- To dla kłusownika najlepszy czas, on też myśli, że straż nosa z domu nie wyściubi, a nawet jeśli, to z samochodu nie wyjdą, tylko się po okolicy przejadą - wyjaśnia.

Zajeżdżamy po strażnika, który ma kilkuletnie doświadczenie z czasów zatrudnienia w PSR. Do bagażnika dochodzą dwie "koty" - do stalowego wałka z oczkiem na linę w połowie dospawane są krótkie wąsy, które zbiorą podczas trałowania każdą sieć i sznur kłusowniczy...

Ciemno, zimno, dżdżysto. Przed 20.00 docieramy na miejsce. Przejeżdżamy powoli przez most. W opłotkach jakaś grupa młodzieży przygląda nam się podejrzliwie, bo wleczemy się jak dyżurny radiowóz. Boguś zatrzymuje się - pyta o kogoś, jak normalny człowiek na obcym terenie. Taka tu nie mieszka, słyszy w odpowiedzi. No bo jak ma mieszkać, skoro nazwisko przed chwilą wymyślił. Zmyła taka. Te zmyły zresztą towarzyszyć nam będą do końca - będą okrzyki o siku, o kupce i o pięknie nocy (to już przegięcie). Kiedy strumieniem z reflektora poświecimy na drugi brzeg, będzie coś o bobrach i fascynacji przyrodą. Że głupawo to wygląda? Może i głupawo, ale okazuje się skuteczne.

Długi spacer brzegiem Pisy. Po 200 metrach odstaję, dziś już nie mam siły łazić. Koledzy oddalają się, ich głosy cichną, jeszcze tylko widać ogniki papierosów, czasem mignie ostre światło szperaka. Bez sensu, myślę, wypłoszą kłusola... Ale po chwili przestaję myśleć o czymkolwiek. Jestem sobie ciemną i niemiłą nocą nad gadającą rzeką. Szemrze, strumieni się na powalonych przez bobra olchach. Ale i ten szmer, i wiatr w gałęziach, i szelest drobnego deszczu są przecież ciszą, której nie słyszałem od jesieni ubiegłego roku. Na dobry kwadrans i ja staję się tą ciszą. Chce mi się palić, ale wstyd było by mi szczęknąć w tej ciszy zapalniczką. Wtopiłem się w ten świat, w tę noc...

***

Wracam do rzeczywistości, kiedy z daleka słyszę głosy kolegów. I już wiem, czego mi brakowało w tej ciszy - choćby pojedynczego chlupnięcia ryby. To pierwsza dekada kwietnia, coś powinno chlupać. Tym bardziej, że okolica znana jest z potężnych boleni. Pod mostem, którego dzisiaj pilnujemy, wielkie piskie bolenie co roku się wycierają - to one mają być łupem kłusowników... Skłusowana ta rzeka do tego stopnia? Myślę sam do siebie - a może to ochłodzenie zegnało ryby na głębiny.

Wracamy, trochę się wlokę, pozostaje przy mnie Adam Wądołowski, gadamy leniwie, głównie o tym, że jest, mimo deszczu, pięknie i o swoim wędkowaniu. Pewnie Darek powiedział, że mam kłopoty z chodzeniem - robi mi się miło, że ktoś jest koło mnie. Wdrapujemy się na most, idziemy do auta. Zaludniamy samochód, niby wchodzimy wszyscy, ale w pewnym momencie widzę, że jest nas tylko trzech. Odjeżdżamy dość ostentacyjnie - ze 100 metrów robimy na niskim biegu i na długich światłach. Cała wioska słyszy, że nas zaraz tu nie będzie...

Adam został, przycupnął gdzieś wysoko w krzakach. Moknie i marznie, nie pierwszy i nie ostatni raz. My przystajemy w lesie jakieś 2 km od mostu. Bez towarzystwa rzeki noc znów robi się paskudna. Mija godzina. Mija druga. Ja nie wierzę w tych kłusowników.

Nie sprawdziliśmy łączności. Komórki Adama i Bogusia nie mają wzajemnego zasięgu. Już po akcji Wyszyński dopisze do wydatków w najbliższej przyszłości przynajmniej 3 porządne radiostacje osobiste...

***

Adam usłyszał głosy na obu brzegach, potem chlupot, jakby coś ciężkiego wrzucono do wody. Potem jakby ktoś wchodził do rzeki i to coś wyjmował. Pisa w tym miejscu ma niespełna 25 m szerokości. Przerzucenie ciężarka na cienkiej lince nie jest problemem - potem przeciąga się siatkę. Adam jest zawodowcem, a żaden zawodowiec bez kałacha nie interweniuje w pojedynkę. Komóra melduje brak zasięgu. Strażnik musi wyjść wyżej - mimo to nie może skontaktować się z Bogusiem. Dzwoni do Goduli, który ma telefon innego operatora - ale musi wyjść na most. Głos niesie po wodzie...

Kiedy dociera do nas wiadomość od Mirka o kłusownikach na moście, Boguś pali gumy. Te 2 kilometry robimy z prędkością nadświetlną. Ale po kłusolach został tupot nóg i kląskanie gumiaków na podmokłej łące. Komórka piękna sprawa, ale tylko jak trzeba zadzwonić po adwokata. Bez radiostacji klops...

Ale nie całkiem klops - sieć rozsnuta do połowy, reszta w worku. Porządna sieć, nowiusieńka drygawica mocno przeciążona nowymi ciężarkami. Stanęłaby 2,5. metrowym płotem nad dnem - w samym boleniowym tarlisku. Do przedświtu mogłaby się zapełnić rybami.

- 300 zł mają w plecy - mruczy ktoś. Faktycznie, siatka jest profi i nowiutka. Kolejna znajdzie się w magazynie zdobyczy. To prawie dziesiątka siatek od poniedziałku do soboty.

Na moście pojawia się jakaś babeczka. Koperkowa, rozmowa, "a umówiłam się tu z kimś" - szczebiocze stworzenie. Łomżyniacy stawiają scotcha przeciw winku, że babeczka przysłana na przeszpiegi. Odjeżdżamy. Mamy z Darkiem dość dzisiejszego dnia - ale i dumni jesteśmy, bo choć siatka to nie kłusole złapani na gorącym, ale przecież łobuzy nie rozsnują już tej drygawicy między brzegami Pisy, a wieść gminna poniesie, że woda jest pilnowana.

My mamy dość, ale Boguś z Adamem dopiero się rozkręcili. Zajeżdżamy po auto Dariusza i już w dwa samochody z załogami mieszanymi - łomżyńsko-warszawskimi - jeździmy po wioskach nad Narwią, strasznie świecąc szperakami po brzegach i po wodzie. To tutaj poprzedniej nocy złapany został na gorącym kłusownik i stracił siatki oraz łódkę - to ten od dygotania po zobaczeniu cennika za kilo ryby, o czym było w części pierwsze opowieści.

***

To świecenie to pokazówka. Żeby było wiadomo, że akcja poprzedniego dnia nie oznacza swobody kłusowniczej następnej nocy. Na wodzie nie zauważamy nikogo, stresujemy tylko biedne parki w samochodach zajmujące się tym, czym zajmuje się ogier w gospodarstwie, w którym nocujemy. Około pierwszej z Darkiem robimy bunt na pokładzie - chcemy jeszcze pogadać z Mirkiem Godulą i połowić jutro w Skrodzie. Zima zamordowała w nas pęd do przygody i kondycję - spaaać się nam chce.

Odstawiamy do domu Adama, wyrywamy Mirka z drzemki, Boguś odjeżdża. Do domu mu się śpieszy...

Na drugi dzień, już nad Skrodą dowiemy się telefonicznie, że nie wytrzymał i sam pojechał do miejscowości Ptaki, czyli na następny most na Pisie. Kłusowników zastał przy robocie, spróbował solowej interwencji. Ledwo udało mu się uciec.

- Z życiem ledwie uszedłem - mówi i obiecuje, że drugi raz nie będzie tak nieprofesjonalny. - Już nigdy nie zrobię takiej głupoty...

Dzwoni do nas z policji, gdzie składa zawiadomienie o przestępstwie w Ptakach.

My od Mirka, po poważnej, ale dość pośpiesznej rozmowie wracamy do Taraskowa. Zjadamy cośkolwiek, wypijamy ogrzewacza i zasypiamy jak kamienie.

PS. Wczoraj Boguś nam powiedział, że dzisiejszej nocy - po sygnałach z terenu - miała odbyć się akcja aż w 4 miejscach, na 2 patrole z pomocą uprawnionych instutucji. Przed chwilą obudziłem Wyszyńskiego - z głębokiego snu. Na Narwi w dole od Łomży kłusownicy są już ostrożniejsi, ale przy Lesie Jednaczewskim poległa jedna siatka, jedna łódka i jeden kłusownik.

- Ja im nie dam odpocząć, ja ich wpędzę w psychozę - zapewnił mnie zaspanym głosem. - Ale teraz jeszcze pół godzinki się zdrzemnę...

To nie koniec opowieści - ostatni odcinek jutro.
Będzie o planach na najbliższą i najdalszą przyszłość.


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

Argrabi:
Jakbym jakiś film sensacyjny oglądał.....
Papoot:
Tak, "Akwen Eldorado". Tam też zew pełnej siaty był na tyle silny, że kłusole nie wahali się nawet przed popełnieniem najgrubszych przestępstw. Może zamiast krótkofalówek bardziej zasadne byłoby zaopatrzyć się w jakąś pukawkę. Chociaż nieee. Wszak *kto mieczem wojuje, od miecza ginie*.
stefan:
Hmmmm... zaczyna mi sie to podobac :)
Papoot:
Skoro *gen łowiecki* jest tak silnie i tak masowo zakorzeniony wśród mieszkańców tamtejszych wiosek, że bez mrugnięcia okiem mogą zaciukać natręta przeszkadzającego im w rybobraniu, trzech gości i trzech zatrudnionych przez nich ochroniarzy powinno przypadać na każde 10 km każdej rzeki, a nie na taki hektar wody, jak ten wzięty w użytkowanie. Paaanie, tos to zabawa w kotka i myszkie!
Argrabi:
Niekoniecznie... Żeby wyeliminować drobne kłusownictwo przemysłowe, to wystarczą działania prewencyjne. Tych kilka osób może pojawic sie każdej nocy w wielu miejscach, zrobic szum. I to robią w przeciwieństwie do opisanych przez sołtysa "akcji niedzielnych", kiedy to ekipa płynie z punktu A do punktu B i ani metra dalej, bo bak suchy, a nastepny wypad planowany jest za trzy tygodnie.... Kilka wyroków sądowych także zadziała odstraszająco. A "grubym rybom" można lobic naloty na dom, obserwacje, wezwania. Narzedzi jest wiele, o czym "prywaciarze" dobrze wiedzą i nie wahaja się po nie siegać.. Bez biadolenia na "znikoma szkodliwość społeczną". Jeśli do tego dojdzie akcja edukacyjna, jeżeli powstanie agroturystyka dla wędkarzy spragnionych pstrągów, to kłusownictwo bedzie na "cenzurowanym". Jednak by to osiagnać, trzeba sie naprawdę mocno napracować - i to nie tylko w sposób opisany w tym artykule.
jaj:
Dzisiaj Wyszyński znów jedzie, właśnie pytał mnie, jakie buty na grubej izolacyjnej podeszwie uważam za najlepsze na kolejną noc spędzoną w łodzi...
Papoot:
Obyś miał rację. Co prawda uważam, że edukacja funta kłaków niewarta w odniesieniu do ludzi, którzy z dziada, pradziada drygawicę na rzeczce za płotem stawiali i traktują ją jako integralną część swojego sioła. To już prędzej pieniążki za przyjmowanie letników czy prowadzenie budy z pierogami mogą im przemówić do wyobraźni. Chociaż nasz rodzimy przemysł turystyczny stoi zasadą *jak najmniej włożyć, jak najwięcej wydoić*, o czym przekonałeś się w Darłówku. Maksyma ta sprawi, że zainteresowani jeszcze długo nie będą chcieli dostrzegać kolizji między drygawicą a budą z pierogami.
jaj:
Muszę zaprotestować - przemysł turystyczny może i stoi, ale nigdy jeszcze nie odczułem lekceważenia klienta w żadnym gospodarstwie agroturystycznym, w którym stawałem. A jako wędkarz wędrowno-cyganeryjny stawałem w bardzo wielu.

I co do edukacji - nad strugą dzieci po prostu nie wiedzą, co wolno, a czego nie wolno, nie wiedzą też, czym może być obecność pięknych ryb w wodzie. Bo nikt im tego nie powiedział. Nie wiedzieli też o tym nasi gospodarze, choć intuicyjnie gonili sąsiadów z robalami przynajmniej od tego odcinka, który przebiegał za ich stodołą.

Zauważ przy tym, że nie używa się tu słowa REEDUKACJA, bo to jest rola klawiszy w więzieniach i programów penitencjarno-resocjalizacyjnych. Używamy terminu edukacja - czyli nauczanie normalnych ludzi, którzy o tym wszystkim najzwyczajniej w świecie nigdy nie słyszeli, bo nikt im o tym mówić nie miał ochoty.
Papoot:
Nie o edukacji pacholąt prawiłem, ale tych starszych, którym już ości z polików wystają. Nakierowanie na właściwe tory tych pierwszych jest ze wszech miar słuszne, ale to inwestycja która zwróci się w dość odległej przyszłości. A jednym z warunków powodzenia przedsięwzięcia na Pisie i Narwi jest to, żeby rybki przestały wyparowywać raczej szybciej niż później. A parują za sprawą tych drugich. Nie wątpię też, że w odwiedzanych przez ciebie gospodarstwach agro byłeś podejmowany jak królisko. Sam tak byłem podejmowany. Ale nawet najbardziej gościnny gospodarz lubi sobie nierzadko, oporządziwszy krówki i inną gadzinę, zajść nad wodę i obadać moczący się żak.
Artur:
A kto powiedział że następny za trzy tygodnie, proszę o dzokładne czytanie i rozumienie co się czyta, i ze swoim wtórnym analfabetyzmem bym się nie obnosił, jak to ktoś kiedyś powiedział lepiej się nie odzywać i sprawiać wrażenie i...... niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości. Wracając do tematu, ostatnia akcja SSR razem z PSR zakończyła się dzisiaj przed 9-ą rano, całonocna akcja, w ostatnim czasie zawsze ktoś jest na wodzie dzień i noc na przemian SSR, PSR, Policja oraz mieszane, zawsze z łodzi i z brzegu, a w kwestii nalotów. Wyjasniając po polsku, Każdy zatrzymany na Na gorącym uczynku kłusownictwa czyli z siatą, żakiem, sznurem tudzież innym narzędziem Rybackim, nie mając na nie zezwolenia ma robiony kipisz w domu, a jeśli istnieje uzasadnione podejrzenia że również jego syn, ciotek, pociotek czy inna osoba również brała - bierze udział w procederze kłusownictwa, u niej też robiony jest kipisz zgodnie z prawem na podstawie nakazu prokuratorskiego, i nie musi to być "gruba ryba". A już tak nawiasem całkiem, nam groziła susza w baku, a tu zawiodła telefonia, w jednym i drugim przypadku złośliwość rzeczy martwych, więc nie wiem co za anse że zabrakło paliwa i dopłyneliśmy do punktu B.
sacha:
Szczebioczące stworzenie nie było raczej damą
ponieważ zioneło okrutnie winem rocznik 2005.
O tym kim jesteśmy poinformowało nas w słowach
które damie przez gardło by nie przeszły.
ted:
Ciekawe ile tak można uganiać się i kiedy czas na odpoczynek. Z drugiej strony wiem, że jak to się robi, bo się lubi, to nie ma ciężko. Życzę im zdrowia, i aby nigdy nie zwątpili to kiedyś będą z tej ciężkiej harówy owoce, a inni będą przyjeżdżać w te okolice właśnie na ryby.
Bombel:
Rzecz w promocji przedsięwzięć czy jednostkowych działań. Więc pozostaję dość sceptyczny.

Jacku, Twoja relacja to bardzo maleńki wycinek. Ładnie podany. Zakładam, że takie działania prowadzone są i będą w w podobny sposób. Ale - czy na codzień?
To jedna akcja, na niedalekiej Pisie. A gdzie kilkadziesiąt kilometrów Narwi? Z jej dziesiątkami starorzeczy?

W zaprezentowanych działaniach nie widzę niczego dziwnego, zaskakującego czy w jakiś szczególny sposób wyjątkowego. To normalka. Rzecz jedynie w tym, że zostało to zaprezentowane publicznie.

Takie same działania, którym niestety brak medialnego nagłośnienia, stają się coraz częstsze. Wystarczy wspomnieć nieśmiałe informacje z Wielkopolski, ze Śląska czy - sprzed dwóch miesięcy - znad Łeby (tu: http://www.wcwi.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=5130 ).

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Szczególnie, że dla potrzeb - nazwę to - po części reklamiarskich (a co? Wawka przyjeżdża, wędkarskie tuzy ugruntowane medialnie!), trzeba było się wykazać.

Czekam na część trzecią. Po pierwszej - zacząłem wierzyć (i cieszyć się), że Darkowi powinien będę butlę łyskacza [też czyściochę stawiam ponad wszalakie bimbrozje bejcą doprawiane:-)]. Po drugiej - sprawę uważam za ciągle niejasną. Bom na reklamy nieczuły i tylko namacalny konkret jest w stanie mnie przekonać.

Z ogromną ciekawością zapoznam się z planami, które obiecałeś przedstawić. Nie po to, by kolejny raz się po nich "przejechać". Po to, by spróbować się doszukać argumentów, które w niebyt odpędzą moje czarnowidztwo. A ono, mimo moich chęci, ciągle góruje ponad Twoim, i nie tylko Twoim, optymizmem.
jaj:
Dziesiaj, niestety, slowa nie dotrzymam. Miałem rano pracę, a potem byłem na rowero-rybaczh. Miałem napisać tekst jutro rano, choć zaczynam się zastanawiać czy warto, skoro reportaże odbierane są jako reklamiarskie. Zapewne więc sobie odpuszczę, pozostawiając ten kawałek informacji gospodarzom Narwi na stronę internetową, jeśli będą chcieli ją mieć. Mi się odechciało.

W tym roku na Narwi zdjęto łacznie 51 sieci - to zasługa przede wszystkim miejscowego PSR.
Jak na razie od zeszłego poniedziałku akcje antykłusownicze przeprowadzane są codziennie - niekiedy w dzień, niekiedy w nocy. I natychmiast, jeśli jest cynk od ludności.

Strażników-ochroniarzy mienia jest już 4 plus szalony BOW. Dojdzie jeszcze zapewne patrol łososiowy.

O każdej akcji zawiadamiany jest posterunek PSR i gliniarze. W niektórych biorą udział bezpośredni, w innych dojeżdżają.
Bombel:
Jacku, a jednak ciągle mam nadzieję, że słowa dotrzymasz.
Nie w reklamiarstwie rzecz, a w rzetelnej prezentaci. Skoro chwalisz (a chwalisz) - dokończ waść.

Jestem przekonany, że bardzo wielu userów będzie tym zainteresowanych. Nie tylko takich jak ja, co to się czepiają:-)

Spójrz może z tej strony: w Łomży i okolicach jest kilka (albo i kilkanaście) tysięcy wędkarzy. Trochę takich, którzy do netu podłączeni. Ci nasi "bracia po kiju" są teraz w kropce: płacić czy nie? Ufać czy nie?
Wszak nie mają teraz wyboru łowisk, o ile nie podejmą się pielgrzymowania na wody powszechnie dostępne. Co dla wielu będzie niedostępne.

To w dużym stopniu zależne od informacji, które zostaną wchłonięte i dalej przekazane przez "usieciowionych". W prosty sposób przekłada się to na przyszły sukces lub klęskę nowych gospodarzy.
Ba! Samo nagłośnienie akcji antykłusowniczych ma spore znaczenie! Jak najbardziej pozytywne. Za rewelacyjny i możliwie jak najszerszego upowszechnienia godny uznaję cennik (po raz pierwszy to zobaczyłem) za skłusowane ryby. Co też szalenie wiele daje do myślenia. Również organom ścigania i tzw. wymiaru sprawiedliwości.

Ja, w pyszczeniu moim, nie osądzam, nie feruję wyroków. Tylko prezentuję własne opinie, całowicie subiektywne. Z którymi każdy może polemizować. Mało tego! Otwarcie i szczerze deklaruję, że chcę się dać przekonać! Że kciuki trzymam za dobrą przyszłość tamtych wód. Więc szukam umocowań, podstaw - do wiary. Którą cholernie mocno chciałbym w sobie rozbudzić.

Zaliczam się do tych najtrudniejszych do przekonania. Do wiary "na gębę" i dawania kredytu zaufania. Ale... przecież to tylko Bombel z z jego porąbaną nieufnością. Tymczasem - po innych komentarzach widać, że pozostaję w zdecydowanej, niemal marginalnej mniejszości. Więc po co się moim czarnowidztwem i pyszczeniem przejmować?

P.S. Jak wiślane jazie?
sacha:
Tak jak Jaj gdzieś napisał:Bow w tym odcinku Narwi i Pisie widzi swoje przez co najmniej 15 lat
z możliwością przedłużenia,coś gadał że synowie bedą mieli najwyżej.Wygląda na to że tak jak
większość ludzi podchodzi do tematu,dba o swoje.
Czy to jest dziwne?Ja też próbuję coś zrobić na działce żeby było przyjemniej a na kląbach w np.
Łochowie mogą pokrzywy rosnąc-jest mi to obojetne.
Bombel:
To nie dziwne. To cenne. I konieczne. By o swoje dbać. Rzecz w tym, że to nie Bow & Co. jest właścicielem. To tyko dzierżawcy. Którym państwo puściło w dzierżawę własność jak najbardziej państwową. Czyli naszą. Twoją i moją jak najbardziej.
Oni mają więc na tym zarabiać na swoje utrzymanie (lub dla spełnienia własnych marzeń, co było powiedziane). Czego nie uczynią bez naszej kasy za licencje. Lub - w ekstremalnym przypadku - bez ostatecznego wyrybienia wody.

Gwarancji więc szukam, a przynajmniej wiarygonych zapewnień, że czarny scenariusz, chyba głównie przeze mnie kreślony, się nie sprawdzi. I że obiecane dobro stać może się faktem.
Chyba nie za wiele oczekuję?
slawek:
Nie zalamuj sie Jacek.
Bombel juz taki jest:-) Czlowiek elementarnie nieufny i podejrzliwy:-)
Rzecz jest ciekawa i bardzo wazna na polskim "wedkarskim rynku". I niezaleznie od koncowego rezultatu warto sie jej przygladac.
Jesli odniosa sukces, maja szanse wytyczyc nowe perspektywy w zarzadzaniu wodami. I to jest bodaj najwazniejsze w tej inicjatywie.
jaj:
Sławku, po prostu mi się odechciało. Pojechaliśmy z Darkiem połowić - tymczasem przez te 2 dni łowiliśmy łacznie ok 4,5 godz, a na nogach byliśmy nardzo długo. Zeby napisac te 2 teksty, ukradlem moim klientom prawie 8 godzin. Nie chce mi się poświęcać kolejnych 4 na następny artykuł. I mam prawo do niechciejstwa. Z pewnością GRRP będzie miało stronę internetową - wcześniej czy później. Za kilka lat będzie się można przekonać, czy miałem rację, dając ludziom kredyt zaufania. Cokolwiek bym w tej chwili napisał - pozostanie reklamiarstwem.
slawek:
Jacku rozumiem Twoje rozgoryczenie i zmeczenie.
A jednak prosze i mam nadzieje, ze napiszesz nam o tej rzece i tych ludziach.
To jest wazna sprawa dla ludzi z tego portalu.
Licze, ze bedziesz o tym pisal teraz i w przyszlosci. Mamy tak malo przykladow pozytywnych dzialan lub prob takich dzialan. Brakuje tego jak powietrza.
rybal:
Jaj pisz dalej! Z duża przyjemnością czytam te relacje tym bardziej, że miałem okazję poczuć na własnej skórze i kościach, jak smakuje zawód „terenowego” ichtiologa. Znam to uczucie przyjemnego zmęczenia, permanentnego braku snu, ciągłej gotowości do działania i dzikiej satysfakcji z przebywania w terenie... Pisz więcej.
Patrząc przez pryzmat własnych doświadczeń, uważam, że walka z kłusownikami w tym tereni będzie bardzo trudna. Jeśli tubylcy nie będą zaangażowani w te lub inne działania na własnym terenie, to walka z kłusownictwem będzie skutkowała eskalacją zjawiska oraz będzie napędzała „wyścig zbrojeń”. W Projekcie zatrudnienie znajdzie może tylko kilku lokalnych kłusowników. Z jednej strony zwiększy skuteczność zwalczaniu kłusoli, z drugiej wywiążą się kolejne konflikty klanowe. Aby wytępić te zjawiska potrzeba kilku pokoleń albo wysiedlenia całych wiosek.
Na autochtonach ( i nie tylko) ciąży stale utrwalane przeświadczenie, że to są „ dobra ogólnonarodowe” i każdy ma prawo z nich korzystać. Czym to w praktyce skutkuje, to przykładów jest aż nadto.
Pocieszające jest to, że okres dzierżawy wynosi 15 lat, a nie mniej. W ostatnim okresie głównie dzięki „działaczom wędkarskim” okres dzierżawy skrócił dość znacznie (10 lat), choć były postulaty by wynosił 5 lat. Paradoksalnie, najwięcej stracili na tym właśnie ci „działacze”. Niestety za późno zrozumieli, że „wypożyczanie” wody na kilka lat prowadzi tylko w jednym kierunku...
Generalnie uważam, że trzeba mieć serce i pasję aby ciągnąc takie przedsięwzięcia. Z praktyki wiem, że żaden „prywaciarz” za „wyrybienie wody” jeszcze na Seszele nie pojechał i długo nie pojedzie....
Jaj, na jeszcze kilka odcinków serialu to czas znajdziesz
Tomek
jaj:
Tomku, w przepisach wykonawczych - i to wywalczyli właśnie działacze PZW - jest zapis, który mówi, że jeśli RZGW karnie nie rozwiąże umowy, do czego ma prawo, czyli wysoko oceni i zaakceptuje działanie dzierżawcy, to ów po 14 latach może złożyć list intencyjny i dostanie dzierżawę na kolejne lat 15 bezprzetargowo. Godulici myślą więc raczej 30. letnim biznesplanem. A stać ich na to, żeby bez kwot z licencji, na Seszele sobie pojechać.
rybal:
Jasne. Godne to. Nie wchodźmy jednak tak głęboko za kulisy – pierwotnie było 30 lat, miało być 5 lat ... ktoś otrzeźwiał jest 15 lat + ekstra 15 lat. :)
Tomek
Tak na marginesie cieszę, że są jeszcze ludzie w kraju, którzy chcą coś zrobić w „branży”, a nie szukają wirtualnych problemów.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy