplanowała – Grzechu na to. A kilka godzin później dzwoni i mówi, że jednak jedziemy. No i suuuper!

Dopiero słonko wstaje, gdy dobijamy na miejsce. Atlas samochodowy w garści (komuś pożyczyłem „sztabówkę” i ten ktoś zapomniał oddać), ślepia wściubione w skryte w lekkiej mgiełce, ledwo co widoczne drogowskazy. Tu? Chyba tu. Skręcamy. Jakby co, to bak jest prawie pełny. A za mocno nie pobłądzimy, bo Rzeka nas powstrzyma. Więc paliwa wystarczy na powrót. O! Jest mostek! To jednak w atlasie nie kłamali. Jeśli mnie pamięć sentymentalna nie myli, to kiedyś mostku nie było. I nawet asfalt jest. Kończy się zaraz za mostkiem, potem żwirówka. Na końcu asfaltu dróżka w bok, z garbem źle położonej krawędzi. Nie urwiemy niczego z podwozia? Uff, udaje się. Dalej łąka. Z ledwo widocznymi śladami po ciągnikach pamiętających wczesnego Gierka.

Tu? Czy jeszcze dalej podjedziemy? Wystarczy – mówi Grzesiek. Dalej – to chyba nie łąka, a ozimina posiana. Nie jedźmy, bo to jakby bochenek chleba podeptać... Przejdziemy się. Więc – zaczynajmy. Lecz najpierw zbrojenie wędzisk. Biorę tylko tę cięższą, szczupakową. Paproszkowy kijaszek... kurde! – nie zmieścił się do bagażnika. A jeśli przyjdzie ktoś łasy na cudze, dostępne po jednym stuknięciu kamieniem w szybę? A może nie przyjdzie? Raczej nie przyjdzie. Tu ludziska wolą cudze szerokim łukiem ominąć, żeby nawet cień podejrzenia o niecne zamiary nie padł. A obcy, miastowi, tu nie zaglądają. Złodzieje też nie zaglądają. Bo chyba nawet nie ma co ukraść. Najwyżej krowę.

Jejku! – rzecze Grzechu – jak tu... dziewiczo! I jak ta rzeczka kręci! Zobacz, pod tymi nawisami powinno być... I leci Grzesiek, prawie na złamanie karku. Brnie przez trawę nieskoszoną, przez chabazie nadbrzeżne, rzuca „mięsem”, gdy się w tych chabaziach potyka tak, że mało nie leci ze skarpy do wody... I powtarza zaraz: oż kurna, jak tu dziewiczo! A jaka woda czysta! No przecież... no przecież...! A chwilę później, po drugim czy trzecim rzucie wirówką, się drze: ale branie miałem!

Jeszcze nie ruszyłem. Jeszcze zbroję kijaszka. Jeszcze się zapatrzyłem na wschodzące słońce, kraszące mgłę różowością radosną. Jak durny małolat, sentymentami i innymi romantyzmami chwilowo naładowany. Jeszcze sięgam po papierosa i... odkładam paczkę do kieszeni. Bo ten wrzesień, ten schyłek lata, pachną tak ulotnie... Jeszcze mi w tym zapachu wilgotnym od mgiełki, od rosy, brakuje dymu z ogniska syconego nacią kartofli. Ale czuć w powietrzu krowie łajno. Już zwietrzałe. Takie... sielankowe jakieś, swojskie. Śmierdzi? Może komuś śmierdzi. Mnie nie śmierdzi.

I tylko - śpieworzyku ptaków mi brak. Jaskółki, boćki, słowiki, skowronki, rybitwy – już gdzieś na szlaku. Tylko jastrząb kwili zza odległego zagajnika. Pewnie dopadł i zadziobał, rozorał pazurami, przepiórkę jakąś. A może tylko szybuje nad koronami wieszcząc, że on tu pan i władca? I jeszcze głos słyszę: gdzie leziesz?!! Aha, to na drugim brzegu. Ktoś, płeć trudna do określenia, wyprowadza krowy na pastwisko. Po chwili szczęka młotek – a może kamień? – wbijający pal kotwiczący krowi łańcuch. I znów jakiś burek się odzywa. Z tej, czy z tamtej strony wody? Trudno wyczuć. Rzeczka tak meandruje, że chałupa odległa o rzut beretem, zdająca się stać nam na przeszkodzie, stoi o sto metrów od koryta. I z drugiej strony.

Dzicz? Na Mazowszu??? A jednak. Zerkam, jak Grzesiek, dobierając się do obiecującej miejscówki, zjeżdża na tyłku. Chwilę później robię to samo. Bo inaczej się nie da. Wygryziona przez Rzeczkę, prawie pionowa skarpa, rozdłubana bobrowymi ścieżkami, zarośnięta jeżynami, krzakami dzikich malin i porzeczek. Jeszcze dziksza od wariatów, którzy postanowili się zachwycić tą dzikością, na gościnną nie wygląda. Broni się zasiekami zielska, dziesiątkami wilczych dołów kopanych przez bobry, podmytymi, wiszącymi skarpami, niespodzianym mułem przy brzegu, gdy w polaroidach widać tylko poskładane łagodnie fałdy piasku. Nieskalanego przez buty wędkarza, przez krowie kopyta.

Rzucam wreszcie i ja. I trafiam. Prosto w gałąź na drugiej stronie. Blaszka wisi smętnie, staram się ją ściągnąć. A Grzesiek zeznaje, że znów mu coś walnęło. Tym razem w woblerka. Mikrusiego, jaziowego, czarnego ze srebrno-błękitnymi akcentami. Fuksiarz jeden! A ja naciągam żyłkę, naciągam... Pstryk! Blaszka zaś, z uwięzi zerwana, robi cichutkie plum! Dojdę do niej? Odzyskam? A figa! Do środka rzeczki wody mam do kolan. Krok dalej mam już pod krawędź spodniobutów. Na szczęście dno twarde, udaje mi się wycofać. I... oż kurde blaszka! Wody prawie po pachy, a widzę własne podeszwy! A tuż za nimi stadko... kiełbi? Jelców? Chyba jednak kiełbie, bo buchtują w dnie. Jeszcze nie wyłażę, jeszcze się rozglądam. I... pieprzyć wędkowanie! Jakże tu pięknie! Nic, tylko poleźć przed siebie...

Aha! No to leź, durniu – strofuję się w myślach – pierdyknij orła na płytkim, o jakąś zapomnianą gałąź zaczepiając. Lub wpakuj się do dołka, w którym na stojąco się zmieścisz razem z czapką.

Wreszcie udaje się przedostać na drugi brzeg. Wystarczyło podejść środkiem o dwadzieścia metrów wyżej. Jest bród. Tylko że trzeba się wdrapać na skarpę sterczącą prawie pionowo, ze szczytem o dwa metry nad głową. Uparty jestem. Jakieś korzenie sterczą ze skarpy, więc jest się czego przytrzymać. Piątka z alpinistyki! I... na darmo! Miejsce, gdzie blaszka oddała się wodzie, wygląda na głębokie. A burta pionowa. Wyjmuję więc z torby taką śmiszną echosondę na sznurku, rzucam na wodę... Oż ty w życiu! Metr od brzegu jest dwa i pół metra wody. Krystalicznie czystej. Tak czystej, że widzę na dnie własną blaszkę. A przynajmniej tak mi się wydaje. Leży bidulka między dwoma konarami, nurzającymi swoje końce w piaszczystym dnie. Sięgnę? Może i tak, ale czym? Może mocno obciążoną gumką? No to próbuję. I... gumka, piekielnica niewdzięczna, się wtula w jeden z konarów. I na nim zostaje.

Uboższy o 10 zetów wycofuję się. Ale... którędy ja, kurde mol, przez Rzeczkę przełaziłem? Drzew i konarów do niej zwalonych od groma i trochę, a wszystkie do siebie podobne... A ile jeszcze drzew czeka na podmuch wiatru, który pochowa pień w krystalicznym nurcie?

Naraz Grzesiek, zamaskowany w tej mgiełce i krzaczorach, dumnie ogłasza, że ma okonia. Takiego ponad dwadzieścia centymetrów. Oż ty w życiu – se myślę. Ty fuksiarzu jeden! Jak Cię dopadnę, to... Aha! Weź i dopadnij... Jeszcze trzeba wrócić na lewy brzeg. Ale którędy? Tam, gdzie mi się wydawało, że przełaziłem, noga mi wpada w jakąś dziurę. Ponad krawędź spodniobutów. Więc mi się klejnoty rodowe ciut opłukują, a skarpety przejmują niechcianą wilgoć. A woda piekielnie zimna.

Z ciekawości zaczerpuję kilka garści, wypijam. Jest jak źródlana, ta z gór. Więc – może naprawdę są tu i pstrągi? Mówiono mi, że się trafiają. Tylko że ciut wyżej, o kilka kilometrów. W linii prostej. Bo rzeką to będzie kilkanaście. Gdzie trochę wężej, bardziej rozmaicie, bardziej wartko, jeszcze bardziej dziko. Gdzie rzeczka przedziera się szalonymi meandrami pośród skarp wysokich, niedostępnych. Gdzie człek o zdrowych zmysłach się nie zapuszcza. Bo do wody podejść nie ma jak. A jak już ktoś się odważy, to ryby nie złowi. Bo tyle hałasu w gęstwinie omotanych dzikością chabaziach narobi, że wszystko przepłoszy nim dojdzie.

No jak – którędy? Przecież to proste! Trzeba się tylko było uważnie rozejrzeć. A patrzenie o tyle niewdzięczne, że czy jest dwa metry wody, czy tylko pół, to dno widać tak samo. A ja krótkowidz. Patrzałki zostały w autku, bo na łowisku bardziej potrzebne polaroidy. A jeszcze słonko wściekle daje po oczach. I jeszcze mi lata przed okularami stado krwiopijców, łaknących śniadanka. Więc się opędzam przed nimi to jedną łapą, to drugą. Chwilowo zapominając, że w prawej trzymam wędkę. Więc, owada utłuc próbując, tłukę się dolną przelotką we własne czoło. Ach, jaki zdolny jestem! Przelotka wytrzymała, czółko za tydzień będzie OK.

Jeszcze staję na ma chwilę, patrzę w dół nurtu. I wzroku oderwać nie mogę.

I wierzyć mi się nie chce, że takie zakątki uchowały się jeszcze przed ludzką ciekawością, pazernością. I cieszę się radością zazdrosną, zachłanną, a po części złośliwą. Że miliony pomykają co roku przez most na pobliskiej trasie, nawet okiem nie rzucając na ciurek wijący się w dole.

Bo może nie szukają, czego ja szukam? Może chcą tylko złowić rybę, a nie próbować ją złowić? Pewnie wolą posiedzieć wygodnie, na pomoście, na foteliku, czekając. Nie mieć pyska odrapanego w krzakach, w jeżynach. Nie ryzykować kąpieli w spodniobutach, skręcenia nogi w jakiejś dziurze zamaskowanej trawami. Nie wiedzą, co tracą.

A może nie tracą? Może mają lepiej? Posiedzieć wygodnie, poopalać się, napić się piwa czy kawy, wkomponować się łagodnie w czekanie na rybę. Potem, gdy ryba złowiona, sfotografować ją, wysłać fotkę do którejś redakcji, otrzymać medal, splendor... Ja – raczej tu nie złowię medalu. A gdyby nawet, to się nie pochwalę. Nawet i fotki plenerowe pstrykam tak, by żadnej chałupy nie było w kadrze widać, żadnej drogi. By nikt nie rozpoznał, nie trafił za nami. Bom zazdrosny. Piekielnie zazdrosny. Bo to moje. Tak bardzo osobiste, że aż intymne.

Wreszcie doganiam Grześka. Po drodze wywijam przecudnej urody orzełka, bom nie dostrzegł, w tych chabaziach, że boberki sobie zrobiły pod nawisami traw ścieżkę. A Grzechu właśnie ciągnie drugiego okonka. Ciut mniejszego.

Gul mi skacze. Ale choć podglądam przynętę: woblerek ma mniej niż trzy centymetry. Mam podobnego, nieco większego. Zapinam na agrafce, rzucam, i... kolejne prawie dwadzieścia zetów idzie się pie... Ot, miękkie przytrzymanie, potem luzik. Dureń ze mnie, że nie założyłem stalki. Albo oferowanego przez Grzesia przyponu z fluorokarbonu. Teraz już zakładam.

Potem – wrzucam na luz. Bo jakże tu pięęęęęęknie! Dzicz okraszona skrawkami poletek, pionowe burty nad Rzeczką, z oderwanymi przez wodę kępami. Na których stanąć może tylko ten, kto w połowie września nie boi się kąpieli.

Kilka krów zdziwionych, że jakieś pajace szwendają się nad wodą i jakimiś chlubkami machają... Polazłem dalej. A co? Niech się te mleczarnie dziwują, niech muuuczą sobie po swojemu, plotkując o intruzach. Tymczasem Rzeczka tak piękna, tak piękna!

Tylko że zaczęło dmuchać od wschodu. Potężnie dmuchać. Więc – ryb już chyba nie będzie, najwyżej przypadkiem. Nic to, idę dalej. W miejsca, gdzie nie uświadczy śladu wędkarskiego buta. Gdzie czego by do wody nie wrzucić, to przy ściąganiu odprowadzają to ciekawskie, mikrusie jelce. Gdzie do brzegu trzeba się przedzierać przez pokrzywy wybujałe nad głowę. A plątanina jeżyn, przykrywających bobrowe ścieżki taka, że na łeb trzeba upaść, by się tam zapuszczać.

No i co? No nic. Prawie nic. Poza tym, że kolejną przynętę urwałem. Bo wiatr blaszkę porwał i z sobie tylko wiadomych powodów poniósł ją w gałęzie swojskiej, sielankowej, rozłożystej wierzby - starowinki. Na drugiej stronie Rzeczki. Drzewo od tego nie wyładniało, a ja o kolejne kilka zetów jestem w plecy... I cóż wierzbie po mojej blaszce? Pień już podgryziony przez bobry, za kilka dni rozczochrana grzywa gałęzi spocznie w nurcie...

Mając dość – zakrzyknąłem na Grześka, że wracamy do auta, pojedziemy dalej. Ale dookólną drogą, teren i dojazdy sprawdzając. Się okazało, że do autka mamy, w linii prostej, z pół kilometra. A biegając brzegiem Rzeczki – żeśmy przebyli kilometrów kilka. Bo ona tak kręci wśród tych łąk i poletek, że zawrotu głowy można dostać. Sto metrów w linii prostej, pół kilometra brzegiem. Trzy minuty marszu po łące, godzina przedzierania się, nawet bez łowienia, wśród nadbrzeżnych chaszczy... Chyba trzeba mieć coś nie tak pod kopułą, by po tych zaroślach się uganiać bezrybnie...

Ruszyliśmy w stronę łowiska, gdzie – no nie ma siły! – muszą być okonie! Jeszcze sklepik w kolejnej, zapomnianej wiosce. Trzeba pociągnąć za sznurek przy drzwiach, poruszyć dzwonkiem. By z pięterka wywołać gospodynię. Zdziwioną, że ktoś zupełnie obcy tu trafił. Zabłądziliście? – z troską pyta kobiecina – do szosy to trzeba w drugą stronę, za krzyżem w lewo... Nie, droga pani – śmieję się – my tu celowo, świadomie. A wtedy pani dziwi się jeszcze mocniej... Ja też się dziwię. W sklepiku tylko pięć gatunków papierosów, tylko trzy gatunki piwa. Z tych najtańszych. Miałem chęć na pomidory. Są. Lecz mocno przywiędłe. A bo wie pan – wzdycha kobiecina – tu tego nikt nie kupuje, każdy ma własne. Sama nie wiem, po co wstawiłam na sklep. Teraz trzeba będzie wyrzucić...

Kawałek dalej – wreszcie ludzie. Troje nastolatków. Na środku wąziutkiej jezdni. Zdziwieni, że samochód jedzie. Zdziwieni, że trzeba z drogi zejść, ustąpić. Ktoś palcem pokazuje rejestrację, wszystkie miny wyraźnie zdumione... Po kilkuset metrach kończy się poszczerbiony asfalt. W miarę równa żwirówka nagle się rozdwaja. W którą więc stronę? Atlas samochodowy nie przewiduje, by dróżki były dwie. Zresztą nikła kreska na mapie biegnie nie w tę stronę, w którą prowadzi którakolwiek z dróżek. Ech, że też zawieruszyła mi się „sztabówka”! Trudno, pojedziemy na wyczucie. Zawsze gdzieś wyjedziemy.

I... znacie taki las? Gdzie aż do kostek zapada się człek we mchu? Gdzie paprocie zdają się sięgać ramion? Niestety, nie jesteśmy tu sami. Kilka aut na stołecznych numerach, biegają ludziska z koszami. Jak tu trafili? Zbłądzili? Czy tak samo jak my wiedzą, dokąd uciec przed cywilizacją? Raczej to drugie. Kto tylko na grzyby jedzie, ten stanie przy głównej trasie. Tam lasów nie brak, grzybów też. I nie ryzykuje się urwania zawieszenia na leśnym dukcie, wśród tej dziczy. Gdzie nawet komórki gubią zasięg, a do najbliższej chałupy ze cztery kilometry.

Kawałek dalej, już na zupełnym odludziu, zatrzymujemy się i my. Na pięć minut. Napatrzeć się, powąchać, dostojnego poszumu koron wyniosłych sosen posłuchać, pod nogi zerknąć. I... zostajemy prawie trzy godziny. Grzybów nie za wiele, bo już obeschło po ostatnich deszczach. Ale są. Głównie podgrzybki. Z rzadka trafia się kozak, niekiedy prawdziwek.

Sporo takich, które, pokryte patyną pleśni, chylą się ku mchom, z pokorą czekając na dopełnienie losu nieodwracalnego. Co chwila któryś z nas kłania się ziemi, odbierając ściółce brązowy, zamszowy kapelusik, osadzony na wyjątkowo długiej nóżce. Przynajmniej grzybów przywieziemy. Będzie pyszna kolacja, będzie kilka kolejnych słoików marynaty. Zimą – każdy kęs zapachnie tym lasem, dzikością zaszumi, tęsknotę za wiosną rozbudzi, za przestrzenią nieokiełznaną...

Później – znów trochę błądzimy. Wreszcie prosta jak strzelił, leśna dróżka,

wyprowadza nas do kolejnej, też omszałej wioski. Bezpiecznie przycupnąwszy na wysokiej skarpie, nad dużą, nieokiełznaną Rzeką, wtuliła się w bór wiekowy. I zdaje się spać. Leniwa taka, cicha, zadumana. Nawet psom nie chce się nas obszczekać, gdy wolniutko przetaczamy się przez kopny piach śródwioskowej dróżki. Wreszcie – wyjeżdżamy nad Rzekę. I wreszcie widać człowieka. Też zdziwiony. Bo jak żeśmy tu trafili? Okazuje się – Warszawiak. Wędkarz. Grzybiarz. Kilka miesięcy jeździł po obydwu stronach Rzeki, działki szukając. Wreszcie znalazł. Kupił. Jest szczęśliwy. Tym szczęśliwszy, że działek tu niewiele, wszystkie dyskretnie wtopione między drzewa. Nie ma więcej ziemi do kupienia, więc nigdy nie wyrośnie tu działkowy kołchoz podobny do mazurskich. A wioska tak skryta, tak zapomniana, że nawet ksiądz, po kolędzie jeżdżąc, z trudem trafia. A do wody tak blisko, tak blisko! Dzikiej, nieokiełznanej, pięknej! A grzyby rosną tuż obok, nawet i na działce. I taka tu – pierwotność... I serca w ludziach takie wielkie. „Pochwalony” – gadają drugiemu człowiekowi już z daleka. Też i nieznajomym. A niekiedy, nocą, łoś się przespaceruje między chałupami. Nawet psy się nie dziwią. Mało który szczeknie. Bo się znają.

My na pewno na Mazowszu jesteśmy? Na pewno w XXI wieku? Jakbyśmy się przenieśli w czasie, o wiek do tyłu. Jeszcze stoi w wiosce omszała chałupa, strzechą kryta. Jeszcze są stodółki drewniane, reumatycznie pokrzywione brzemieniem starości... Jakby nagle ożyła „Droga w Bronowicach” Gierymskiego.

A jednak – cywilizacja dotarła. Na kłaniających się ziemi, drewnianych słupach, ciągnie się pajęczyna elektryki. Na kilku dachach dumnie wypinają pierś talerze satelitarnej TV. Na podwórkach, za pochylonymi płotami ze sztachet, drzemią samochody, gdzieniegdzie traktor. Wszystko – takie uśpione. Jakby zatrzymane w czasie. A jednak – to realne! To jest. Uchowane przed pośpiechem, gwarem, przed wariactwem postępu. Tkwi w tym lesie, nad tą wodą. Ukojone poszumem granym przez wiekowe korony drzew, szemraniem Rzeki. Jeno pies czasem gdzieś zaszczeka, jeno silnik samochodu cicho, cichuteńko czasem pomruczy...

Wracamy. Bez ryb, za to z grzybami. Zmęczeni. Tylko... wyciszeni tacy. Aż gadać się nie chce. Jakbyśmy bali się spłoszyć te obrazy, dźwięki, zapachy, odczucia... Jakbyśmy zachłannymi pazurami zmysłów ukojonych dalej kurczowo się wczepiali tam, gdzie byliśmy...

Nie pytajcie o adres. Zazdrośnie okrywam tajemnicą dziewiczość tych zakątków. Gdzie cały cywilizacyjny rozpęd nagle gaśnie, wtula się w ciszę, w krów pomrukiwanie, w poszum wiatru, w wilgotny szmer Rzeki. Gdzie nogi plączą się w jeżynach, w pokrzywach, a dusza zdaje się płynąć – ponad! Gdzie wszystkimi zmysłami wędruje się przez - aż nierealną! - krainę łagodności, ukojenia. Gdzie człek podświadomie boi się głośniej odezwać. By tego nie spłoszyć, nie sprofanować... A potem – marzy. By powrócić. Tak cicho, cichuteńko...

Andrzej Bombola *Bombel*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Przepięknie napisane, ale mam jedno ale... Po co to liczenie kasy za stracone przynęty :upset :sigh ! Toż to prawie jak z bajki, w której cudownej urody królewna, szłą przez ukwieconą łąkę, na której baraszkowały kolorowe motyle, nagle w depnęła w gówno :grin ...
Mimo wszystko, nastrojowe i poetyczne!
Ładna wprawka... Nic ponad to...
Cytat:
Po co to liczenie kasy za stracone przynęty


mnie to od \"opadających rąk\" już nie dziwi :upset
Witam Andrzeju. Relacja przepiękna i opisana w sposób jakbym sam tam był. A jak wiesz, wiem dobrze gdzie to jest. Tym bardziej wdzięczny pozostaję, że też chowasz tą rzeczkę jak ja - dla siebie i grona najbliższych kolegów \"po kiju\". A uwierz mi także, że jesli uda Ci się częściej te miejsca odwiedzać, to Rzeczka zaskoczy Cię naprawdę pięknymi okazami...
Ech.....
fajny, uroczy ciurek! :)
Jędruś !

Komentował nie będę, bo relacja nie godna żadnych komentarzy.
Rzecz druga, rzucaj w pizdu robotę, jedź tam do głuszy, chałupinę najmij albo kup za to co warszawskie sprzedasz i książkę zacznij pisać, bo się z powołaniem minąłeś, a z pióra możesz żyć jak Król.
Już w czasie czytania poczułem nastrój tego miejsca, pojawiła się nawet niewielka nutka zazdrości :).
Natomiast część komentarzy świadczy tylko tym, że nie każdy jest w stanie zrozumieć i docenić piękno nie skażonej przyrody i ciszy - coż, nawet nie wie co traci.
Pozdrawiam i dziękuję za ten tekst.
Piotr
Niesamowicie nastrojowa i poetycko brzmiąca (aż niezręcznie to tak nazwać)realacja!
Zaiste, czuła jest dusza mieszczucha. Trochę zadupia, dziurawej drogi, a toto już łzy roni i o świecie Bożym zapomina. :grin Ale serce? -serce zatwardziałem pozostaje, bo kompanom przed komputerami, na klawiatury łez zdrój czysty lejących, adresów dziewic, co ponoć występują w tamtejszych zakątkach -nie poda, ach, nie poda! ;)
Wieszak, HepatitisB - ja to tak strasznie lubię, gdy ktoś wyrywa coś z kontekstu, całości nie widząc :grin Współczuję braku rozumienia kompozycji.
Ale cóż, nie zamierzam rysować komiksów tylko dlatego, że kilku procentom odbiorców byłoby łatwiej rozumieć...

Gacopyrz - teraz już wiesz, ile straciłeś nie jadąc? Spoko, przed Tobą drugie podejście. :grin

Wozik77 - jednak konieczne jest pływadło. Przedzieranie się przez te chabazie płoszy wszystkie ryby z okolicy. A po cichu podejść się nie da. Wobka spławić na więcej niż 20 m też się nie da. Zresztą... co ja Ci będę mówił... ;)
Lokalizacja zostaje niejawna :) Jeśli ktoś chce, to niechaj uważnie przestudiuje mapę Mazowsza. Znajdzie sporo podobnych miejsc :)
Cytat:
Wieszak, HepatitisB - ja to tak strasznie lubię, gdy ktoś wyrywa coś z kontekstu, całości nie widząc Współczuję braku rozumienia kompozycji.


:grin Ależ tekst jest prosty i zrozumiały. Ot, taka wprawka na prozę poetycką.
Jednocześnie pusty wewnętrznie jak wydmuszka...

A dygresja \"finansowa\" ukazuje prawdziwe \"wrażenia estetyczne\" autora...
Andrzeju, po co ten sarkazm :sigh ... Przeczytaj dokładnie mój komentarz, a wszystko będzie jasne ...
Dla mnie te wstawki o kasie były po prostu łyżką dziegciu i nie pasowały do reszty tekstu... I tylko tyle.! Reszta jest jak najbardziej OK :) .

PS. Czyżbym swoim delikatnym komentarzem dotknął Twojego, czułego ego :grin ?
Sławku - znam Twój styl i wielce go sobie cenię :)

Wyjaśnię nt. wtrętów o kasie: to takie realistyczne, siermiężne wstawki, mające na celu lekkie zburzenie nastroju. Żeby nie było, iż tekst łzawo - sielankowy. ;) I żeby realizm wkradł się między te zapachy, odczucia, natchnione (nawiedzone? :grin ) wędrowanie myślą ponad ziemią.

Zapytam, odpowiedzi nie oczekując szczególnie mocno: gdy zdarza Ci się rwać Rapalkę czy innego Mannsa - nigdy nie bierzesz pod uwagę, ile złotówek w wodzie zostaje?
Rzecz jedynie w tym, że większość z nas (większość?) nie dokonuje kalkulacji nt. rentowności wędkarskich wypadów. Tych o 100 km i dalszych. Bo inaczej byśmy w ogóle na ryby nie jeździli.
Na fotki wmieszane w tekścior zerknij. W nich jest kwintesencja wędkowania. Nie tylko mojego. I jeszcze zauważ, że zamierzam tam powrócić. Świadomym będąc, że znów zejdę z łowiska o kiju. Cały ujebany (czyli zmęczony, upaprany w błocie, podrapany w krzakach), ale cały szczęśliwy :)

A z żółtaczką gadać mi się nie chce. Żeby się nie zarazić nadkwasotą jakąś. :grin
UWAGAAAA!
Się przyznam: Margotka widział wersję wstępną tekstu, jeszcze nie wygładzoną. Zaleciła mi usunięci mi wulgaryzmów ( bo były. Jak Grzechu na dupie zjeżdżał to nie mięsem, a zwyczaną kurwą rzucił :grin ), do wierzby prastarej zaleciła dorzucić, że to \"starowinka\". I jeszcze coś... Aha, jeszcze zmodyfikowała pierwsze zdanie w tekście :)

Rochu - małom fikołka nie fiknął, dostrzegając Twój koment ;) A nie znalazłbyś czasu i weny, by w takim stylu popełnić relacyję jakąś? Ależ by jazda była! :grin
Ja tam jeszcze raz wtym roku pojadę
Grzechu
Bombel! Dzięki za górne mniemanie o mojej skromnej osobie. Ja jestem tylko kpiarz i prześmiewca. 8)

P. S. Z tym proboszczem, co to ma trudości z trafieniem za kasą, to już przegiąłeś! Fantasy, Mocium Panie, czyste fantasy!
Cytat:
A z żółtaczką gadać mi się nie chce. Żeby się nie zarazić nadkwasotą jakąś


Nie ma potrzeby. Przeciez i tak byłaby to tylko ekwilibrystyka luźno z tematem. Naszpikowana fajerwerkami, lecz bez specjalnego znaczenia.

Jak BĄBEL. Nakłujesz to tulko huk i czasem... smród (a to tak przy okazji nawiazań do nicków - choć w przeciwieństwie zawartości Twego - zółtaczka jest zakaźna - mam nadzieję)
Jędruś! Gacopyrz ma świętą rację! Rzucaj w ....sam wiesz gdzie... wsio i chwytaj na poważnie za pióro. Ja po takiej lekturze już chyba wcale nie będę nic pisał. I rzeczywiście trzym się zdala od wsiakich żółtaczek. Taki to absolutnie nie czuje blusa i jeszcze próbuje coś tam pieprzyć o wprawkach poetyckich. Jednym wyrazem - GRATULACJE!
Andrzejku brawo pieknie napisane,pierwszy raz widze jak wirus zzieleniał z zazdrości
Nareszcie opowiadanko Bombla, takie jakie najbardziej lubię czytać i takie przez które na dłużej zagościłem na tym portalu. Dzięki serdeczne :)
Andrzeju relacja jest doskonała.Bardzo cenie ludzi potrafiących pisac o tym co widzą i czują .Tylko trochę serce boli że ja tak nie potrafię.Dzieki i gratulacje . A oponentom na pohybel!!!!!!! Pozdrawiam Władek M.
Andrzej, zapomniałem się zapytać - czy klejnoty rodowe nie dostały jakichś komplikacji po przymusowym kąpaniu?!
Roch - o tym sukienkowym to naprawdę :) To jedyny tam intruz, którego tamtejsze psy mają ochotę pogryźć. Bo w stroju jakiś taki... dziwny... :grin

Kliwolicie - chętnie bym skorzystał z Krzyśka i Twojej porady. Mam nadzieję, że jeszcze zdołam dożyć do czasu, kiedy dane mi będzie skorzystać
:)

Krzysztofie - kłamiesz. Wcale nie pierwszy raz widzisz odbarwienie z powodu zazdrości :grin A doskonale wiesz, co mam na myśli nieuczesanej :grin

Artech - a gdzie Ty się podziewasz? Do diaska! - wyleź z konspiracji i milczenia! Masz wiedzę, masz pióro dobre. To po jakie licho się kryjesz za murem milczenia?

Milczku - po prostu nie milcz. Po prostu... pozwól wyobraźni, doświadczeniom, wrażeniom i uczuciom spłynąć na klawiaturę czy pióro. Po prostu - ubierz w słowa wszystko to, co w duszy Ci gra. To niekaralne! ;)

HepatitisB - skomentuję, być może, nie wcześniej niż jutro. Wpierw muszę zabezpieczenia jakieś kupić, by czegoś paskudnego nie złapać... :grin
Aha, Kliwolicie - a spróbuj nie pisać! Jak spróbujesz, to masz u mnie zagwarantowane: łomot, w dyby i do lochu :grin
Andrzej wspaniale namalowałeś w tym tekście swoje odczucia z wyprawy. Od razu widać, że nie ryby są tutaj najważniejsze, a sama obecność w takim miejscu. Oddawanie się temu wszystkiemu co dookoła i chłonięcie tego w najdrobniejszych szczegółach. Czytałem długo, spokojnie i wnikliwie wyobrażając sobie to, o czym czytam. Opisy wsi, ludzi, miejsca – rodem z dzieł najlepszych mistrzów pióra. Podziwiam!

Zabierz mnie tam kiedyś, może jeszcze jesienią. Tym bardziej ja wrócę o kiju, bo rzeki mniejsze od Narwi w okolicach Pułtuska są mi praktycznie obce. A ewentualna zdobycz będzie smakować podwójnie.

Wiesz, że i ja mam teraz coś na wzór Twojego miejsca – trudną, niedostępną i niewielką rzekę. Bez wędkarzy, z ciężkimi do złowienia rybami, ale znacznie bliżej cywilizacji. Dlatego tym bardziej rozumiem Twoje odczucia. Pozdrawiam - Paweł
Bombelku. Napiszę krótko. Właśnie TAK masz pisać !!! Dochodzenie \"jedynej słusznej prawdy\" zostaw specjalistom z Wiejskiej.
Andrzej super,musisz pisać takie opowiadania przynajmniej raz w tygodniu.
Jak czytam twoje teksty to tydzień pracy staje się jakiś taki lżejszy :)
Kapitalna relacja. Uwielbiam Andrzejku czytać Twoje opowiadania, reportaże. Dziękuję:)
Robik - rzecz jeno w tym, że czasem współuczestniczę w kształtowaniu ;)

Tomek307 - to ciut bliżej od miejsc, dokąd jeździsz, coby się z teściem szkłem trącić :grin

Korsarzu - teraz czekam na Twoją relację. Mam pewność, że potrafisz wcale nie gorzej. Tylko... rozpuść duszę! Pozwól jej spłynąć na pióro czy klawiaturę. To proste - gdy się już człek odważy :)
Pawle - a co Ci się ubzdurało, że to w ok. Pułtuska? A gdy Cię wysadzimy nad taką rzeczką, i nie trafisz do auta na czas, to co? Spod Niu Jorku Mazowieckiego będziesz chciał na płd.-zach.? Spod Warki będziesz chciał się na traktorze (bo nic innego po tej dziczy nie jeździ) do Wawki dostać? :grin
A widziałeś Kluskówkę? Pokrzywniczankę?
Ha! :grin
Andrzej miałem na myśli jedynie to, że nie łowiłem na rzekach mniejszych i o innym charakterze jak wspomniana Narew w okolicach Pułtuska :) To w relacji to raczej nie jest Narew...
A ja tam się nie będę cackał :)
gdzie to jest :):):) ???
Anguiler, struc - ciut podpowiem. Otóż trzeba wziąć mapę Mazowsza na północ od Warszawy i uważnie się jej przyjrzeć. Takich rzeczek znajdzie się sporo :grin Zresztą na południe od stolicy też ich trochę ;) W promieniu 150 km od centum Wawki znajdzie się co najmniej kilkanaście :)
Środkowa Wkra, Omulew, Bzura, Liwiec, Świder, Czarna, Rządza... - do wyboru, do koloru. I całego sezonu nie wystarczy na eksplorację nawet połowy z dostępnych.
Pewnie Panowie - Andrzej ma rację. Włóczę się co roku niemal po wszystkich wymienionych miejscach. Obecnie akurat ni epolecam dolnej Bzury. Tydzień temu jakis zakład puścił jakies świństwo - była nawet policja i inspekcja ochrony srodowiska. Tak czy siak rozmawiałem z miejscowymi - ryby także spłyneły, bo kilk adni wczesniej brały jak szalone a teraz nic. Cześć świństwa osiadła na burtach wiec zapaszek też nie jest za specjalny. Tak więc ja Bzurę w tym roku juz opuszczam. A inne - jak najbardziej! Już od paru sezonów zaskakują mnie rozmiarami poławianych tam ryb. Niepozorne rzeczki a ryby nieczego sobie...
wozik77 napisał:
Cytat:
...akurat nie polecam dolnej Bzury. Tydzień temu jakis zakład puścił jakies świństwo - była nawet policja i inspekcja ochrony srodowiska.


A gdzie dokładnie to się stało :upset :cry :( ?
\"Wieszak\" - rozmówca, z którym gaworzyłem siedział sobie na skarpie troszkę powyżej ujścia kanałku Łasica. (generalnie poniżej Sochaczewa). Powiedział mi, że \"feralny zrzut\" nastąpił gdzieś w okolicach Brochowa. Tak czy siak cuchnęło, a mówił mi że to juz i tak jest nieźle, bo parę dni wcześniej nie szło wytrzymać...
@wozik77 - dzięki :) . Choć wiadomość nie jest zbyt wesoła, cieszę się, że to nie było wyżej :upset :( :sigh ...
Znając ulubiony kierunek wypraw Bombeloka stawiam, że to Orzyc. Choć nieco moją pewność podważa ta przezroczystość wody. Może w Orzycu się stan poprawił hmmm?? ;)
Maciek, na tym kierunku jest kilka takich rzeczułek :) Strzelaj dalej :grin
Nawet jak trafisz w 10, to i tak Ci powie : strzelaj dalej :)
widac, że dbasz o forme... Przyznam, że czasami sie gubię w gąszczu tych epitetów, Bombelowych neologizmów, nie zmienia to jednak faktu, ze wg mnie kapitalnie piszesz :)
Dzięki za dobre słowo, Cierniku :)

Tylko.. to chyba nie epitety... ;)