W zasadzie powinienem zmienić tytuł. O wiele bardziej adekwatnie byłoby napisać: „Partnerstwo a wędkarstwo”. Bo chociaż lwia część wędkarzy nosi spodnie (albo inaczej: nigdy nie nosi kiecek), to jednak w milionowej rzeszy bractwa „po kiju” sporo jest przedstawicielek płci pięknej. I bardzo dobrze!

Nie tylko dlatego, że bez Was, Dziewczyny, WCWI mogłoby chwilami wpadać w klimaty, jakie niekiedy wkradają się w stadko samców siedzących przy wędkarskim ognisku. Sfrustrowanych choćby dlatego, że ślubne nawrzeszczały w ramach czułego pożegnania przed wyjazdem, a do wypłaty zostało jeszcze parę dni. W dodatku leje deszcz i ryby nie chcą brać.

Zaczął Byba. Poprawiła PaKa. Nad wędkarskim losem jajcarsko użalił się Wędkoholik. Z wyżyn godnej do pozazdroszczenia harmonii dołączył zasłużenie dumny Jori. Posypały się komentarze. Dołączyłem i ja. Poprzez pryzmat własnych doświadczeń i wniosków chcąc odnieść się do - jak się okazuje - szalenie ważnego tematu. Jak dotąd - tematu zazwyczaj pomijanego. A jeśli już poruszanego, to w dowcipie. Z uśmiechem, jakże często nieszczerym, mającym zamaskować nieciekawy stan faktyczny. Lub - znacznie rzadziej - poruszanego w bardzo wąskim i zaufanym gronie, z którego nic nie wypłynie.

W szerszym - zwykle udajemy, że traktować go można z przymrużeniem oka. Albo pierś wypiąć jak do przypięcia medalu (pewne bojowego...) i rzec: u mnie nie ma takich problemów! Bo ja se żonę (męża) wychowałem(am). I zaraz nadstawić ucha na słowa podziwu, mile łechczące miłość własną mówcy. Gdy kolesie (psiapsiółki) powiedzą: taki (a) to ma fart!

A potem znowu jechać na ryby. Po co? Uciec? Ale od czego? Od pracy? Od codziennego stresu? Od odpowiedzialności i obowiązków, nie tylko zawodowych? Owszem, wyciszyć się, zrelaksować, uciec od problemów i własnych frustracji, wygładzić zszarpane nerwy - to na pewno. Ale... co tak naprawdę najbardziej szarpie te nerwy?

Jest coś, co wspina się o wiele pięter ponad wędkarstwo. Bo wędkarstwo to tylko niewielka, choć istotna płaszczyzna. Różnie do niego trafialiśmy, na dziesiątki czy setki sposobów określimy jego znaczenie w naszym życiu. Dziesiątki różnych powodów popychają nas nad wodę. Znajdą się wśród nas zacietrzewieni w swej wyimaginowanej wielkości muszkarze, z góry spoglądający na całą resztę, znajdą się i niedzielni czy urlopowi grunciarze, na zaprzysięgłych muszkarzy spoglądający jak na nawiedzonych oszołomów. Wrzućmy więc to wszystko do jednego wora, a nad nim wystawmy tabliczkę z napisem: TOLERANCJA. Napisem kłującym w oczy wściekłymi barwami trociowego woblera czy antenki dalekosiężnego spławika.

A potem siądźmy sobie przy stole czy ognisku, pogadajmy. Z wzajemnym poszanowaniem. Z zachowaniem w pamięci także i tego, że są i inne „skrzywienia” (hobby). Że jest np. spore grono ludzi na krok nie odstępujących gołębników. Jest też znacznie mniej liczne grono ludzi płci obojga i roczników wszelakich, frajdę nieziemską znajdujących we wzajemnym okładaniu się, po łbach i gdzie popadnie, dwuręcznymi mieczami i innym żelastwem (nie wiem jak teraz, ale jeszcze niedawno, w sobotnie przedpołudnia, grzmocili się (tym żelastwem) na obrzeżach Lasku Kabackiego). Są i tacy, którzy wszystkich domowników rykiem własnym gotowi są do ciszy grobowej sprowadzić, bo właśnie zaczyna się dwutysięczny odcinek latynoskiego serialu o miłości ckliwej. Tak się do rzeczywistości naszej mający, jak setka kardynałów (nie mylić z rybkami akwariowymi) do świadomego, odpowiedzialnego ojcostwa. Albo i macierzyństwa.

Tabliczkę z tym napisem postawić byłoby trzeba nie przy wędkach, nie nad wodą. Bo tutaj - można albo się porozumieć, albo po prostu pójść dalej. Ze świadomością, że jakiegoś pajaca, który do trociowego zestawu przywiąże paproszka i narzeka, że nic mu nie bierze, choć on to ho ho! w spinningu jest mistrzem świata i okolic, więcej się nie spotka.

Więc - może nad własną prywatnością trzeba by było takie tabliczki postawić?

Nie, nie mam gotowych recept. Wszyscy, którzy wzięliśmy udział w dyspucie, dołożyliśmy cząstki samych siebie. I niepostrzeżenie wyszliśmy poza ramy wędkarstwa. Ważnego, lecz - taka jest prawda - stanowiącego jedynie wspólną płaszczyznę i zarazem pretekst do spontanicznych wynurzeń, daleko wybiegających poza jego ramy. Spomiędzy słów wylazło bowiem coś nieporównywalnie ważniejszego od moczenia kija i robala. Zaś najcenniejsze wydaje się to, że nikt nie uderzył w tony narzekania i krytykanctwa. Dominowała trzeźwa, choć dość ogólnikowa ocena sytuacji i rzetelne, szczere przypominanie najważniejszych, niezbywalnych wartości, o których jakże często zapomina się na co dzień.

Podświadomie dążyliśmy więc do próby wspólnego stworzenia lekarstwa, które i tak, jeśli nawet stworzone zostanie, każdy użyje na własny, całkowicie indywidualny sposób. Wedle własnego rozumu, serca i uznania. Dokładając to, co za słuszne uważa. Dostosowując całość do własnych, całkowicie indywidualnych, więc niezaprzeczalnie autonomicznych postaw i odniesień.

Oto lista pojęć, zebranych - niedosłownie - z podtekstów wypowiedzi wszystkich, którzy w dyspucie zechcieli zabrać głos: tolerancja; miłość; wzajemny szacunek; wzajemne zrozumienie; negocjacje; kompromis; zgoda; wzajemne uzupełnianie się; partnerstwo oparte na dobrym słowie i wzajemnej chęci porozumienia; dobre interakcje interpersonalne... Aha, jeszcze przysięga małżeńska. Ciągle w obie strony obowiązująca. Z której oby wynikło choćby to jedno, najważniejsze: zero konfliktu.

Zakrzyknąć chciałbym, pełnym głosem: komu na tym zależy, niechaj wydrukuje i współspaczowi przedstawi całość dysputy, która rozgorzała na witrynie. Ku pamięci. Ku rozumieniu. Ku tolerancji. Ku temu, by nerwów bezsensownie nie tracić. By woda, wędki, ryby - mogły być płaszczyzną pojednania, a nie jedynie chwilowym azylem. I żeby adwokatom nie dać zarobić. I upokorzeń nie przeżywać czy głupa nie kleić na sali sądowej, przed obliczem zasypiającej z nudów staruteńkiej starej panny czy rozwódki, zwiędłość cycków obijającej sobie srebrzystością godła powieszonego na grubaśnym łańcuchu. Dla której to paniusi samo istnienie faceta zazwyczaj jest dowodem jego winy.

Ale... Cholera! I tu mi się przypomniała wypowiedź Małgorzaty (goniaj). Zacytować nie jestem w stanie, bo nie mam pod ręką oryginału. Więc tylko pozwolę sobie na powtórzenie Jej myśli własnymi słowami: po pierwszym, najbardziej spontanicznym okresie tzw. zakochania, gdy ona (on) zafascynowana(y) jest i zauroczona(y) wędkowaniem, a nawet nocami spędzanymi na odludziu, w największym deszczu, nastąpić może powrót do korzeni. Bo fascynacja kiedyś przejdzie. A zaczną się wszelakie, codzienne „schodki pod górkę”.

Od siebie jeszcze dorzucę: gdy do tego dojdą „serdeczne i jedynie słuszne” porady mamuś, kolesi czy psiapsiółek (np.: no co ty?! Na ryby go puszczasz?! Z kolesiami?! Nic, tylko wódę chleją albo na łajdactwo jakieś łażą! Ja to bym swojego nie puściła za żadne skarby!), albo gdy w pobliżu rozlegnie się głos mówiący: no nieeee! Ja to sobie starą (starego) wychowałem(am)!.. Nie, nie dokończę tego zdania, wielokrotnie złożonego. Niechaj każdy sam sobie dokończy. Tak samo i wnioski niechaj każdy wyciągnie wedle własnego uznania.

Wpierw jednak spójrzmy, jak wygląda, w powszechnej opinii, stereotyp polskiego wędkarza. Niedawno Byba to scharakteryzował, więc jedynie troszkę to rozwinę o parę obserwacji z różnych łowisk. Kogóż tam widzimy? Ano paru oberwańców, niemal codziennie „kwitnących” tuż poniżej mostu Poniatowskiego, na lewym brzegu Wisły, za nieziemsko cuchnącym wylotem kanału ściekowego. Gdzie indziej, również i na Mazurach, niekoniecznie widzimy, ale na pewno czasem słyszymy, pijackie ryki niosące się nocą na setki metrów i dalej. Widujemy też sterty pustych butelek, puszek i innych śmieci, pozostawionych przez jakieś łachudry posiadające wędki i płacące składki..

A czy widać normalnych wędkarzy? Nie bardzo. Bo ten „normalny” cicho przedziera się przez krzaki ze spinningiem w ręku. Albo w ciszy i skupieniu, starając się ryb nie spłoszyć, łowi na spławik czy inną, stacjonarną metodą. Doskonale wiedząc, że jeśli narobi hałasu, to nie połowi. Że jeśli zostawi po sobie śmieci, to za parę dni, gdy w dane miejsce wróci, sam nie będzie mógł patrzeć na bajzel własnego autorstwa.

To jest tak, jak kiedyś było np. z armią: armia pije! Skąd się brała taka opinia? Proste. Gdy przez Dworzec Centralny przewinęło się stu umundurowanych żołnierzy - nikt nie zwrócił na nich uwagi. Może poza niektórymi paniami, tęsknie wzdychającymi na widok chłopaków z KRWP (kompanii reprezentacyjnej WP). Ale starczył jeden nawalony jak szpadel, niechlujnie wyglądający szwej, by w umysłach kilkuset widzących go osób zakodowało się takie, a nie inne przekonanie.

Niestety, wędkarze podlegają ocenom tworzonym wedle tego samego schematu. Toteż nawet w opinii naszych żon i partnerek, jakże często niesłusznej i krzywdzącej, wielu spośród nas tak właśnie wygląda. Wystarczy odrobina złej woli, by natychmiast znaleźć pretekst. Ktoś kiedyś powiedział: dajcie mi człowieka, znajdę mu paragraf, dajcie mi paragraf, znajdę wam człowieka.

Spójrzmy na taką sytuację, wcale nie wyssaną z palca: facet jedzie przed świtem na ryby, z kilkoma kolegami. Nad wodą biega ze spinningiem przez kilka godzin, przedzierając się przez błoto i chaszcze. Ponieważ jest jeden samochód i jeden kierowca, pozostali spokojnie mogą napić się piwa. Dla ochłody i ugaszenia pragnienia, a nie po to, by się sponiewierać. Potem wraca facet do domu. Worki pod oczami, podrapane w krzakach ręce i twarz, ślady błota na ubraniu... Normalne? A do tego... zapaszek piwa. I to nic, że facet trzeźwy jak świnka, a tylko zmęczony. Starczy, że wygląda jak wygląda i czuć od niego piwem. Trzeba czegoś więcej, by zacząć wymówki?

Nie o wędkarstwo chodzi, jeśli ktoś paragrafu na drugiego człowieka szuka. Równie dobrym pretekstem może być bałagan w piwnicy, nie takie spojrzenie, kubek po kawie zostawiony w zlewie, krzywo ustawione kapcie i setki innych powodów. Bo zasadnicza przyczyna zwykle nie ma, czy też prawie nie ma, nic wspólnego z wędkarstwem.

Oto przykład może i ekstremalny: znajomek, znakomity spinningista, jest abstynentem z wyboru. Nigdy nie palił, a z alkoholem ma do czynienia tylko raz w roku, w sylwestrową północ. Gdy symbolicznie moczy usta w szampanie. Wykształcony, szalenie inteligentny i kulturalny, piastujący bardzo odpowiedzialne i wysokie stanowisko, powszechnie szanowany za swoje przymioty. Prawie przez wszystkich. Oprócz ślubnej. Narzekającej, że on wybywa na ryby i nie chce z nią posiedzieć w domu, porozmawiać, po prostu pobyć. Więc na jakiś czas odpuścił wędkowanie. Wtedy, gdy odległe o dziesięć minut spaceru wiślane bolenie urządziły sobie balet i zagryzały wszystko, co tylko do wody wpadło.

Co dało mu jego ustępstwo? Ano tyle, że musiał być cicho i nie przeszkadzać. Bo jego ślubna rozsiadała się w fotelu, kurczowo ściskając pilota od telewizora i jednym ciągiem oglądając kolejne odcinki kolejnego zidiociałego serialu. Z reklamami włącznie. A chłop potrzebny był jej wyłącznie do tego, by razem z nią to oglądał. A przed snem wysłuchał kolejnej porcji narzekań. Że strasznie mu daleko do wzorców, które w telewizorze widać. Że kobiety swojej kochanej i poślubionej wcale nie chce szanować ni rozumieć. Więc ona, bidula nieszczęsna, dobra taka, czuła, uduchowiona, troskliwa, wrażliwa, duszę całą poświęcająca rodzinie i mężowi, jak lelija czysta a niewinna, nieszczęśliwa jest, bo niedowartościowana. Bo jej mąż to tylko ryby ma w głowie. Bo on to zawsze, to nigdy, to tylko...

A że jej chłop na mieszkanie olbrzymiaste zarobił? Że własnoręcznie położył parkiety, boazerie, glazurę i terakotę? Że nawet kwiaty podlewa i z własnej woli za odkurzacz się chwyta? No patrzcie, jaki idiota! Odkurza, więc hałasuje. Dokładnie wtedy, gdy w telewizorni leci kolejny odcinek kolejnego serialu! Ot, sakramencki idiota! Jakby nie mógł tego zrobić kiedy indziej! A kiedy? Noooo... No tak, z pracy wraca wieczorem, w sobotę i niedzielę to na zakupy trzeba jechać... Więc kiedy? No przecież za takiego mądrego i wykształconego się uważa, więc niech ruszy głową i coś wymyśli!

Kurza twarz! Która to płeć, do jasnej cholery, jest silniejsza?! Jeśli jakiś patafian mi powie, że żonę sobie wychował, to po prostu pójdę sobie dalej. A jeśli ktoś powie: dogadaliśmy się, bo wiemy, co to partnerstwo - czuprynę swoją przerzedzoną pochylę w ukłonie. Tytułem gratulacji i podziwu. Bez wspominania o zazdrości, której wyrażać słowami nie wypada.

Na zakończenie przydałoby się dokonać jakiegoś podsumowania, wyciągnąć i nazwać po imieniu jakieś wnioski czy uogólnienia... Nie, niczego takiego nie uczynię. Niechaj każdy, kto ma na to ochotę, sam to uczyni. Wedle osobistych reguł z i potrzeb.

Tolerancyjny
Bombel

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Yezu Andrzejku masz chłopie zdrowie do pisania hehehe:) :grin
Może przy pomocy tego tekstu uda mi się lepiej komuś wytłumaczyć co rozumiem przez pojęcia tolerancja i partnerstwo. A co do komentarza Sorga - to według mnie Bombel ma przede wszystkim głowę :) i chęci aby napisać prosto i mądrze o rzeczach ważnych w życiu (nie tylko w wędkarstwie).
Pozdrawiam z szacunkiem
Piotr
Tolerancja - tak, stereotypy - nie! O ile w poprzednim felietonie wyczerpująco dowiedziałem się o życiowych niepowodzeniach autora, a mniej o tytułowych związkach kobiet i wędkarstwa, to w tym artykule pełno jest, właśnie widzianych w krzywym zwierciadle, stwierdzeń jawnego dyskryminowania partnerstwa, bo o wędkarstwie już nie wspomnę. Wg mnie kobiety nigdy nie będą czynnie zainteresowane naszym hobby, bo nie jest ono w zgodzie ani z kobiecą naturą, ani z ewolucją, ani z tradycją. Z niczym nie jest, zresztą panie mają swoje zainteresowania, także daleko inne niż męskie, więc po co dopatrywać się jakiegoś zamachu na nasze upodobania. Mężczyzna podejmując się roli partnera, małżonka, ojca powinien sobie zdawać sprawę z obowiązków wobec partnerki. Zawsze według zasad uznawanych za normalne, to najpierw należy wypłeniać owe obowiązki, a potem szukać czasu na przyjemności i zainteresowania. Moim zdaniem jeśli ktoś tego nie zrozumie, powinien zdecydować się na kontakty doraźne lub samodzielne życie. Próbowac jednak trzeba, warto jednak pamiętać, żeby - w sytuacji beznadziejnej - mieć odwagę równiez partnersko odejść. Tu akurat przytaczany przykład znajomego jasno pokazuje, że swoje obowiązki traktuje jednoznacznie, spedzając praktycznie większą część dnia w pracy. Trudno się dziwić jego żonie, że z reszty doby chce urwać choć kilka godzin, choćby spedzonych wspolnie przy durnym serialu. Nie mój to jednak znajomy, i nie wiem czy mają potomstwo - jeśli tak, to należy żonę znajomego na piedestały wynieść, bo ma ciezki żywot wychowując dzieci, a może jeszcze przy tym pracując? Naprawdę wędkowanie jest w tym przypadku fanaberią. Wyjście? Znajomy powinien rzucić pracę na korzyść mniej obciązającej czasowo, znajdzie chwilę na wszystko, na co nie ma czasu obecnie. Sytuację zapracowanych małżonków znam z autopsji i przerabiam przez 15 lat, a po tym czasie mogę swoją żonę jedynie nosić na rękach (dopiero poźniej pojadę na ryby ;).
Wracając do tematu przewodniego - treść przedstawiłbym jednak w bardziej obiektywnych realiach, bo wyszło, że jesteśmy dyskryminowani, a nasze panie to jakieś bezduszne stworzenia oczekujące od nas układania parkietów i boazerii. Może jednak głosów w dyskusji będzie więcej?
Pozdrawiam.
całkowicie się z Tobą TJ zgadzam. Ja założyłem rodzinę z ukochana kobietą, a nie z wędką. Mimo, że ta druga była pierwsza. Musiała jednak ustąpić. I to jest zdrowe. Moim zdaniem.
A tych wspaniałych \"macho\" co to se żony wychowali, co to im żony nie podskoczą to rpzez grzeczność i wrodzona delikatność ich tylko nie spytam, czy nie czują takiego niepokojącego świerzbienia nad brwiami? Coś może rośnie...




Cytat:
To jest tak, jak kiedyś było np. z armią: armia pije! Skąd się brała taka opinia? Proste. Gdy przez Dworzec Centralny przewinęło się stu umundurowanych żołnierzy - nikt nie zwrócił na nich uwagi. Może poza niektórymi paniami, tęsknie wzdychającymi na widok chłopaków z KRWP (kompanii reprezentacyjnej WP). Ale starczył jeden nawalony jak szpadel, niechlujnie wyglądający szwej, by w umysłach kilkuset widzących go osób zakodowało się takie, a nie inne przekonanie.

to dotyczyło zawodowych, a nie szwejostwa Endrju. Wśród zawodowych alkoholizm był w latach osiemdziesiątych (dalej nie wiem bom resort opuścił) niemalże chorobą \"nomen omen\" zawodową. Wielu moich znajomych z \"trepostwa\" z tamtych czasów juz gryzie kwiatki od spodu, a wielu będzie robiło to niebawem. Przez gorzałę... Gorzałę, ktora rozbiła rodziny, złamała kariery a wkońcu wypchnęła poza nawias.

Jak jest dziś nie wiem. Mam nadzieję, ze inaczej. :grin
zestresowan przez (M)Argrabię tytuła nie dałem byłem... Sorry...
Widzę, że miałeś ogromnego pecha, w latach osiemdziesiątych trafiając w środowisko.
Serio serio. Z moich doświadczeń, datowanych od 81 roku i trwających do dzisiaj, wynika coś odmiennego. Spośród tysięcy ludzi, z którymi zetknąłem się zawodowo, \"popłynęło\" zaledwie kilku. Wszyscy rozstali się z mundurem już w momencie, gdy zaczynało to rzutować na dobro służby.

Wykończyło się, o ile wiem, tylko dwóch. Ładnych parę lat urozmaicali sobie w ten sposób życie emeryta. Zresztą wspólnie.

Nie twierdzę, że problemu nie było. Występował on jednak tylko tam, gdzie wodzowie albo nie umieli stanąć na wysokości zadania, albo sami za kołnierz nie wylewali. Miało to jednak krótkie nogi.
Andrzej,
choć to nie na temat to jednak nie zgodzę się z Tobą.

Zarówno podczas studiów na WAM (lata 83-89) w Łodzi jak i juz w cywilu (89-96 do ożenku :-)) nawiedzając zielonkowskie kasyno zetknąłem się z kilkudziesięcioma \"zawodowymi\" w większości oficerami, z czego duża grupa (w Zielonce) po WAT (a nie po betoniarkach), mającymi ewidentny problem. Kilkunastu z nich już w zzaświatach... Z tego właśnie powodu.

Z boku Andrzej zwykle lepiej widać, a ja choć zawodowym nigdy nie zostałem (choc groziło przez 6 lat) to przez wiele lat wśród nich się obracałem na gruncie nie skażonym \"słuzbowością\".

W każdym bądź razie na obiegową opinię o piciu w armii pracowali zawodowi, a nie \"zetka\", gdyz widok nawalonego - jak to określiłeś - \"szweja\" był przyjmowany z pobłażaniem (o ile nie był agresywny) natomiast zataczający się \"trep\" wzbudzał uczucie odrazy

Ale to temat mało wędkarski (choc też krąży opinia, że wędkarze to pijaki :-( ). Więc zostawmy go na inną okazję :-)
\"Wg mnie kobiety nigdy nie będą czynnie zainteresowane naszym hobby, bo nie jest ono w zgodzie ani z kobiecą naturą, ani z ewolucją, ani z tradycją. Z niczym nie jest, zresztą panie mają swoje zainteresowania, także daleko inne niż męskie...\" - TJ - protestuję!!!! Dla mnie wędkarstwo nie jest \"zainteresowaniami mojego męża\" - to moje hobby tak samo jak i jego!!! Piłkę nożną też lubię z nim pooglądać, gorzej z boksem. Nie podoba mi się jak krew się leje :grin
Sami panowie wiecie, że dla większości z nas WCciotek wędkarstwo to już jest i tradycja, i pasja, a ewolucja - no cóż - ma to do siebie, że dzieje się na przełomie dłuuuugiego okresu czasu ;) Radzę sprawdzić w następnym wcieleniu jak to będzie wyglądało :grin, poza tym już kiedyś dyskutowaliśmy na ten temat - jak to Adam z Panem Bogiem się układali :P
Bardzo mi żal nieszczęśników, którzy muszą walczyć o chwilę spokoju nad wodą, no cóż, żal mi również ich żon, po pierwsze dlatego, że wędkarstwo to przecież świetna \"zabawa\", a po drugie dlatego, że to musi być męczące takie ciągłe podporządkowywanie sobie tej drugiej połowy - to się chyba tyranią nazywa :D
Mogę tylko na zakończenie napisać – że jestem wędkarką od, no powiedzmy 25 lat. Mój mąż jest wędkarzem, i ojciec, i teść i nawet już dzieci. Ani moja mama, ani teściowa, nie gnębiły swoich mężów za wędkarskie „wypady” czy pieniądze wydane na sprzęt. Nawet moi znajomi, którzy jeszcze jakiś czas temu pukali się w czoło słysząc, że przyjechałam do pracy prosto z ryb, coraz częściej zazdroszczą mi wspólnej pasji, którą mogę dzielić z mężem...

No... nagadałam sie i pozdrawiam
null
PaKa, dobrze, że protestujesz, pewnie tak samo zrobiliby niektórzy moi koledzy, którzy świetnie szydełkują czy posługują się maszyną do szycia. Wedkarstwo odkąd przestało być tylko metodą na zdobywanie pożywnienia, a cześciej jest rekreacją stało się atrakcyjne także dla kobiet. Ja jednak w komentarzu za wyjątkiem drugiego zdania, odnosze się do populacji generalnej, która choć coraz mniej w cywilizacjach Zachodu to jednak przyporządkowuje płciom pewne wzorce zachowań. Sama zauważyłaś, że jednak jesteś w gronie znajomych uznawana za \"oryginał\" - coraz rzadziej - i o to chodzi, bo to także przelamywanie stereotypow. Najważniejsze jednak w Waszym rodzinnym postępowaniu jest właśnie to Partnerstwo, ktorego można tylko pozazdrościć, bez względu czy towarzyszycie sobie z mężem wspólnie na rybach, na grzybach, czy w osiedlowej pralni. Brawo.
Szczerze się przyznam, że mnie też zastanawia od jakiegoś czasu wpływ jaki ma wędkarstwo na spokój w rodzinnym stadle. Jako że przymuszono mnie do podjęcia studiów i wybrałam sobie socjologię - to właśnie piszę pracę (niestety - jeszcze nie magisterską;) ) na ten temat - hehe. I muszę przyznać że wnioski wyciągam bardzo podobne :D
Te wpływy negatywne, ten brak partnerskiej rolerancji, tenże - także! - brak partnerskiego przyzwolenia (zrozumienia też), bierze się niekiedy z dość powszechnej, społecznej percepcji wędkarstwa. Gdy wędkarz = pijak.

W którym to postrzeganiu wędkowania przez ludzi tematu nie znających, także przez współmałżonków, zupełnie nie istnieje pole dla zmysłowego odbierania, przez wędkującego, estetyki świtów gorejących, zachodów, z których każdy inny, rozmów przy ognisku, gdy najbardziej zatwardziałe duszę się otwierają.

Brak tolerancji brać się potrafi też stąd, że wędkarz lub inny hobbysta, po całym dniu ucieczki od ludzi i problemow firmowych, styranym będąc fizycznie, lecz dopieszczonym psychicznie, głęboko, gdzieś TAM, choćby na kwadrans potrzebny na rozpakowanie się (by siatka nie zaśmiardła i drogi sprzęt nie zardzewiał) - nie ma głowy do intelektualnego i werbalnego odniesienia się do czegokolwiek w domu.

Na moje szczęście - tej tolerancji i zrozumienia mam teraz zaszczyt doznawać. Nawet wtedy, gdy niespodziana burza przetacza się nad płachtą jeziora, wiatr nieomal wyrywa z rąk wiosła, a ryby nie brały. I wtedy, gdy szlajam się po własych, czasem mocno bagiennych szlakach, telefon mając wyłączony.

Nieodmiennie szanując akże to, że moja Pani, gdy zdecyduje się na towarzyszenie mi w warunkach prawie ekstremalnych - tolerancyjnie i uczciwie to przyjmuje. Rozumiejąc.
Lub, gdy nie zabiorę na ryby, uczciwie tłumacząc, że z kumplami na wódkę jadę, lub że pogoda wredna i teren także wredny, więc niebezpiecznie dla Jej zdrowia - umie spokojnie czekać.
Pewność mając, a choćby same zaufanie tylko, że choćbym na \"chuchu\" wrócił, czy w nadwodnym błocie urąbanym będąc po czubki uszu - jestem. Nawet i wówczas, gdy zdrzemnąć się po powrocie chcę przez godzinkę czy dwie.

A z mojej strony - gdy moja Pani zechce przyjąć tolerancyjnie, że gdy swoją pracę wykonuje, z zapaleiem płuc biegając, lub gdy ma swoje własne sprawy - ja się nie wtrącam. I cierpliwie czekam Wiedząc, pewność mając, że to samorealizjacja.

Dokładnie taka sama, jak moje wygłupy bezrybne, na wodzie, gdy w łódce przez wiele godzin kwitnę lub macham wiosłami. Od definicji i ludzi odpoczywać próbując.

W czasie, gdy moja Pani ślęczy przy kompie nad kolejnym projektem. Lub drzemkę zalicza. Lub gdy gdy obiad gotuje. Się wkurzając nieco, że się spóźniam.
Rozumiejąc jednakże i tolerancyjnie przyjmując, że już od Serocka, przed zegrzyński mostem, bywają korki.

Tak rozumien tolerancję. Zaszzyt mając i za osobistą szczęśliwość odbierając fakt, że właśnie tak jestem odbierany wraz ze swoim hobby.
wysoce jednostronne pojęcie tolerancji.

Tolerancja według Kaliego.... :grin
Napisałeś Marku:
Cytat:
Tolerancja według Kaliego....


Tak to bywa, z tolerancją także, gdy czyta się nieuważnie. Lub gdy do czytania się siada z zamiarem udowadniania wcześniej postawionej, karkołomnej a tendencyjnej tezy. Również i wtedy, gdy wyrywa się z kontekstu parę słów, by w sposób przewrotny, celowy i w pełni świadomy zafałszować obraz meritum.
Lub komuś po prostu dokopać dla samej przyjemności kopania. Samemu nie mając w danej materii niczego do powiedzenia. Poza złośliwościami oczywiście.

Tym niemniej stanowisko Twoje i postawione oceny odbieram ze spokojnym dystansem. Demokratycznie je tolerując :grin
Cytat:
Lub komuś po prostu dokopać dla samej przyjemności kopania


nie kopię sie z ludź, ale z poglądami i sposobem ich atykułowani o ile uznam, że sposób ten przekracza normy, które ja uznaje za właściwe. Przyjemności w tym nie mam żadnej :grin

Czytając cały ten esej (traktat?) oraz komentarze widze bardzo jednostronne podejście do zagadnienia tolerancji. Jedna strona toleruje, że druga jeśli odczuwa nieodparta potrzebe duszy to sobie wybywa potrzeby te realizować, a druga w ramach tolerancji ma prawo dzielnie czekać, spokojnie podgrzewać poraz kolejny obiadek, i z pełnyum poczuciem bycia tolerowaną włączyć \"M jak miłośc\"...

Tak JA to zrozumiałem :grin