Kiedy Andrzej poprosił mnie, bym pisała do "Wędkarskiego Świata" felietony wędkarskiej żony, nie wiedział, że czyni to na swoją zgubę. Na pohybel, jak sam mawia. Dał mi bowiem głos. Do tej pory bowiem na moje wyrzekania na czas, jaki poświęca swojej wędkarskiej pasji, zwykł był reagować, niczym pan Sułek z radiowej "Trójki" na miłosne wyznania pani Elizy...

- Ciiicho! - Mawiał. Jak gdyby ryby i żony głosu nie miały.

Podjęłam się tego zadania, chociaż nie bardzo lubię zajęć regularnych, terminowych i wymagających wymyślania wciąż czegoś nowego.

W ogóle słaba jestem w myśleniu - przez wędkarstwo Andrzeja właśnie. Mimo że skończyłam uniwersytet, to pracowałam jedynie do urodzenia pierwszego dziecka - dziś ośmioletniej Agatki. Potem moja praca w żaden sposób nie dała się pogodzić z Andrzejowym wędkowaniem. Nie mamy niestety w Warszawie ani babć, ani dziadków naszych dzieci, zaś ciocie i wujkowie już od dziesięciu lat powtarzają, że z obsesjonatami, fiksatami (mają na myśli Andrzeja, oczywiście) należy się rozwodzić po piątym wielkim i zasuszonym w podróży okoniu, którego trzeba skrobać i patroszyć.

Nie wniosłam pozwu i pewnie tego nie zrobię, bo choć mężowskie ryby kosztują mnie sporo nerwów (pieniędzy, niestety, także), to uważam, że mężczyzna bez poważnie traktowanego hobby jest jakiś taki... niepełny. A zatem i mało męski, intelektualnie i fizycznie niepełnosprawny.

Nie zmienia to jednak faktu, że trudno mi jest czasami. Irytują mnie samotne weekendy, dawno bowiem minęła mi chęć towarzyszenia mężowi w jego wyprawach. Mogłabym co prawda na łonie przyrody spędzić czas, ale to jedynie mitologia i kłamliwe deklaracje mojego starego.

Owe wędkarskie weekendy sprowadzają się bowiem do budzenia się skoro świt, robienia mu kanapek i do tak zwanego O. C., czyli obsługi codziennej męża-wędkarza. Nie dlatego, że tego się domaga, tylko że ja patrzeć nie potrafię, jak kona z głodu, jak pożera byle co, wzuwając jednocześnie te długie gumowe buty, które potem strasznie cuchną w łazience.

Nie jeżdżę już z nim od kilku lat - wyłączając wczasy; jedynie bowiem podczas wakacji potrafi iść z nami (ze mną i z dwiema córeczkami) na kompromis i na przykład chodzić na spacery do lasu czy nawet odnajdywać jakieś zabytki. Nie jeżdżę, a więc i nie widzę, co je, jak się poniewiera po mokrych krzakach, jak marznie. Reanimuję go dopiero po powrocie z ryb - oczywiście dopiero wówczas, gdy sprawię ryby i włożę je do zamrażarki.

Być może pierwszy mój felieton wygląda na narzekania pokornej wędkarskiej żony, zmienionej w domową kurkę przez los i mężowskie hobby, ale gwarantuję, że tak nie jest.

Ja mu jeszcze wygarnę!  Koniec

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy