Muszę być konsekwentna, więc szykuję się na ryby. Jeszcze trochę za zimno, ale koniec kwietnia z pewnością przyniesie takie temperatury, że mój małżonek przypomni mi o obietnicy.

Jestem metodyczna, ostrożna i do każdej zmiany przygotowuję się bardzo starannie. Do bycia wędkarką także. Wędkę już mam, przynęty też. Trzeba było pomyśleć o reszcie. Nie było to trudne. Mój mąż, jak twierdzą jego znajomi po kiju, jest wzorcem. Te kamizelki, neopreny, muchowe podbieraczki, torby fotograficzne na ramieniu, stalowe termosy...

Wyjęłam kilka numerów "Wędkarskiego Świata" i wyszukałam zdjęcia z podobizną Andrzeja. Zaczęłam od góry. Kupiłam więc sobie kapelusik. W sklepach wędkarskich były same nocniki z daszkiem albo szmaciane kapelutki. Okropieństwo. Wybrałam się więc na wyprawę po sklepach. Znalazłam po kilku godzinach - mój kapelusz stylizowany na skautowy ma, jak uczą wzorce i koledzy małżonka, barwę ochronną, lecz sznureczek lamujący rondo jest cudownie czerwony. Zaś metryczka naszyta w środku zwali z nóg moje koleżanki.

Neopreny musiałam ściągać przez zaprzyjaźnioną hurtownię. Dostępne w sprzedaży były za wielkie, zbyt pospolite, zielono-bure. Kupione przeze mnie są czarne, idealnie dopasowane do figury. Wersja bez gumiaków - trampeczki, biało-czarne, udało mi się okazyjnie kupić w firmowym sklepie "Pumy". Aplikację, srebrzysty monogram "MO", wyhaftowały mi siostry zakonne specjalizujące się w ornatach i sztandarach. Oczywiście naszyły ją w taki sposób, by nie naruszyć struktury pianki.

Problem był z kamizelką. Niestety te dostępne w handlu nie uwzględniają budowy kobiety i pewnych, hm, wypukłości jej ciała. Miałam więc do wyboru skórzaną kamizeleczkę ze sklepu na Kruczej - niestety męską - albo ciuszek zamówiony u mojej krawcowej. Wybrałam to drugie.

Materiał sprowadziłam najlepszy - dzięki ogłoszeniu w "Angling Times". Barwa cudowna - zieleń Veronesa w brunatny deszczyk. Cienki, lekko lejący się, zaprasowany w wygniecenia. Oczywiście nieprzemakalny, eksportujący parę wodną na zewnątrz.

Krawcowa jest Europejką, szyje dla kilkunastu aktorek, więc moje wymagania odnośnie kamizelki wędkarskiej nie spowodowały u niej najmniejszego nawet zadziwienia. Siedem przymiarek i mam kamizelkę, która uwzględnia to, co uwzględniać powinna. Faceci, których będę mijała nad wodą, będą się ślinić z oskomy. Szczególnie, że z tego samego materiału uszyte zostały idealnie dopasowane porteczki i wąziutka miniówa mieszcząca się - na wszelki wypadek - w bocznej kieszeni zgrabnej torby firmy "Nikon". W tej samej kieszeni zmieszczą się też rajstopki z lycry - udało mi się kupić model w ochronną panterkę.

Postanowiłam zrobić Andrzejowi niespodziankę. Wiem już o tym, że własny mąż słabo reaguje nawet na bieliznę erotyczną, nie spodziewałam się więc okrzyków zachwytu. Pomyliłam się jednak. Aż stęknął. Zaklął nawet. Zagwizdał. Wymruczał coś. Chyba "ale laska!". Zrobiło się jak w filmach Rogera Vadima. I Bóg stworzył kobietę... Soft porno...

Potem dałam mu rachunki za wszystko. Spodziewałam się horroru. Nic takiego - po prostu musiałam wzywać karetkę i przez kilka dni nosić mu do szpitala kompoty. Lekki stan przedzawałowy. Ale mój mąż to twardy chłop. Wylizał się i zlikwidował wspólne konto. Koniec

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy