Od pierwszej chwili wiedziałem, że go nie będę lubił. Spojrzał pogardliwie na moje wędziska, łaskawie wysłuchał tyrady o tym, jak fajnie będzie wysunąć szczytówkę gruntówki przez otwarte okno kabiny na barce hotelowej i zalec na koi w oczekiwaniu na dzwonek sygnalizujący branie. Utwierdziłem się w tej antypatii od pierwszego wejrzenia, kiedy wieczorem spytałem jednego z marynarzy o to, gdzie się na noc wybiera łodzią bagromistrz.

- Jak to gdzie? - Zdziwił się niepomiernie. - Sznury stawiać... Zaraz wróci, rano po rybę popłynie i poda wam na śniadanie. Tak mówił. Gulgnęło mi w gardle, ale nic nie powiedziałem. Przyjechaliśmy tu pracować, nie zaś oceniać ludzi i egzekwować wędkarskie regulaminy. Przez pięć dni mieliśmy kręcić materiały do telewizyjnego reportażu o życiu wiślanych wodniaków, takiego co to naprawdę, głęboko i w ogóle.

Przy okazji - tak sobie myślałem - połowię sobie jak prawdziwy wodniak. Zawsze przecież kiedy mijałem przycumowaną do brzegu koszarkę straszliwie zazdrościłem marynarzom śródlądowym możliwości łowienia ryb niemalże w pracy, a już na pewno po zejściu z jednostki roboczej. Więc kiedy rozłożyliśmy graty i obgadaliśmy z ekipą plany na jutro, a operator kamery rozłożył się wygodnie na koi obok, natychmiast uzbroiłem dyżurną gruntówkę i posłałem zestaw przez okno kajuty.

Bagromistrz, mój wróg

Obudził mnie operator wyzywający mnie od najgorszych. W nocy dosłownie zeżarły nas komary wlatujące całymi chmarami przez szeroko otwarte okno. Nie obudziły nas, jako że wrażenia i kilkugodzinne błądzenie po nadwiślańskich wertepach, zanim znaleźliśmy pogłębiarkę i barkę hotelową, spuściły na nas sen nie do obudzenia.

Co miałem robić, przeprosiłem, obiecałem flaszkę na ukojenie ran, ale natychmiast po tej ekspiacji rzuciłem się do swojej gruntówki. Oczywiście ryby nie było. Gorzej, na haku smętnie zwisał pęczek przesmacznych dendroben najgrubszej numeracji. W salce jadalnej pani Zosia, pełniąca rolę całego personelu hotelowego w jednym, podsunęła całej ekipie talerze z pachnącą rybią smażeniną. Drobno krojone fileciki z sandacza.

- To od bagromistrza - zapiała, jakby danie podsyłał nam japoński cesarz. Spojrzałem w jego stronę. Podniósł kubek z cienką herbatą i uśmiechnął się serdecznie. Warknąłem, ale jak prawdziwy profesjonalista zamachałem do niego rybą na widelcu. Kłusol pieprzony...

A kiedy już płynęliśmy kotwiarką w stronę pogłębiarki, podszedł do nas, spytał o plany, o to, co chcemy dziś sfilmować, w jaki sposób może nam pomóc... Wysłuchał, pokiwał głową, przyjął do wiadomości. Odwołał mnie potem na bok i zabił moją wędkarską dumę jednym zdaniem: - Ja tam nawet nie pytam, czy coś się panu złowiło przez to okno, bo gówno się mogło złowić...

A potem zaprosił mnie na wywożenie sznurów. Znów mi gulgnęło w gardzieli. Dobrze, że silnik kotwiarki ryczał jak Linda w filmach Pasikowskiego i bagromistrz - mój wróg - tego gulgnięcia nie usłyszał. Uśmiechnąłem się serdecznie. Czego to się nie robi dla prawdy obiektywnej, nawet kłusować człowiek jest gotów, żeby tylko tę prawdę poznać.

Codzienna robota. Pływaliśmy kotwiarką wokół pogłębiarki, zmusiliśmy kamerzystę, aby z wąziutkiej płaskodenki zrobił kilka ujęć opuszczanego do wody ssaka. Niby nic, tylko że łódź i panicznie bojącego się wody operatora utrzymywał jednym wiosłem w silnym wiślanym nurcie człowieczek tak wątły, że oczami wyobraźni widzieliśmy pychówkę wtłoczoną pod pogłębiarkę.

Mewy

I znów utwierdziłem się w nienawiści do bagromistrza.

- Niech się redaktor nie boi, Szymuś od trzydziestu lat po Wiśle zawodowo pływa - klepnął mnie rubasznie po plecach.

- A kamerzyście pan to powiedział? - warknąłem.

- A niby po co, przecież prawdy tu szukacie - zaśmiał się i śmiejąc odszedł do bagrowni.

Wieczorem znękany operator bez specjalnego zrozumienia wysłuchał mojej tyrady na temat nieprzyjemności wynikających z racji uprawiania zawodu dziennikarskiego. Był zmęczony, miał pretensje i, zdaje się, w ogóle mnie nie lubił.

- Jak masz taki straszny dyskomfort - zakpił w żywe oczy - to po cholerę z nim płyniesz?

Już, już zaczerpnąłem powietrza, żeby wygłosić wykład o powinnościach, profesjonalizmie i takie tam różne, kiedy dotarła do mnie treść pytania. No właśnie, po cholerę... Więc tylko dyktafon do kieszeni i już mnie nie było.

Rzeka i życie

- Tu nikt nie ma czasu ni siły, by uprawiać wędkarstwo - bagromistrz z niesamowitą swobodą operował czterometrowym wiosłem pychówki i przez cały czas mówił, jak gdyby nadrabiał całą swoją milkliwość, która cechowała jego stosunki z załogą.

- Chociaż jest jeden, co ma wędki i czasami wybiera się na noce jak najdalej od nas wszystkich. Ale to chyba bardziej, żeby uciec won, niż żeby te ryby łapać... Choć przecież łowi, jak ma nie łowić, skoro z rzeką jest zbratany, jak każdy z nas.

Słuchałem, patrzyłem na dno łodzi i na te jego sznury. Inaczej je sobie wyobrażałem, przywykłszy do tej formy kłusownictwa na górnym Bugu i na Mazurach. 50-100 haków, niekiedy nawet dwa razy więcej - taki był standard. Tymczasem sznury bagromistrza to dwudziestometrowy odcinek czteromilimetrowej linki z pięcioma hakami na metrowym przyponie z sieciowego szpagatu. Konkretnie trzy sznury...

Ocknąłem się, co ja sobie, do licha, kombinuję. Trzy czy dziesięć, 50 haków czy pięć, toż to takie samo kłusownictwo, jak i to, które chłopkowi z okolic Gnojnej Góry każe spuścić z prądem trzysta metrów sznura...

- Zmiana na pogłębiarce trwa 10 godzin, zmiany są dwie. Pozostałe cztery to odpoczynek dla maszyn. Robota, jak sami widzieliście, koszmarnie ciężka. Czy się pogłębia farwater, czy wydobywa piasek, uczestniczy w małej czy wielkiej budowie hydrotechnicznej, nie da się wachty przesiedzieć na tyłku. Po tych 10 godzinach rzyga się rzeką i jej sprawami. Milej, przyjemniej, pożyteczniej jest się przespać, przejść się do najbliższego miasteczka czy nawet do wsi, pograć w karcięta w jadalni, czy pogapić się w telewizor. Dla większości rzeka jest takim samym, dokładnie takim samym miejscem pracy, jak budowa, jak pole, jak fabryczna hala. Kto normalny zostaje po godzinach na budowie czy w fabryce...

Zbliżaliśmy się do celu. Bagromistrz pokazał mi jeszcze z pokładu koszarki ogromną śródrzeczną przykosę odznaczającą się srebrzyście na odległym o ponad kilometr rzecznym łuku. Już na niej byliśmy, pióro wiosła zanurzało się najwyżej do połowy, na 40 centymetrów.

- Ze mną jest inaczej, ja pochodzę z Czerwińska, mazowieckiego miasteczka, które od zawsze było przez Wisłę zdeterminowane. To właśnie stąd, trochę jeszcze z Wyszogrodu i z Góry Kalwarii, pochodziła większość wiślanych wodniaków. Nie wiadomo dokładnie, który z moich przodków został po raz pierwszy retmanem. W każdym razie pochodzę z rodu flisów, szkutników, wodniaków i dla mnie rzeka jest sposobem na życie. Zresztą tak samo, jak dla moich czterech braci: dwóch tak jak ja pracuje w Przedsiębiorstwie Budownictwa Wodnego, jeden zbudował elektrownię wodną na Pomorzu, a i najmłodszy, który został zakonnikiem, rzeki nie porzucił i modli się na środku Odry na Ostrowiu Tumskim...

Ja też tę rzekę kocham, chciałem mu powiedzieć. Ale nie powiedziałem. Bo już na pokładzie pogłębiarki ułożyłem sobie tyradę potępiającą kłusownictwo w każdej postaci. I właśnie taki miał być jej początek: ja tę rzekę kocham... W następnym zdaniu miało być o skurwysynach, łobuzach, kłusolach, łachudrach. Marzyło mi się, że bagromistrz, mój wróg, zawstydzi się ogromnie. Nie, nie myślałem, że padnie na kolana, obieca poprawę, przysięgnie, że już nigdy więcej, ale miałem nadzieję, iż przynajmniej nie będzie moich prawych oczu kłuł bezczelnie swoim niecnym procederem.

- Ja tę rzekę kocham - to on powiedział, nie ja. A w chwilę potem:

- No dobra, jesteśmy na miejscu. To ja ci o nim opowiem...

I nawet mnie szlag nie trafił, gdy tak po prostu zaczął do mnie mówić per "ty".

Bagromistrz, mój przyjaciel

- To jest dobrze ustalona przykosa. Nie sypie od dawna. Można stanąć na jej krawędzi bez obawy, że się obsunie, że połknie, jak to ma w zwyczaju każda kurzawka. Kiedy tylko zejdzie stąd wysoka woda, natychmiast swoją noclegownię założą śmieszki, bez strachu, że lada jakie podwyższenie stanu zniesie im tę wyspę. Ustalona przykosa, to dla rybaka cała masa informacji. Po pierwsze, muszą być tu ryby. I to się zawsze sprawdza, są... Po drugie, na czymś ta przykosa musiała się zatrzymać, może na kamienistej rafie, może na iłowej płycie, a może zakotwiczyła się na skraju śródrzecznej głębiny. Więc za nią musi być coś, co lubią ryby: końcówka rafy czy płyty albo wielka głębia.

Zakotwiczyliśmy na skraju. Jasno-ciemno, piach i gwałtowny obryw w ploso; na pomarszczonej podwodnej diunie, mimo dość ostrego nurtu, osadzały się rzeczne resztki. Widać było przytulone do dna kiełbiki i inne maleńkie rybki. Ot, taką ubiegłoroczną młodzież. Bagromistrz, tym razem bez słowa wyjaśnienia zbroił jeden ze sznurów. W kiełbie wyjęte z dużego sadzyka. Raz, dwa, pięć...

Zachód w Jabłonnej

- Pod przykosę podejdą nocą sandacze, może się zdarzyć sum, ale mam nadzieję, że się nie zdarzy, bo pójdzie ze sznurem... Na sam przemiał wejdą wielkie klenie i brzany, które nie pogardzą nawet dużym kiełbiem... Sznur stawiam na przykosie, nie na obrywie, jak podpowiada łowiecki instynkt. Ze względu na suma tak stawiam, czarny rzadko od tej strony wpływa na przemiał. Za płytko, niewygodnie. Zresztą on będzie wolał uganiać się po wierzchu poniżej, nad samym plosem, gdzie zamrą w nocnym bezruchu tysiące wierzchówek...

Dwie spięte drutem cegły powędrowały do wody, kotwica na pokład, dwa zaparcia w wiosło i kolejna ceglana bryła osiada na dnie. Sznur postawiony.

- Z tego miejsca będzie wielki kleń, duży jaź, piękna brzana. To nieprawda, że ryby to niesmaczne. Zośka smaży je w wąskich dzwonkach i zalewa octem w wielkiej kamionce. Przyjdzie wypłata, załoga będzie ze trzy dni piła i kwaśne będzie w cenie. Gdyby nie te ryby, to chyba nic by nie jedli, posłabliby i gówno by było z roboty przez tydzień. A tak, cóż, pochlają, pojedzą i rzeka kaca w godzinę z nich wyciągnie. Więc stawiam te sznury, nawet Zośce cebuli nakroję, kiedy nikt nie widzi...

Spływamy dalej w dół rzeki. Nad głębią bagromistrz robi wielkim wiosłem niczym kanadyjkarz w swoim kanoe. Odepchnięcie, przekręcenie pióra, chwila oporu, z wody... W ten sposób nie musi wiosła przekładać na drugą stronę.

- Smażone filety z sandacza to moja słabość. Mógłbym je żreć na okrągło. I właściwie żrę od chwili, kiedy sandacz wychodzi z tarła, po listopad, kiedy ściągają nas na Żerań. Na śniadanie je jem, Zośka mi je do kanapek wkłada. Tylko obiad jest bez sandacza, ot, przydziałowa zupa regeneracyjna z mięsną wkładką. Bo i na kolację pogryzę tych filetów na zimno...

Zasłuchałem się w gawędę mojego przyjaciela bagromistrza. Zapomniałem nawet, że jesteśmy tutaj na kłusownictwie. Z zasłuchania wyrwał mnie ostry stukot wiosła o podwodne głazy. Wodniak postawił kotwicę, po raz pierwszy przysiadł na ławeczce.

- Rafa, nad którą wpłynęliśmy, ciągnie się środkiem rzeki z dziesięć kilometrów. Dno wyłożone jest grubym żwirem, w którym, jak rodzynki w cieście, zalegają pojedyncze kamienie. I kamienne usypiska zdarzają się tu i ówdzie. A to konkretnie miejsce jest rybacką bonanzą; hektar głazów wielkich jak moja teściowa i kilka wrytych w dno czarnych dębów, tak potężnych, że nikomu się nie udało ich odebrać rzece. To właśnie tutaj zaspokajam kulinarne zachcianki...

Sznur do wody i powrót.

Późnym wieczorem wpadnie jeszcze na chwilę do nas do kajuty. Stanie na progu, popatrzy z rozbawieniem na opartą o statyw kamery gruntówkę z dzwoneczkiem i żyłkę wybiegającą na rzekę przez wąziusieńką szparę ledwo co uchylonego okna i powie: - No to pewnie redaktor po ryby ze mną rano nie popłynie...

A kiedy kiwnę głową, że nie, dorzuci:

- Tak też i myślałem... A ciężarek jak najlżejszy i niech przynęta spłynie pod koszarkę...

Epilog

Zastosowałem się do rady i kilka razy obudził mnie i kamerzystę dzwoneczek gruntówki. Pod barką grasowały nocą wielkie leszcze, z których mieliśmy ogromną radość i mitręgę, bo operator musiał pędzić z podbierakiem przez dwa korytarze i potem po wąskim pokładniku bocznym docierać pod okienko naszej kajuty, z którego zwisałem walecznie.

Z bagromistrzem nie rozmawiałem już prywatnie, ot, zamienialiśmy kilka grzecznościowych zdań dotyczących naszych filmowych oczekiwań. Ale łączyła nas jakaś ważna nić porozumienia i przekonanie, że na wielkiej rzece nie ma jednoznacznych prawd, że tak właściwie to Ona ma swoje prawa i prawdy, które uszanuje każdy w rzece zakochany...

Próbowałem na zwierzenia wyciągnąć drugiego bagromistrza prowadzącego "konkurencyjną" zmianę. Opowiadał o sobie bez oporów. Ukończył technikum żeglugi śródlądowej w Kędzierzynie Koźlu, jego rodzina nigdy nie miała nic wspólnego z wodą. Gdy spytałem go, jakie bogi rzuciły go na Wisłę, odparł:

- Odra, Wisła, Warta, wszystko jedno... Robota i tyle.

Na zakończenie zdjęć wodniacy podjęli nas tak niesamowicie pijaną kolacją, że ledwo wleźliśmy do Forda Transita, który po nas przyjechał. Koniec

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Świetne opowiadanko,dzięki Jacku, można czytać i czytać, samo życie a Wisełka płynie i płynie. Myślę że napewno z góry na Wisełkę spoglądasz bo kochałeś ją :)
Choć na stronie opowiadanie/reportaż tkwi ponad 10 lat - dopiero dzisiaj je przeczytałem. Warsztatowo (ale i emocjonalnie)- czytam, podziwiam Jacku i uczę się. :) Nauka w dość późnym wieku przychodzi, wiadomo - opornie, a to przez nasuwające się własne wspomnienia. Jakże trudno młodym-gniewnym, ortodoksyjnym kolegom wyjaśnić różne zabarwienie kłusownictwa, rybactwa, wędkarstwa. Wszyscy imający się tego ludzie mają różne motywacje, różne kodeksy etyczne lub też niestety ich brak. Czasem zbyt szybko oceniamy odcienie szarości, i ludzi. Czerń i biel są, tak po prawdzie, cholernie nudne. Prawda bywa relatywna. Fajnie o tym piszesz. Dzięki.
Myślę Jacku, że i tam, gdzie jesteś - docierają nasze spóźnione komentarze. Podobno internet dociera wszędzie ... . :)