Świeci słońce, ptaszęta śpiewają, termometr wskazuje dwadzieścia kilka stopni. Serce wędkarza rwie się nad wodę. Nadchodzi sobota, robaczki czekają w lodówce i nagle, gdy w piątkowy wieczór zabieramy się do wiązania zapasowych przyponów, nasza lepsza połowa stwierdza: „Wiesz, zapowiada się piękny weekend, może pojedziemy gdzieś RAZEM na zieloną trawkę? Dzieci potrzebują świeżego powietrza.”

Tego typu pytanie, jak wiadomo, należy do grupy retorycznych. Sobotę i niedzielę mamy już zaplanowaną... niestety. Jakoś trzeba z tego wybrnąć. Przezorni zadbali o to już przed wygłoszeniem sakramentalnego „tak”. Odpowiedni dobór narzeczonej pozwoli zaoszczędzić wielu stresów w późniejszych latach. Niestety, szczęście to (czyli żona wędkarka) spotyka tylko nielicznych. Uśmiechających się z wyższością młodych kolegów, którzy jeszcze nie czują na palcu serdecznym słodkiego ciężaru, a których wybranki wykazują niezwykłe dla płci pięknej zainteresowanie naszym wspaniałym hobby, uprzedzam – zmiana w rubryce „stan cywilny” dowodu osobistego wywołuje niezwykłą zmianę. Z zupełnie niezrozumiałych powodów tracą zainteresowanie wędkarstwem. Ten niezwykły związek przyczynowo-skutkowy powinien być szczegółowo zbadany w ramach pracy magisterskiej, a może nawet doktorskiej. Cóż zatem czynić w takiej sytuacji? Rozwód z powodu niezgodności charakterów? Pomysł może dobry, ale czy rzeczywiście wędkarstwo jest tego warte? Moim zdaniem nie.

Należy zatem podjąć inne próby zapewnienia sobie udanego weekendu. Należy je podjąć odpowiednio wcześnie, przynajmniej na 3 lata i 9 miesięcy przed spodziewanym udanym weekendem. Najlepiej, by efektem prób był syn (większa szansa trafienia we właściwą kombinację genów odpowiedzialną za wędkarstwo), lecz przykłady naszych wspaniałych koleżanek z Forum są świadectwem, że nie szata (oraz parę innych szczegółów) decyduje o tym, kto zostanie wędkarzem. Po owych 3 latach i dziewięciu miesiącach (dopuszczalny błąd wynosi około jednego roku) należy wybrać się na urlop nad odpowiednio rybne jezioro. Niezwykle ważne jest, by jezioro obfitowało w drobnicę, populacja ryb dużych jest dla nas w tym momencie nieistotna, odbierzemy sobie to za lat kilka, oraz w pomosty (łódka jest niewskazana, jako że może wywoływać reakcje alergiczne objawiające się okrzykami żony „Ależ on(a) się utopi!”).

Sprzęt nieistotny (ja używałem w tym celu krzywego, suchego patyka z uwiązaną żyłką). Ważne, by branie było co chwil kilka (warunek sine qua non przez następnych co najmniej 10 lat) oraz umiejętne „wspomaganie” zacięć wykonywanych przez brzdąca. Inaczej się zrazi. Dwa, trzy lata poświęceń powinny zaprocentować pytaniami „Tata, kiedy pojedziemy na ryby?” I oto nam właśnie chodziło...

Tomasz Bauer *Tomek B.*

PS. Felieton ukazał się kilka lat temu w "Tygodniku Wędkarskim".

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

:) Wypisz, wymaluj, jak z moją córką. Trzymetrowy bacik, mały spławiczek, biały robal na haczyk i do dzieła! Jeżdżę z Natalią często na karasie na wieś do babci. Nałowi sie tego młoda, jak cholera, radości ma, co nie miara. Sama je łowi, odhacza, sama wypuszcza. Jeszcze nie zdarzyło się, aby zgodziła się na zabranie ryby przez siebie złowionej :)
I często mnie pyta: Tato, jedziemy na ryby?
No, zgadza się. Dokładnie tak samo robię z moim małym. W wolnej chwili nad osadnik, gdzie drobnej płotki od metra. No i na ryby chce chodzić.

Pozdrawiam

Paweł
No cóż,stosowałem różne techniki w okresie małżeństwa,ale kończyło się to tylko tzw.urlopowym wędkowaniem. W końcu przestałem wnikać, i dalej już większość z Was wie. Oczywiście wędkarstwo nie było jedynym szpikulcem w mojej historii małżeńskiej. Teraz jakoś inaczej jest to przez byłą postrzegane.Ale mimo wszystko nie polecam.Rzadko który samiec radzi sobie dobrze po rozwodzie. Znam wiele przypadków,radzą sobie tylko wyjątki.Hm.
:grin
Wędkarstwo dla jednego to swoboda w wyborze czasu na rybki, dla innego to okazjonalne wypady w samotności albo z rodziną. Ilu wędkarzy tyle przypadków choroby wędkarskiej. Nie ma jednego antybiotyku. Można tylko zaleczyć rany, można profilaktykę poszerzyć. Po kilku wypadach i tak kółko na czole zakręci. Ja powtarzam jej uparcie, że znałem ryby wcześniej jak ją. Według mnie nie trzeba ukrywać przygotowań, nie trzeba chować się po kątach ale wcześniej, dużo wcześniej wyprzedzać jej zachcianki. Wiesz, za tydzień jadę na ryby, przecież Ci mówiłem. Czasem trzeba ustąpić, bo pozostaje niezadowolenie z łowienia. Recepty na wszystkie charakterki nie znajdziemy.

Mały wędkarz w rodzinie to skarb, niestety takiego skarbu nie mam.
Bardzo mądrze Ted zauważył, że wyjazd na ryby po awanturce jakos mniej smakuje. Stąd faktycznie lepsze jest planowanie.... albo postawienie sytuacji jasno: Ja z ryb nie zrezygnuję, jak Ci nie odpowiada to......mogę przełożyć wyjazd na później :grin
Robiłem to tak: w ciepłych miesiącach wyjazd grubo przed świtem. Albo pod wieczór na nockę. Powrót ok. ósmej rano, gdy małżowinka i małolat właśnie się budzą.
Następnie własnoręczne przygotowanie śniadania dla familii. Ile to roboty? Góra 10 minut. Potem małżonka, zadowolona ze śniadania, a zwykle i jakiegoś szczupaczka na kolację lub południowego grilla, pakowała siebie i małolata na okoliczność pikniku nad wodą. Ja pakowałem pudełko białasków, dwa baciki i nieco zanęty.

Nad wodą ja na kocyk, ślubna i małolat chwytają za baciki i heja! - z drobnicą się bawić. Ja w tym czasie odsypiałem zarwaną noc :grin

Bywało jednak, że ślubna była w stadium \"na nie!\" Czując to, zanim zaczęła protestować przeciwko wyprawie nad wodę, proponowałem wypad np. na Starówkę czy do Łazienek. Ale koniecznie autobusem. Bo upał okrutny, więc będę chciał się jakimś browarkiem ochłodzić. Zresztą tam nie ma jak zaparkować.
Ponieważ był to czas \"na nie!\", to jechaliśmy nad wodę :grin Żeby nie było trzeba ganiać dwóch km od najbliższego wolnego miejsca parkowania lub dusić się w autobusie. I żebym się piwa nie mógł napić :grin

Polityki, proszę Szanownego Państwa, trochę trzeba ;) By współspaczka podejmowała decyzje przez nas oczekiwane. Dochodząc jeszcze do wniosku, że to ona zdecydowała i tak ma być!

To działa w obie strony. Mój ojciec niemal zawsze był przekonany, że to on podejmuje decyzje. Że jest głową rodziny. Nie dostrzegał, że głową podstępnie kręci szyja :grin
A Rafka jest cool :grin
Stefan - no pewnie, że jest! Tylko dlaczego obiecuje oklepanie pyska każdemu, kto nazwie Ją Rafką? :roll
Wczoraj obiecywała mi trzy albo cztery razy :grin
Tomasz! Cudze chwalicie, a swego nie znacie! :upset Ty myślisz, że tak dobrze \"swoje drzewo do lasu wozić?\" Moja nie dość, że ładniejsa połówka to jeszcze wędkuje i lepszejszą rękę ma do ryby! Zazwyczaj dokłada mi do \"pieca\" w ilości złowionych sztuczek, ale ja już przywykłszy do tego. Jak się chce z kuńplami wyskoczyć nad wodę to mam szanse marne, no ale jak to mawiają, z babą źle, ale bez babochy jeszcze gorzej! :grin
Cytat:
stefan:
A Rafka jest cool


jasne.. Trzeba się w końcu wybrac na jakies późnowieczorowe łowienie...
Witam, ja poszedłem o krok dalej, moją córę (6 lat ukończone)zabralem żeby sobie \"porzucała\" spinem. Tak jej się spodobało że oderwać nie można było tylko co jakieś 10 minut padało hasło \"Tatuś zmień mi przynęte...\" byłem pod wrażeneim.
teraz średnio dwa razy na tydzień słyszę pytanie \"kiedy pojedziemy na ryby? \"
Oby tak dalej ...
Jasne - sposobu pewnego na nasze lepsze niewątpliwie połówki niestety nie mamy. Ale - Ja mówię mojej małżonce - jutro jadę na ryby i wracam po jutrze. Jakoś przechodzi, najwyżej trochę pomamrocze i odpuszcza :grin :grin Jak do tej pory to sie sprawdza. Myślę, że nie najlepszym sposobem na wedkarski wypad jest pytanie - czy jutro mogę na ryby pojechać z kumplami ?? Odpowiedź będzie tylko jedna - NIEEEE. :grin :grin