Powód - najbliższe trzy soboty i niedziele nie wchodzą w grę. Zamiast kołysać się na falce w drewnianej "krypie", mój kolega będzie wysilał umysł na uczelni. Moje spojrzenie jest nad wyraz wymowne, ale nawet nie próbuje skłaniać go do wagarów. W końcu to ostatni semestr, a we wrześniu obrona pracy magisterskiej.

Kilka dni później, kiedy już pogodziliśmy się z faktem, iż "Naszą Zatokę" zobaczymy dopiero w lipcu, Potok oświadcza mi, że weekend 30.05 - 1.06 ma wolny!!! Nie trzeba było dużo się namyślać. Postanowione. Te dwa dni spędzimy na północy Polski. Dwa dni... A może by tak wziąć w pracy wolny piątek i jechać w czwartek wieczorem? Wspólnie ustalamy, że tak będzie najrozsądniej.

Kolejne dni, które upływały w atmosferze wielkich przygotowań, planów itp., ciągnęły się jak włoski makaron. Nie wytrzymałem tego ciśnienia i na tydzień przed wyjazdem odwiedzam z bratem niewielkie jeziorko koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Piękny poranek, łódka i w pierwszym napłynięciu trafiam pierwszego ładnego esoxa w tym sezonie. Miara 59 cm i waga kilo sześćdziesiąt wskazują na dobrą kondycję tutejszych drapieżców. Motywacja i skupienie wywołane tym faktem zwiększają się dwukrotnie.

W jednym z kolejnych miejsc zacinam sztukę swojego życia. Niestety próba podebrania szczupca do podbieraka kończy się przetarciem żyłki o jego metalową część. Nie będę opisywał swojej wściekłości, bo to uczucie znane jest z pewnością każdemu, kto stracił "swoja dużą rybę". Wynikiem tego zdarzenia było to, iż już dwa dni później, wraz z Potokiem, odwiedzamy sklep wędkarski Bass, gdzie zaopatrujemy się w solidną broń - duży, głęboki podbierak nie posiadający ostrych krawędzi, z długą, ponad trzymetrową rękojeścią i oczywiście z mocowaniem siatki. Musimy przecież dmuchać na zimne, a zatokowe okazy z pewnością będą wykorzystywać każdą okazję do odzyskania wolności.

Na kilka dni przed wyjazdem czujemy już w sobie tę adrenalinę a wnioski urlopowe trafiają do kadr. W przeddzień wyjazdu znów odwiedzamy sklep przy ul. Wolskiej 82, gdzie zaopatrujemy się w różnego rodzaju niezbędne akcesoria i przynęty - blachy, woblery, robaki, przypony itd. Najwięcej miejsca w sklepowym koszyku zajmują jednak "żółte". Wtajemniczeni wędkarze w naszej grupie wiedzą, że gumy w tym właśnie kolorze robią spustoszenie wszędzie tam, gdzie mamy okazję pospinningować.

Czwartek 29.05.2003 - dzień wyjazdu. Pierwszy raz od jakiegoś czasu, wsiadając do samochodu Potoka, który przyjechał po mnie w drodze do pracy, na standardowe pytanie - "co słychać?", odpowiadam "OK" zamiast codziennego - "do d...py". W pracy ciągłe spoglądanie na zegarek jeszcze bardziej powoduje wrażenie nieskończoności 8. godzin. I wreszcie 17:00. Schodzę piętro niżej do pokoju Potoka i co widzę? Mój kolega nadal ślęczy przed komputerem! Na chwilę przed wyjściem otrzymał do wykonania pewną analizę i nie może wyjść dopóki jej nie wykona. W przeciwnym razie jutro musi zjawić się w pracy. Jesteśmy wściekli. Drogie minuty uciekają i wyjazd zaplanowany na 18:00 staje pod dużym znakiem zapytania. 17:15, 17:30, 18:00 - już nawet nie odzywamy się do siebie. Wreszcie po długim wyjaśnianiu metody wyliczeniowej Potok dostaje "zielone światło" od swojego szefa. Punkt 18:20 opuszczamy firmowe mury. Szybka podwózka pod dom i umawiamy się za pół godziny.

Wpadam do domu jak szalony, a na pytanie babci czy będę jadł nawet nie odpowiadam. Spakowane poprzedniego dnia rzeczy znalazły się w samochodzie kilka minut później. Jeszcze tylko chwila zastanowienia czy mam wszystko co jest niezbędne w takiej podróży (tj. oczywiście wędki, kołowrotki itd.) i ruszam pod dom Potoka. Ilość jego bagażu powoduje, że kilka razy wraca po kolejne torby. Po raz ostatni, nie czekając na windę, w ekspresowym tempie wbiega na jedenaste piętro po schodach! Jeszcze tylko odbiór na poczcie zakupionych przez Internet woblerów, krótka wizyta na działce u moich rodziców i ruszamy w stronę mostu Grota Roweckiego.

W tym momencie dają znać o sobie nasze żołądki. Fakt - w pierwszej części dnia nie jedliśmy z podniecenia, a później nie było czasu. Cóż, musimy skręcić do McDonalda. Potok idzie po hamburgery, a ja kieruję się w stronę stacji benzynowej, gdzie kupuję paczkę cygar. Postanowiliśmy bowiem sprawdzić, jak smakuje nowy rekord wspierany smakiem cygara. Nie chcąc tracić czasu jemy jadąc. Telefonicznie uprzedzamy Pana Kazimierza - gospodarza, u którego mamy kwaterę, że będziemy ok. 23:00.

20:12 - jesteśmy na Płochocińskiej, a przed nami już "tylko" 240 km. Droga pusta, piękny wieczór. Niewiele jest takich dni, kiedy uczucie błogiego spokoju jest tak silne jak teraz, kiedy nie myślisz o pracy, codziennych kłopotach, kiedy przed oczami masz już tą szczupaczą paszczę wynurzającą się z głębiny, kiedy... dzwoni telefon komórkowy, a na wyświetlaczu pojawia się nazwisko twojego przełożonego! Chwila konsternacji - odbierać czy nie? Stajemy na poboczu, gasimy silnik, Potok odbiera. Krótka rozmowa, z której wnioskuję, że analiza jaką przygotował przed wyjściem musi się jeszcze zmienić nieco pod kątem założeń. Widzę jak mój kumpel usilnie stara się wyjaśnić jak i co zmienić. Wreszcie koniec rozmowy - ruszamy dalej. Wyłączamy telefony by już nic nie mogło zakłócać nam tych chwil radości związanych z podróżą.

W lasach za Rozogami kilka saren przebiega nam przez drogę. Zwalniamy. Tablica "ZGON" i znów noga silniej naciska na pedał gazu. Tu właśnie zaczynają się dla nas Mazury przez duże "M". Z każdym kilometrem jesteśmy coraz bliżej. Wreszcie docieramy na miejsce. Jest 23:01 kiedy gasimy silnik. Witamy się z gospodarzem i ruszamy w stronę pomostu, aby choć przez moment zerknąć na toń zanurzonego w mroku nocy jeziora. Lekki wiaterek pcha w nozdrza ten niepowtarzalny zapach wody zmieszany z zapachem trzcin, lasu i jeziornego sitowia. Zastanawiający jest tylko ten chłód 6,5° C nie wróży nic dobrego pod koniec maja. Krótka wymiana zdań z Panem Kazimierzem i... podobno biorą! Samochód rozpakowany, a w umywalce chłodzi się już Johny Walker i cola. Zaczynamy, długie jak się później okaże - rozmowy o "życiu". Toast za toastem i robi się prawie piąta rano. Kładziemy się z szumem w głowie. Zasypiamy.

Wstajemy ok. 9:00. Po twarzach widać, że ilość wypitego alkoholu będzie dawała znać o sobie jeszcze przez większość dzisiejszego dnia. Wrzucamy na siebie jakieś ciuchy i wychodzimy na dwór. Pogoda piękna, niebo bezchmurne a po wieczornym chłodzie nie ma już śladu. Temperatura ok. 20°C wzbudza w nas optymizm. Pierwsze kroki kierujemy w stronę pomostu i już za dnia oglądamy nasz "okręt", który przez najbliższe 3 dni ma za zadanie wozić nas po jeziorze. Pokryty nową farbą z załatanymi dziurami w dnie prezentuje się okazale. Ma to przecież swój urok, kiedy stara krypa sunie po tafli wody, a trzeszczące dulki wioseł słychać z daleka.

Mocujemy przywiezioną z Warszawy kotwicę. Patrząc w stronę jeziora dopiero dziś dostrzegamy, jakże znany nam urok otaczającego nas krajobrazu. Idziemy do miejscowej knajpy, gdzie za 231,- wykupujemy licencję na cały sezon. O 10:00 jesteśmy w łódce. Potok zasiada do wioseł i na pytanie: "- Gdzie płyniemy?", uśmiechamy się do siebie. Dziesięć minut później wpływamy w przecinkę trzcin - korytarz prowadzący do Zatoki. Chwila niepewności, czy jesteśmy sami i wielka radość. Na zatoce pusto. Widok tak przyjazny oczom powoduje, że krzyczymy z radości. Kotwiczymy łódkę z wielką ostrożnością w pasie grążeli nieopodal wejścia do Zatoki. Pierwszy rzut i ta chwila oczekiwania - czy weźmie?

Robię dosłownie kilka obrotów korbką kołowrotka i czuję wyraźne skubnięcie. Zacięcie i już końcówka mojej "witki" zaczyna pulsacyjnie drgać. W tym momencie Potok ma również branie, ale po chwili traci swoją zdobycz.

Krótkie pytanie o podbierak, ale mimo, że szczupak walczy zaciekle, jego długość decyduje o tym, że podnoszę go na wędce. 32 cm ogromnej radości. Obowiązkowe zdjęcie pierwszego esoxa wyprawy i chlup do wody. W piątym rzucie Potok wyciąga podobnego. Ja również mam kolejne branie, ale ryba wypina się. W tym miejscu łapiemy jeszcze jednego z tego samego rocznika. Już trzęsiemy się na myśl co będzie we właściwym rejonie Zatoki, jeśli w grążelach gryzą jak opętane. Postanawiamy zmienić miejsce. W kolejnych napłynięciach "powtórka z rozrywki". Dziesiątki brań, krótkie hole i kolejne ryby w podbieraku. Niestety wszystkie są niewymiarowe, lecz emocji jest tyle, że już dziś możemy uznać wyjazd za udany.

Potok postanawia wypróbować woblera własnej roboty - zieloną żabę. Pierwszy rzut i esox 42 cm gnie szczytówkę witki. Wielką radość podwaja się chwilę później, kiedy w następnym rzucie wyciąga podobnego. Przynętę okrzykujemy jako nowy hit Zatoki.

Łowienie kończymy ok. 13:00. Wynik 8 złowionych szczupaków, 4:4 w naszej rywalizacji. Po spłynięciu do pomostu na widok pustej siatki gospodarz próbuje nas pocieszać, że może wieczorem będzie lepiej. Nie wie jednak jak bardzo te 8 niewymiarków i widok naszej ukochanej Zatoki ukoił nasze skołatane pracą i codziennymi problemami nerwy. Gdzieś głęboko w duszy i my liczymy na to, że wieczorem, po południowym upale, będzie jednak jeszcze lepiej.

W tym momencie nasze żołądki dopominają się o swoje. Zostawiamy rzeczy w pokoju i idziemy na obiad. Schabowy, ziemniaki i surówka to to, czego było nam trzeba, a chłodne "BK" (Browar Kormoran) przypomina nam, gdzie dokładnie jesteśmy.

Po obiedzie szykujemy wędki na nocne połowy i mocujemy podpórki na pomoście. To kolejny punkt naszego wędkarskiego planu na ten pobyt. Chęć zmierzenia się z tutejszymi węgorzami jest wielka. Ok. 16:00 postanawiamy się zdrzemnąć. Budzik na 17:45 i już odpływamy w sen.

1,5 godziny mija szybko i o 18:00, tym razem ja siadam za wiosłami. Lekki wiaterek popycha łódkę w stronę Zatoki. I znów ta myśl - czy ktoś mąci jej gładką powierzchnię, czy tak jak w dzień tylko nasza krypa będzie rozcinać jej taflę. Uff... - znów tylko my. W oddali widać tylko samochody sunące po wyboistym asfalcie. Normalnie przebiegająca droga zakłócałaby spokój, lecz tu ma ona swój udział w pięknie tego miejsca. Już pierwszy rzut potwierdza fakt, dlaczego tak bardzo lubimy tu łowić - niemal nie ma pustych rzutów. Po kolejnym napłynięciu na grążele, Potok ma zaczep. Podpływamy, by jak sądzimy odczepić gumę z liści i... wielkie oburzenie - ktoś śmiał postawić w Naszej Ukochanej Zatoce kłusowniczą siatkę, długą na kilkanaście metrów z wielkimi koszami po bokach, nie dającymi szans wielu przepływającym tu rybom. Sprawdzamy ich zawartość. Na pierwszy rzut oka widać, że od kilku ładnych dni nie były opróżniane. Zdechłe ryby potwierdzają ten fakt. Nie chcąc być posądzonym o kłusownictwo, postanawiamy tę sprawę załatwić jutro z samego rana.

Skupiamy się na łowieniu. Tym razem pod nasze "witki" idzie lewa strona zatoki. Brania są nieco rzadsze niż w dzień. Średnia wielkość szczupaków jest już większa, kończymy wynikiem 2:1. Nasze uśmiechy na twarzach mówią same za siebie, a trzepoczący się w siatce, złapany przeze mnie 49 cm esox jest pierwszym i ostatnim, który kończy swój żywot na grillu. Faszerowany wątróbkami drobiowymi, obłożony cebulą i pieczarkami będzie smakował wyśmienicie.

Na pomoście rozpakowujemy rzeczy, a Potok skrobie szczupaka. Myśląc o nocnych połowach przygotowujemy go na kolację. Już się odgryzamy co będzie jutro rano. W końcu to pierwsze wypłynięcie, jakie planujemy o świcie. Po kolacji udajemy się na pomost. Rosówki na haki i do wody. Świecące świetliki ani drgną, co sprawia, że po 1,5 godzinie wracamy do łóżek. Kąpiel i spać a rano...

Wstajemy o 5:45. Szybkie przegryzienie chleba z kiełbasą ma oszukać na jakiś czas nasze żołądki. Poranek piękny, słoneczko wschodzi, ptaki zaczynają oznajmiać budzący się dzień. Wpływamy na Zatokę i pierwsze napłynięcie kierujemy w stronę odkrytej wczoraj siatki. Wyciągamy kosze, w których znajdują się ryby. Darujemy im wolność, a nożem tniemy kłusowniczą sieć. Ruszamy dalej. Sytuacja z dnia poprzedniego powtarza się. Znów mnóstwo brań. W jednym z pierwszych miejsc Potok zacina miarową sztukę. Krótka walka w grążelach i esox melduje się w podbieraku. Miara 49 cm, szybkie zdjęcie i do wody.

Przepływamy na prawą stronę zatoki, gdzie kotwiczymy łódź. Żółte na żyłkę i już w pierwszym rzucie Potok zacina ładnego drapieżcę. Biorę podbierak w ręce, ale odbijające się od wody słońce powoduje, że nie widzę walczącej obok podbieraka ryby. Zakładam polaroidy, ale w tym momencie luz na żyłce. Niby nic, ale widzę w oczach Potoka lekki żal. Fakt - też czuję, że dałem plamę. Kolejne rzuty i po minutach znów podobna sztuka walczy o życie. Tym razem polaroidy mam już na nosie i z rozłożonym podbierakiem czekam na finał. Szczupak okazuje się sprytniejszy i chwilowy luz na żyłce zwraca mu wolność. Jesteśmy źli. Mogły być już trzy, a tak...? Nie dajemy za wygraną.

Kolejne napłynięcia owocują wieloma braniami oraz szczupaczkami, które są niestety niewymiarowe. Nasze przynęty coraz częściej atakują okonie. Każdy rzut między liście grążeli powoduje ich branie. Taka liczba okoni to dla nas nowość. W poprzednim roku były one tylko przyłowem, a teraz można by pokusić się o zajęcie tylko nimi. Efekt byłby przesądzony na naszą korzyść. Przyjechaliśmy jednak na szczupaki i znów nieco większe przynęty wędrują na agrafki. Rejon zatoki w okolicach drogi obdarza znów Potoka ładnym esoxem. Zaczynam się niecierpliwić. Przecież łowię w tym samym miejscu, tymi samymi przynętami, a czepiają się tylko niewymiarki.

Koło 9:00 postanawiamy się zwijać. Jeszcze tylko jedno miejsce w okolicy środka zatoki i do wieczora koniec. Kotwiczymy łódź. Kilka rzutów i słyszę jak kołowrotek Potoka zaczyna grać tę miłą dla ucha melodię. Wiemy obaj, że sztuka jest godna miana okazu. W pełnej gotowości czekamy, na pierwszy kontakt wzrokowy z przeciwnikiem. Jeszcze chwila dwie i... TAK! Jest szansa na pobicie życiowego rekordu. Walka przedłuża się, a każda z 6 prób wprowadzenia ryby do podbieraka kończy się odjazdem w toń.

W końcu chwila niepewności i jest. Wielka radość jaka nas ogarnia nie ma końca. Szybka miara - 67 cm. Nowy rekord Potoka i trzecie miejsce w klasyfikacji koleżeńskiej. Mamy dość wrażeń. Spływamy z wynikiem 5:4 dla Potoka. Godziny mijają nam szybko. Spędzamy je na popołudniowej drzemce. Wypływamy ok. 17:50 - znów jeden kierunek - północny (Zatoka). Już w kanałku łączącym część właściwą jeziora z zatoką zauważamy zakotwiczoną łódź. Dwóch jegomości na białe robaki poławia całkiem przyzwoite wzdręgi. Fakt ten szybko kodujemy w naszych głowach i zamierzamy wykorzystać to latem podczas urlopu. 2 - 3 dniowe nęcenie z pewnością przyniesie niezłe efekty.

Tak rozmarzeni przesuwamy się metr po metrze po to, aby zobaczyć, że na Zatoce nie jesteśmy sami. Ten fakt wzburza nas tym bardziej, że już po chwili widzimy jak "INTRUZI" wyjmują szczupaczka. Źli stajemy po lewej stronie Zatoki , dokładnie naprzeciw nich. Nasz zły humor pogarsza się chwilę później, kiedy OBCY podpływają do pomostu, gdzie jeden po drugim wyjmują z łodzi niewielkie szczupaki. Po chwili ponownie odbijają na środek zatoki. Jesteśmy wściekli. To miejsce ma swój urok nawet wtedy, gdy nic nie bierze, ale pod jednym warunkiem, że nie ma tu nikogo "OBCEGO", kto z uśmiechem na twarzy prowadzi swą kłusowniczą działalność.

Nasz nastrój przywracają nam na szczęście nasi wybawcy - esoxy, które raz po raz podgryzają gumy. Już po kilku minutach Potok wyjmuje miarową sztukę. Przestajemy się przejmować tymi obok i wpadamy w nasz stały rytm: rzut, zwijanie, rzut, zwijanie itd.

Po kilkunastu minutach zmieniamy miejsce. Przepływamy w okolice brzegu i jedynej stojącej tu starej poczciwej brzozy. Kilka rzutów i słowa Potoka - "jest". Jak zwykle kieruję wzrok na szczytówkę wędziska. Zawsze po jej wygięciu próbuję oszacować wielkość przeciwnika. Tym razem wędka wygięta do granic możliwości mówi sama za siebie. Potok z wielkim opanowaniem podciąga rybę do łodzi. Idzie to opornie, dlatego mam sporo czasu na pełne rozłożenie podbieraka i założenie polaroidów.

Kolejne odjazdy ryby i donośny gwizd kołowrotka zwracają uwagę intruzów. Przestają łowić. Patrzą. W pewnej chwili szczupak wynurza się z toni. Jego wielkość sprawia, że nogi robią się jak z waty. Podbierak już w wodzie, lecz na jego widok ryba z wielkim impetem odpływa. Umocowani na jednej kotwicy zaczynamy kręcić się w kółko. Teraz zaczynam wierzyć w te wszystkie opowieści o tym, jak to ryby ciągały łódki po jeziorze czy rzece. Ponowne podciąganie do podbieraka i kolejne odjazdy - to scenariusz, jaki pisze życie przez następne minuty. Nagle przy kolejnym wynurzeniu z toni widzimy kłąb wznoszącego się zielska. To szczupak wyrwał je z dna. Kilogramy moczarki dają jednak schronienie rybie, która na kilka chwil uspokaja się. To ją gubi. Sprawny ruch podbierakiem (szczęście, że jest taki duży) i już można fetować zwycięstwo.

Dopiero teraz widać, że jest nowy rekord naszej koleżeńskiej klasyfikacji. Intruzi zerkają spod oka. Mówią coś do nas, ale ich słowa giną nam w uczuciu bezgranicznej radości. Nie mogąc ustać na nogach siadamy z wrażenia. Szczupak leży na dnie łodzi i ciężko oddycha. Widać, że ta walka dała mu się we znaki tak samo jak i Potokowi. Jesteśmy szczęśliwi. Następuje szybkie mierzenie - 74 cm. Powoli zaczynają się pytania i odpowiedzi - jak wziął czy mocno parł do przodu itd. Wkładamy go do siatki, którą jak nigdy solidnie zawiązujemy, mocując do burty. Ręce drżą i mijają jeszcze minuty zanim ponownie przynęty lądują w wodzie. Po zmianie miejsca następują kolejne brania i kolejne szczupaczki lądują w łódce. Dopiero teraz widać jak są niewielkie w porównaniu z bestią w siatce. Gdy zaczyna robić się już mocno szaro, spływamy.

Na pomoście gospodarz z gościem wędkarzem gratulują nam połowu. Jesteśmy dumni. Ja rozpakowuję łódź, a Potok waży rybę. 2,4 kg oraz miara 74 cm to nowy rekord zatwierdzony oficjalnie przeze mnie. Podczas skrobania okazuje się, że szczupak nie przepuszczał nawet swoim młodszym braciom W żołądku ma ok. 20 cm szczupaczka. Jego żarłoczność poskromił dopiero Potok.

Po chwili odpoczynku idziemy na kolację. Emocji tego dnia było tyle, że obdzieliłoby się nimi niejeden wyjazd naszej całej bandy. Przypominam sobie o kolegach i wysyłamy im sms-y. Ciekawe jak się czują wiedząc o tym, jak tresujemy tutejsze szczupce. Szkoda, że ich tu nie ma. Po chwili pierwsza gratulacyjna wiadomość. To Świder, któremu po dwóch tygodniach właśnie Potok odebrał świeży jeszcze rekord. Nawet "gumowa zapiekanka" podana w knajpie nie jest w stanie zepsuć nam nastroju. Kończymy piwo i wracamy. Dziś postanawiamy wcześniej położyć się do łóżek, ponieważ jutro chcemy zacząć połowy ok. 4:00. W końcu to ostatni dzień pobytu, a więc trzeba maksymalnie naładować pięknem otaczającego nas świata swoje akumulatory, tak aby wystarczyło nam do następnego razu.

Wracając do domu na niebie zauważamy raz po raz pojawiające się błyski. To oznaki nadciągającej burzy. Bierzemy resztkę whisky, cygara i udajemy się na pomost. To zestawienie dziś smakuje wyjątkowo, a do tego jeszcze ten zapach burzy od strony jeziora. Zrywa się lekki wiaterek. Kończymy cygaro i idziemy spać. Budzik na 4:00. Jeszcze kilka chwil rozmów i zasypiamy. Tej nocy jakoś nie mogę spać. Wiercę się niesamowicie przerzucam z boku na bok. W końcu zapadam w głębszy sen. Wyrywa mnie z niego pikanie budzika. To już 4:00. Wyglądam przez okno - na szczęście burza przeszła bokiem i kolejny słoneczny ranek zapowiada ładny dzień. No, może jest troszkę chłodniej. Budzę Potoka. Marudzi, że może jeszcze z pół godzinki, ale na moje stanowcze - "płynę sam", złazi z łóżka. Nawet nie jemy śniadania.

Schodzimy na pomost i standardowo pakujemy się do łódki. Potok kuli się z zimna. To już chyba efekt zmęczenia, niewyspania i niedojedzenia. Po raz kolejny odbijamy od kazikowego pomostu kierując dziób w stronę Zatoki. Rzeczywiście chłód większy jak wczoraj. Wpływamy na zatokę i stajemy na skraju grążeli oraz otwartej wody. Rozpoczynamy biczowanie. Kilkanaście minut nie daje efektu. Zmieniamy kolejno miejsce po miejscu. Nic. Dopiero po 2 godzinach, kiedy Potok szczęka zębami trafia się jakiś niewymiarek. Pływamy już to tu, to tam, ale nadal bez spodziewanych efektów.

W końcu 9:00 - postanawiamy zakończyć połów w ostatnim miejscu zatoki. Wpływamy między grążele skąd niemal wydłubuję esoxa 48 cm. Kończymy krótkim - "do widzenia Zatoko" i odpływamy. W kanałku mijamy kolejnych intruzów, którzy ze spiningami w dłoniach rozpoczynają połów w naszym ukochanym miejscu. Pewnie fama o naszych dobrych wynikach już się rozeszła. Trudno. Kotwiczymy jeszcze na otwartym jeziorze niedaleko pomostu przy trzcinach. Wiatr jednak jest na tyle silny, że kotwica przeznaczona na spokojna zatokę nie zdaje egzaminu. Dajemy za wygraną. Zresztą jesteśmy już bardzo głodni, idziemy na śniadanie.

Jajecznica z czterech jajek i parówki na gorąco poprawiają nam samopoczucie. Ustalamy, że po popłudniu popłyniemy sprawdzić okolice jednej z wysp tego jeziora. Najpierw jednak mamy zamiar odnaleźć w lesie małe jezioro, o którym słyszeliśmy wiele ciekawych opowieści. Bierzemy lornetkę, aparat i wyruszamy. Po godzinnym błąkaniu się po lesie oczom naszym ukazuje się zagubione oczko. To właśnie tu. Piękna sceneria i czysta woda tworzą niepowtarzalny klimat. Psuje go jednak pływający styropian, który wyraźnie wskazuje na kłusowniczą działalność w tym miejscu. A ryby? Owszem. Obok pomostu majestatycznie przepływa ok. kilogramowy lin. Przy trzcince natomiast zerka zaczajony niewielki szczupaczek. Piękne miejsce. Postanawiamy wracać. O 12:00 kładziemy się na popołudniową drzemkę. O 14:00 chcemy płynąć po raz ostatni.

Faktycznie punkt druga jesteśmy na wodzie. Spora fala i niewielka ilość czasu jaki nam został sprawia, że jeszcze raz obieramy kierunek ZATOKA. Jest ciepło, wręcz gorąco. Po porannych efektach nie spodziewamy się mającej niedługo nastąpić rewelacji. Postanawiamy znów zacząć od lewej strony zatoki. W pierwszym miejscu od razu kilka brań i dwa krótkie. Wreszcie mocniejsze wygięcie wędki Potoka sygnalizuje ładną sztukę. Krótka, ale emocjonująca walka i esox 58 cm jest w podbieraku. W tym momencie zauważamy, że na zatokę wypłynęli wczorajsi intruzi. Znów obserwują nasz sukces. Po paru minutach i ja spinam ładną rybę. Jest dobrze jak na południową porę dnia. Intruzi pływają coraz bliżej nas. Nie mają jednak żadnych efektów. W końcu po godzinie stania w jednym miejscu przepływamy na uprzednio obłowioną przez drugą łódkę, miejscówkę.

Kilkanaście minut i Potok krzyczy: - Jest! - Duży? - pytam.
- Kurcze, nie wiem! - pada odpowiedź. Ale zdążysz założyć polaroidy - uśmiecha się. W tym momencie ryba pokazuje swoją siłę, a kilkunastometrowy odjazd utwierdza nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z kolejnym okazem. Upływające minuty to jakby przeciąganie liny. Raz rybę podciąga Potok, raz ryba prze do przodu. Po chwili sytuacja z dnia poprzedniego. Szczupak w kupie zielska. Potok naprowadza szczupca na podbierak i... w tym momencie słyszę trzask żyłki. Wymownie patrzę na kompana i odkładam podbierak. Widocznie Potok nie zauważył mojego spojrzenia bo krzyczy - jeszcze jest!

Faktycznie. Żyłka tylko przecięła na pół zielsko, a ryba odbiła na otwartą wodę. Znów biorę podbierak i czekam w gotowości. Jeszcze tylko kolejny odjazd szczupaka pod łódź, którym wprowadza nas w osłupienie i podbieram rybę. Jest. Ogromna radość. Szczupak jest co najmniej tak duży jak dopiero co złowiony wczorajszy rekordowy okaz. Teraz dopiero zauważam ruszające samochody. Ponieważ akcja rozgrywała się blisko drogi, nawet kierowca karetki zatrzymał się i obserwował nasze zmagania z rybą. Mierzymy szczupaka - 80 cm. Intruzi chyba tłumią w sobie zazdrość pytając czy spory.

W ciągu dwóch dni na ich oczach wyjęliśmy 4 ładne sztuki. To może być powód do zazdrości. Siadamy. Długo nie możemy dojść do siebie. Następuje sesja fotograficzna i szczupak zajmuje miejsce w siatce. Po klikunastu minutach odpoczynku zmieniamy miejscówkę. W rzuty, które wykonujemy nie wkładamy już tyle skupienia, chyba po prostu nałowiliśmy się do syta. Na kolejnym z napływów urywa mi się przy łodzi ładna sztuka. Jestem zły, bo mogłem zakończyć ten połów ładnym wynikiem. Los jednak mi sprzyja, bo po kilku minutach znów branie. Zacinam i czuję ten miły pulsujący ciężar. Ryba kilka razy uchodzi znad podbieraka, ale po chwili Potok podbiera szczupca. 55 cm to ładne zakończenie. Mamy dość, przecież trzeba wiedzieć, "kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Żegnając się z Zatoką ruszamy w stronę kazikowego pomostu. Po raz ostatni rozpakowujemy łódź, odwiązujemy kotwicę, zanosimy wiosła. Rzeczy tym razem, zamiast do pokoju wędrują do samochodu.

Niestety następują chwile, które najmniej lubimy - pakowanie. Po godzinie jesteśmy gotowi. Cóż, pora ruszać. Żegnamy się z gospodarzem, który serdecznie zaprasza nas na kolejną wizytę. Startujemy ok. 18:30. Jeszcze tylko tankowanie, szybki hamburger w Zgonie nad Mokrym i już tylko przesuwający się pod kołami asfalt. Z każdym kilometrem jesteśmy dalej od ukochanej zatoki, bliżej (niestety), szarej rzeczywistości i cuchnącej spalinami Warszawy.

Wiemy, że wrócimy tu latem, ale już teraz myślimy, że to zbyt odległa przyszłość. Może coś uda się wykombinować, aby zjawić się tu wcześniej. Na długi czerwcowy weekend zaplanowaliśmy wyjazd w okolice Dorohuska, lecz już dziś mogę powiedzieć, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i wracamy nad ZATOKĘ ŻARŁOCZNEGO SZCZUPAKA! Wynik 17:17 potwierdza słuszność tej nazwy.

Piotr Woźniak *wozik77*

PS. Łowiliśmy spinningami Konger Champion Tango 2,4 m 1 - 8 g.



Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

Argrabi:
Zdaje się, ze mamy kolejny udany debiut. Gratuluje pięknej relacji, która wzmogła moja tesknotę za majowym WSMS. Pieknie napisana...
Klon:
No nie mam innego wyjścia tylko cyrklem zakreślić 40 km od miejscowości Zgon i odszukać te jezioro ;-)) Gratuluję.
Papoot:
Czy w artykule chodziło o TE Mazury?? A może to jakieś wspominki sprzed 15 lat?? Gdyby nie te sms-y, Bass, McDonald's, Kongery Tango poszedłbym o zakład, że to to drugie.
wozik77:
Tak, tak - to właśnie "Nasze" Ukochane Mazury...!!!
Choć po wielu niepowodzeniach, odkrycie Zatoki Żarłocznego Szczupaka wzbudziło w we mnie kolejną dawkę uczucia do tej krainy...
...a opisywane wydarzenia miały miejsce w 2003 roku....Rok później wiosenna Zatoka pokryta grubyn kożuchem pociętych liści wodnych nenufarów nie wróżyła nic dobrego. Faktycznie-jak się okazało-rybackie sieci zrobiły swoje.Miejscowi mówili o szczupaczym 600kg-owym "zaciągu" zaczeliśmy z Potokiem szukać nowej "Wielkiej,małej Wody". I znaleźliśmy. Rok 2004 to właśnie połowy na nowym akwenie, równie udane, choć te największe nie dały się przechytrzyć.
Pozdrawiam
cif:
Mnie też się podoba opis waszych wędkarskich wyczynów. Ładny wynik, nie ma co! A kije to delikatniuśkie mieliście na te kaczodzioby. Nie tak dawno Siwy się ze mnie naśmiewał, że szczupaki na uklejankę łowię, a tu widzę, że nie ja jeden:) Świetne opowiadanie.
wozik77:
Panowie. Naprawdę warto szukać swojego Eldorado. My z Potokiem znaleźliśmy je, choć rok później rybackie sieci zrobiły swoje. Podobno z Zatoki Żarłocznego Szczupaka w jednym zaciągu wyjęto 600kg esoxów...Kolejna wiosna (bo wydarzenia miły miejsce w 2003r) była już tylko łowieniem w pustej studni, ale los znów był dla nas łaskawy i całkiem niedaleko znaleźliśmy znów swoją "Wielką, małą Wodę"...Rok2004 znów konczyliśmy pięknymi wynikami i już mamy zarezerwowany wiosenny tydzień właśnie na pobyt w tym miejscu.Dodam, że do pięknych esoxów zaczęły dołączać poławiane na przedwieczornych zasiadkach wspaniałe liny,leszcze,karasie i wzdręgi.
Wielkie dzięki za wyrazy uznania.
Pozdrawiam

PS. Ważne, aby szczęście mieć z kim dzielić. Potok- przyjacielu.Super, że spotkaliśmy się na swoich wędkarskich ścieżkach...
Papoot:
Na Mazurach wody dużo; w większości wyrybionej. A życie ma się tylko jedno. Można szukać i nie znaleźć. Albo macie cholerne szczęście, albo wyjątkowego *nosa*. Albo jesteście wirtuozami wyławiającymi ostatnie szczupłe pływające w danym jeziorze. Tak czy inaczej, szczerze zazdroszczę.
Picolo:
Piękna relacja! Gratulacje!. Dawno nie widziałem tylu szczupłych na raz, szkoda, że do maja jeszcze 2,5 miesiąca.
Pozdrawiam Picolo
wozik77:
Wielkie podziękowania za wyrazy uznania dla tego "tekstu". Takie słowa sprawiją że chce się opisywać swoje przygody, bo poprostu ktoś to czyta a do tego sprawiają że komuś też robi się lżej na sercu. Serdecznie pozdrawiam.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy