Wpisana w wiślany krajobraz wieża "Grubej Kaśki" jest najbardziej wysuniętą w rzekę placówką Wodociągu Praskiego. Kilkunastoma drenami pobiera się tu wodę spod dna rzeki. Co prawda ujęcia infiltracyjne znane są od początku stulecia, ale zazwyczaj budowane były na lądzie. Po kilku latach eksploatacji w złożu filtrującym odkładała się masa żelaza i manganu i proces dalszego uzdatniania wody stawał się zbyt kosztowny. Lądowe ujęcie infiltracyjne trzeba było zamykać.

Metodę pobierania wody spod dna rzeki opracował zmarły w 1959 r. Inż. Włodzimierz Skoraczewski. Dziś ta metoda nazywana jest na całym świecie "ujęciem warszawskim". Jej przewaga nad filtrami zagłębionymi w lądzie polega na tym, że na nieuregulowanej nadmiernie rzece występuje zjawisko stałego przesuwania się tzw. rumowiska. Piaszczysto-żwirowe przykosy wędrują z wodą; w ciągu roku potrafią spełznąć 700 m w dół rzeki.

Zapewnia to warszawskim ujęciom stałą, naturalną wymianę złoża. Dodatkowo dwa tzw. "Chude Wojtki", kręcące się stale w okolicach "Grubej Kaśki" i położonych wyżej dwóch ujęć brzegowych, strugami wody pod ciśnieniem spłukują wierzchnią warstwę piasku, tę najbardziej zanieczyszczoną. Wisła natychmiast nanosi kolejną. To znaczy powinna nanosić...

Gruba Kaśka

Kierownikowi Zakładu Wodociągu Praskiego, Bogdanowi Koczko, sen z oczu spędzają wiślane ekstrema. Obumierający, na szczęście, pomysł skaskadowania rzeki śmiertelnie zagrażał ujęciom wody pitnej dla miasta. Wisła skanalizowana zgodnie z założeniami hydrotechników z lat 60. i 70. przestałaby nieść rumowisko, odkładać przykosy, zaś mechaniczna wymiana złoża nad drenami byłaby niewykonalna.

Pozostawienie rzeki naturze także zagraża ujęciom. Przed kilkunastoma laty obszar tzw. wody brzegowej utrzymywany był bardzo starannie. Na szerokości 400-450 m nie pozwalano na tzw. sukcesję roślinną. Dopuszczalne były co najwyżej niskie i ustępliwe plantacje wikliny - wyższe krzaki, nie mówiąc już o drzewach, były natychmiast wycinane. Zarówno pochód lodów, jak i spływ podwyższonej wody, mogły odbywać się całą szerokością koryta brzegowego Wisły. Pozwalało to także utrzymać wyrównaną głębokość i jednostajne przemieszczać się rumowisku.

Nikt dzisiaj nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego prace związane z utrzymywaniem koryta na linii wody brzegowej zostały zaniechane. Faktem jest, że koryto zarosło wysokimi drzewami, co cieszy dziś ekologów i skłania ich do walki o zachowanie "naturalnych lasów łęgowych" rosnących między brzegami. Ich zachwytu nie podzielają pracownicy warszawskich wodociągów. "Porosty" bowiem nie pozwalają przy wysokim stanie wody na spokojny spływ i powodują wcinanie się nurtu w głąb koryta rzeki. Stan taki narusza jednostajne przemieszczanie się piaszczystych ławic. Tworzą się wyboje, doły, a nawet ulegają odsłonięciu dreny.

- Wisła musi być prowadzona rozsądnie - powie Bogdan Koczko. - Nie może być ani skanalizowana kaskadami i obudowana betonem, ani całkowicie zwrócona naturze. Warszawa jest skazana na czerpanie wody pitnej z wiślanych ujęć. Z całym szacunkiem dla ekologów: w tej sytuacji nie ma miejsca na święte gaje w korycie rzeki... Koniec

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy