Prolog

To był długo wyczekiwany wyjazd. To miało być przecież moje rozpoczęcie sezonu. Tak, rozpoczęcie w czerwcu… Już podczas przygotowań do wyjazdu zaczęło być krucho. Najpierw okazało się, że Wioleta nie dostanie urlopu na całe dwa tygodnie. To w pewien sposób komplikowało sprawę – co prawda na miejscu są dziadkowie, ale nasz mały człowiek to naprawdę kawał urwisa… Skończyło się na tym, że 5 dni z 14 byliśmy bez Mamy. Druga zła nowina to prognozy na początek czerwca, które zapowiadały, eufemistycznie mówiąc, nienajlepszą pogodę…

Dzień drugi

Nad wodą jestem po piętnastej. Biorę spining, wiaderko z małymi i dużymi ziarenkami i idę na obchód. Woda niska. Już pierwsze rzuty pod mostem owocują wyjściami okonków, więc chyba nie będzie źle. Najważniejsze, co rzuca mi się w oczy, to to, że Rzeka wygląda na niesamowicie zarośnięta, biorąc pod uwagę, że to początek czerwca. Po powrocie do samochodu słońce znika już do końca dnia i robi się trochę buro. Zaczynam wiadomo gdzie. Już pierwsze rzuty wskazują jakieś puknięcia i delikatne brania. Niestety rzeczywistość okazuje się być bardzo brutalna – to podwodne rośliny, którymi zarosły Kołki… Ale są jeszcze inne miejsca. Niestety nigdzie nic się nie dzieje. Nie liczę pojedynczych Moby-Dicków, które nie są w stanie zdjąć nawet ziarenka pęczaku. Studnia. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek o tej porze roku takie cuda się zdarzyły… Pod koniec dnia czarę goryczy przepełnia upierdliwa mżawka. Kończę coś koło dziewiętnastej zganiając wszystko na pogodę.

Dzień trzeci

Z przekory oczywiście jestem nazajutrz. Niestety czarny scenariusz powtarza się, przez prawie trzy godziny brak kontaktu z rybą. Dla poprawy nastroju wydłubuję okonka spod mostu na zakończenie dnia. Nie usuwam wszystkich ziarenek i postanawiam zatrzymać się jeszcze godzinkę nad Mrogą. Obławiam trzy dołki; w ostatnim meldują się jedna po drugiej dwie pierwsze płotki sezonu…

Dzień szósty

Zrobiłem dwa dni przerwy, pogoda ciut poprawiła się. Postanawiam odpuścić Kołki – bezsensem jest rwać kolejne haczyki. Już do końca pobytu moją bazą staje się drugi brzeg przy Starym Moście. Zaletą tego miejsca jest to, że można podjechać prawie do samego brzegu i w niewielkiej odległości od siebie znajduje się kilka miejscówek. Włączając oczywiście drugi brzeg. Właśnie od tego zaczynam i po przeprawie w woderach zaczynam na Przelewie. Na groch nic, sprawdzam pęczak. To przecież bankowe miejsce, jeżeli chodzi o płotki. Niestety nie dają one znaku życia. W końcu spławik błyskawicznie odjeżdża. Tak mnie to zaskoczyło, że zanim wziąłem wędkę do ręki, to było w zasadzie po sprawie – wypiął się od razu. Powiało optymizmem. W końcu coś. Wędrówka po pozostałych miejscach sprowadza mnie ponownie na ziemię. Wracam na Przelew, ale tym razem ustawiam się trochę z boku, aby przy gwałtownych braniach kleniaków mieć trochę więcej czasu na reakcję. Niestety przez ponad kwadrans nic się nie dzieje. Postanawiam zmienić miejscówkę i zaczynam zwijać żyłkę. Wędka wygina się i zaczyna grać hamulec. Wziął akurat teraz… Grasant wyciąga w błyskawicznym tempie z 8-10 metrów żyłki, po czym wypina się. Kolejne próby nie przynoszą jakichkolwiek rezultatów. Ponownie na poprawę nastroju biorę małą żółtą gumkę i zaliczam dwa okonki. Podczas zwijania się widzę gościa, który z gruntówką wybiera miejsce poniżej Starego Mostu. Zwróciłem już na nie uwagę wcześniej, ale jakoś mnie te kępy podwodnych trzcin nie przekonały – nic to, spróbuję może następnym razem…

Dzień ósmy

Ponownie dzień przerwy i zaczynam właśnie we skazanym niejako miejscu przez miejscowego. Zaczyna mi się tu podobać – za sprawą kępy trzcin jest kawałek spokojnej wody, łowi się praktycznie z środka rzeki, tuż przy głównej rynnie. Po kilku minutach jest porządne branie. Po zacięciu w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się spławik rzuca się jakaś spora (na oko 3-4 kg) ryba. Wyglądało to jak wielki leszcz – może karpik ? Zaczynam analizować, czy to on brał, czy może przepływał pod spławikiem – branie było takie trochę dziwne. W każdym razie kolejny zastrzyk adrenaliny. Sprawdzam też Ostrogę, ale bez żadnych efektów. Teraz idę na Przelew, ale zostaję na stronie północnej. Łowisko bardzo płytkie, daje się łowić tuż przy progu (o ile to można nazwać progiem). Wędka pozostaje w ręce, od razu błyskawiczny odjazd, zacięcie, kleniak wyciąga kilka metrów żyłki i wypina się. Powoli zaczynam się wkurzać – to już trzeci. Przechodzę na drugi brzeg i ponownie Przelew, tym razem od klasycznej, południowej strony. Scenariusz powtarza się z okrutną regularnością: zarzut, błyskawiczny odjazd, zacięcie, jęk hamulca i luz na końcu wędki – 0:4. Pod koniec dnia notuję kilka płotkowych puknięć, więc mam nadzieję, że może w końcu coś się ruszy. Czwarty dzień bez białej ryby nad Bzurą. Masakra…

Dzień dziewiąty

Wyciągam ugotowane dzień wcześniej przynęty z zamrażarki (wczoraj po wszystkich przygotowaniach naszły brzydkie czarne chmury i się łowienie skończyło, zanim się zaczęło) i ładuję je do mikrofali. Nad Rzeką ląduję coś przed szesnastą. Pogoda generalnie średnia, spore zachmurzenie, od czasu do czasu przelotny deszczyk. Dojeżdżając oceniam, że chyba nie będzie aż tak źle – niebo wygląda dużo lepiej niż przed południem. Zaczynam w Nowym miejscu. Od razu są puknięcia. Po chwili jest porządne branie, zacięcie i w końcu jest debiucik.

Było trochę chlapania w tych trzcinkach, więc na chwilę idę jedno miejsce do góry, powyżej Starego Mostu. Tam bezskutecznie próbuję zaciąć płotkowe brania, ale i tak cieszę się, że coś się zaczęło dziać. Po kwadransie wracam, zarzut i od razu klasyczny odjazd.

Powoli zaczynam wierzyć, że to w końcu dzień, na który czekałem. O, bardzo przepraszam, na pierwszy z dni, na które czekałem. Ponownie mnóstwo chlapania przy holu, więc idę spróbować przełamać Klątwę Przelewu. Niestety z obu stron bez puknięcia. Dodatkowo zaczyna sobie mżyć, więc wracam do Nowego – tam można się schować pod drzewkiem. Tak też czynię. Pierwsze dwa brania niezacięte. Wkurzony wyłażę spod gałęzi, z resztą przestało już padać. Wędki nie odkładam na podpórkę i to od razu daje efekt. Kolejny gucio zasila moje konto – nie pamiętam kiedy ostatni raz upolowałem jakiegoś z ręki.

Pogoda nieznacznie zmienia się. Powietrze jakby oczyściło się, jest zupełnie inaczej, tak bardziej rześko. Niestety, zdaje się, że na ryby ta zmiana nie wpływa najlepiej, bo wszystko się ucina. Sprawdzam Przelew z obu stron i ponownie Nowe, ale Rzeka jakby wymarła. Sprawdzam jeszcze miejsce powyżej Starego Mostu. Tyle razy tu próbowałem w przeszłości, amiejscówka, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda bardzo fajnie, to prócz sporej liczby płotek, uraczyła mnie tylko raz guciem i raz niewielkim kleniem. Od razu takie niepłotkowe raczej branie, ale zacięcie jest puste. Drugie już skuteczne i cóż to za przeciwnika mam na wędce ? Najpierw wyglądało na niezłą płotkę, ale już po chwili zaczynam podejrzewać, że to ten, którego nie złowiłem od pięciu lat, czyli kolega Jazio. Po chwili jest potwierdzenie.

A to niespodzianka. W doskonałym nastroju wracam do Nowego. Skoro są jazie, to może spróbuję na groch ? Tak też czynię. Od razu puknięcie. Zaraz, przecież na groch nie ma puknięć ? Spławik spokojnie odjeżdża. Po zacięciu ryba opływa trzciny od strony otwartej wody – podejrzewam, że to grasancik, ale przy brzegu okazuje się, że to ponownie Johny.

Dwa jaśki w pięć minut – to się zdarzyło po raz pierwszy. Z przekory zarzucam jeszcze raz. Ponownie klika puknięć i niezbyt zdecydowanych brań. Podejrzewam niewielkie kleniaki. Jest w końcu trochę bardziej zdecydowany odjazd, zacięcie, po którym delikwent wyskakuje z metr nad wodę…

Teraz Nowe przechodzi już do historii – cała Trójca (gucio + John + grasant) złowiona w jednym miejscu, jednego dnia, a do tego w przeciągu niecałej godziny… Jest jeszcze jedno delikatne branie i wszystko uspokaja się. Kończę koło dziewiętnastej wraz z rozpoczynającym się niewielkim deszczykiem. Tak, to zdecydowanie był ten dzień, na który czekałem… A oto Nowe w całej okazałości.

Dzień dziesiąty

Dzisiaj dzień bez Mamy, więc wykorzystuję południową drzemkę małego Mistrza i melduję się nad rzeką w teoretycznie najgorszą możliwą porę dnia. Nie liczę na zbyt wielkie sukcesy. Na miejscu orientuję się, że jestem bez podbieraka, ale oceniam, że w razie czego we wszystkich miejscówkach powinienem sobie raczej poradzić… Zaczynam oczywiście w Nowym – jest kilka puknięć. Z resztą na nic więcej niż na płoteczki o tej porze dnia raczej nie liczę. Idę sprawdzić Przelew. Strona południowa powoduje, że stan rywalizacji zmienia się na 0:5. Teraz zaczyna mnie to już bawić… Idę sprawdzić jeszcze Ostrogę, ale tam zupełna studnia. Wracam do Nowego. Tylko niemrawe puknięcia. Wpadam na pomysł, że może spróbuję za trzcinką bardziej po lewej stronie, niżej z biegiem rzeki. Wygląda po chwili, że da się łowić – są jakieś delikatne zaczepy, ale to tylko trzcinki. Jest i trochę bardziej porządne, płotkowe branie i…

…niespodzianka w samo południe. Udało się bez żadnych problemów bez podbieraka. Zarzucam teraz już standardowo w główny nurt i melduje się płoteczka. Sprawdzam jeszcze miejsce powyżej bez efektów, wracam na sam koniec do Nowego i doławiam na koniec jeszcze dwie płotki. Całkiem nieźle jak na południowe łowy.

Dzień jedenasty

Ponownie dwie godzinki od południa. Scenariusz dnia poprzedniego powtarza się za wyjątkiemgucia, czyli teraz to już 0:6 oraz trzy płoteczki, z czego jedna już całkiem, całkiem…

Dzień trzynasty

To już dzień ostatni. Wczoraj w od rana do wieczora tzw. opad ciągły. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Trochę chmurek, bezwietrznie, idealna temperatura, zaczynam coś przed siedemnastą. Przykrą niespodzianką wita mnie Nowe. Tak jak podejrzewałem, od przedwczoraj stan wody podniósł się o kilka centymetrów i wędki już się utrzymać za trzcinką nie da. Męczę się chwilę, próbuję trochę w dół rzeki, ale nic się nie dzieje. Idę na Przelew, zakładam groch i już w myślach zaczynam się śmiać. Po minucie jest branie, zacięcie, odjazd, ale ryba pozostaje na haczyku ! Dwa ruchy korbką, nieduży kleniak pokazuje się tuż przy powierzchni, po czym… 0:7. Idę na drugą stronę i próbuję atakować Nowe z drugiej strony. Wielokrotnie wcześniej już tam łowiłem. W większości zdobyczami były płotki – raz upolowałem gucia i raz ładnego klenia. Dzisiaj meldują się tylko Moby-Dicki. W końcu spławik powolutku, ale bardziej stanowczo zaczyna się przesuwać z nurtem. Zacięcie i ryba spływa kilka metrów w dół rzeki, po czym zaczyna murować do dna ?! Takich cudów tu chyba jeszcze nie było. Czyżby jakiś zagubiony prosiaczek ? Powoli idzie do góry, po czym znowu kilka metrów odjazdu i znowu murowanie. Zaczynam powoli czuć rękę, a to przecież upłynęły ledwie 2-3 minuty walki. W końcu udaje mi się obejrzeć mojego przeciwnika. To kleniak, na oko co najmniej półmetrrowiec, ale żyłkę jakoś tak dziwnie zahaczył sobie pod skrzela, stąd ten niesamowity opór. Po chwili żyłkę udaje mi się odplątać, co znacznie ułatwia sprawę i grasant kapituluje.

Nie wiem czy to mój największy kleń, czy większy był ten z Przelewu dwa lata temu. Z całą pewnością ten jest dużo bardziej kształtny niż tamten brzydal z chudym ogonem… Całkiem niezła rybka na pożegnanie, ale przecież jeszcze ponad godzina przede mną. Robię rundkę po wszystkich miejscówkach po czym wracam oczywiście do miejsca, gdzie złowiłem rybę. Niestety, wszędzie tylko pojedyncze puknięcia. Sprawdzam jeszcze Przelew, ale nie jest mi dana ósma szansa… Łowienie kończę powyżej Starego Mostu, gdzie na do widzenia łowię trzy płotki w jednym rozmiarze.

Przelew pozostał zaczarowany, klątwa nie została zdjęta. To mam nadzieję uczynić następnym razem…

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Faktycznie już mi zaczynało brakować kwantylowej ręki i charakterystycznej prezentacji ryb :) Na szczęście ani z Bzurą ani z Autorem nie jest jeszcze najgorzej. Gratulacje za gucie, jasie i grasanty!
pogratulowac ja kolejny dzien walccze ze spinem nad warcianka i tylko drobnica a ladniejsze rybki namierzone jednak sprytniejsze niz ja
Hubert. Na ryby jeździ się nad Rzekę a nie na jakieś żabie potoczki :grin
Dokładnie, brakowało tych relacji znad Bzury. Gratuluję ryb i znalezienia wolnego czasu :)