Przekrój socjalny społeczności wędkarskiej jest podobny (bo musi być podobny) do przekroju socjalnego ogółu społeczeństwa polskiego, z którego wędkarze się wywodzą i którego są integralną częścią. Odróżniają ich tylko specyficzne zainteresowania, będące atawistyczną kontynuacją „sposobu na życie” ludzi pierwotnych, których potomkowie w wyniku wielowiekowego postępu cywilizacyjnego zamienili go na współczesny sposób rekreacji, odnowy psychicznej, zbliżenia do przyrody i korzystanie z jej zasobów wg ustalonych reguł prawnych.

Ale też trzeba podkreślić wyraźnie, że integracja społeczności wędkarskiej wokół wszystkich aspektów swojego hobby jest o wiele większa, niż w innych grupach społecznych, o innych preferencjach rekreacyjnych. Ma to swoje odbicie w wielu zachowaniach lub symbolach, wyróżniających wędkarzy. Te wyróżniki są charakterystyczne i szczególnie zauważalne w takich dziedzinach, jak np. słownictwo wędkarskie, na ogół mało w szczegółach zrozumiałe dla niewtajemniczonych; niemal hermetyczne, ale obejmujące bardzo szeroki wachlarz pojęć. Zauważono to już w XIX w. (patrz artykuł: „Rybackie słownictwo Wendów”. Okólnik Rybacki, nr 22/VII z 1896 r.) publikując przykładowy spis wyrazów rybackich używanych przez Serbów połabskich, ostatniego szczepu słowiańskiego za Odrą, gdzie zachowały się resztki starosłowiańskiego języka.

Jak wiadomo, wędkarskie hobby jako rekreacja zostało przeszczepione przez elity społeczne na ziemie polskie po części z Anglii, a po części z Niemiec. Razem z namiętnością do wędkowania przejęto z konieczności i nazewnictwo z tych obydwu krajów i ich języków, usiłując jednak z przyczyn, również patriotycznych, w maksymalnym stopniu je spolszczyć. Ilustruje tę tendencję w sposób skondensowany „Katalog wystawy rybackiej, łowieckiej i lasowej na Wystawie Krajowej rolniczej i przemysłowej w Krakowie w r. 1887”. (Kraków, Drukarnia „Czasu”, 1887), w którym wymieniono bardzo wiele spolszczonych nazw sprzętu wędkarskiego i rybackiego, brzmiących dzisiaj nieraz bardzo śmiesznie (np. „mamidła” czyli sztuczne przynęty spinningowe.)

Proces spolszczania nieznanych u nas obcojęzycznych nazw dotyczących wędkowania opierał się również w jakiejś mierze i na miejscowych nazwach czysto polskiego pochodzenia, zwłaszcza ze środowisk góralskich, nawykłych do swobodnego łowienia ryb łososiowatych w rzekach Podhala, również i na sztuczne przynęty (Jan Tyszkiewicz, „Jak górale łowili ryby w Dunajcu”, Szczawnica 1992; Tadeusz Gabryszewski, „Rybołóstwo w górach”, Wierchy, R. I, 1923 - pisownia oryginalna; J. Rozwadowski, „Poradnik dla miłośników sportu wędkowego...”, Kraków, 1900 i 1908).

Starania w dziedzinie spolszczania obcojęzycznych i tworzenia rodzimych nazw z zakresu wędkarstwa prowadzili przede wszystkim członkowie Krajowego Towarzystwa Rybackiego, o wysokim statusie społecznym, jak np. hr hr Potoccy, a zwłaszcza jego Prezes, prof. dr UJ Maksymilian Nowicki oraz inni przedstawiciele elit społecznych, w różnych regionach kraju. W miarę powstawania i rozwoju Towarzystw Wędkarskich, po roku 1907 język wędkarski rozwijał się równolegle czerpiąc, jak wspomniano wyżej, z lokalnego słownictwa i miejscowej gwary. Ujednolicanie słownictwa wędkarskiego tak naprawdę rozwinęło się dopiero po powstaniu jedynego przez długie lata czasopisma „Wiadomości Wędkarskie”.

Od początków zorganizowanego (od r. 1896) wędkarstwa na ziemiach polskich, po powstaniu towarzystw wędkarskich, których członkowie uzyskali status prawny – sport wędkarski uprawiały przede wszystkim elity społeczne, których stać było na opłacanie wysokich składek członkowskich przeznaczanych na opłaty dzierżawne obwodów rybackich, na ich zarybianie i na utrzymywanie bardzo licznych strażników rybackich. Biedniejsi wędkarze łowili bez zezwoleń, czyli po prostu kłusowali na wodach państwowych, gorzej lub wcale nie strzeżonych. „Elitarni” wędkarze odznaczali się przede wszystkim lepszym sprzętem, aktualnie modnym ubiorem, (nie zawsze jednak dostosowanym do warunków wędkowania), większymi możliwościami przemieszczania się itd. Biedniejsi, przeważnie mieszkańcy miejscowości położonych w pobliżu wód, łowili prymitywnym sprzętem (co nie znaczy, że mieli gorsze wyniki), ubierali się w najgorsze ciuchy, (aby nie zniszczyć lepszych i droższych), ale wygodnych podczas penetrowania nadbrzeżnych chaszczy i mszarów. Jednak elitarni członkowie wysoko sobie cenili etos wędkarstwa, nad wodą zachowywali się etycznie wg wzorców wypracowanych nie tylko za granicą, ale i przez KTR, dbali o gospodarkę rybacką, chronili wodę i faunę wodną przed wyniszczeniem, tak powszechnym jeszcze prawie do końca XIX w.

Taki profil społeczny wędkarstwa polskiego i jego etos trwał do roku 1950. Nowa władza polityczna, która objęła rządy w Polsce uznała, że towarzystwa wędkarskie są siedliskiem burżuazji, stoją w sprzeczności z nowym ustrojem i trzeba je zlikwidować, przejmując dekretem cały ich majątek na rzecz nowopowstałego, ideologicznie robotniczo-chłopskiego PZW, dotowanemu w znacznej części przez państwo. Jednocześnie, aby w imię równości społecznej przedstawicielom tzw. „klasy robotniczej”, chętnym do uprawiania wędkarstwa dać możliwość rekreacji nad wodą, w tym i wędkowania, robotnicza władza zezwoliła na powszechny dostęp do wód w ramach jedynej i powszechnej organizacji wędkarskiej, jaką stał się Polski Związek Wędkarski, w którego gestii znalazły się wszystkie państwowe wody, za wyjątkiem wydzielonych i administrowanych przez Państwowe Gospodarstwa Rybackie, realizujące rządowe plany gospodarcze połowu ryb słodkowodnych.

Powszechna dostępność do wód tylko na podstawie ogólnopolskiej karty wędkarskiej PZW była katastrofą dla gospodarki wędkarskiej, prowadzonej przez towarzystwa wędkarskie, których członkowie zmuszeni zostali do członkostwa w kołach wędkarskich PZW, jeśli chcieli uprawiać wędkowanie. Masowy napływ do PZW nowych członków, dla których ekologiczne, gospodarcze, prawne i społeczne zasady korzystania z dostępu do wód miały u większości wędkarskich nuworyszy małe znaczenie, nie mówiąc już o zasadach etycznych, którymi się w praktyce nie przejmowano, mimo oficjalnych i licznych zapewnień w tej sprawie – zrujnował nie obliczone na masowość dotychczasowe, gospodarcze zasady wędkowania. Nowych nie wymyślono. Zaczęło liczyć się tylko mięso i większość nowokreowanych „wędkarzy” starała się wydrzeć z wody tego mięsa jak najwięcej, nie zawracając sobie głowy ani dozwolonymi wymiarami ryb, okresami ochronnymi, zakazami połowu na tarliskach i innymi warunkami określonymi przez RAPR (regulamin amatorskiego połowu ryb).

Tam gdzie lokalni wędkarze, nominalni lub faktyczni opiekunowie określonych łowisk doprowadzili je do lepszego stanu i wzrostu populacji ryb, a wieść o tym rozeszła się szerzej, zaraz zwalały się w weekendy tabuny mięsiarzy, okupując wszystkie miejscówki, wrzucając do wody dziesiątki kilogramów gnijącej później zanęty, łamiąc i niszcząc nadbrzeżną roślinność, pozostawiając na miejscu grożące pożarem, tlące się ogniska, wory śmieci, papierów, plastykowych toreb i butelek, także szklanych, po zwykłych i wysokoprocentowych napitkach, puszek po robakach, kłębów zużytych żyłek, w które zaplątywały się żyjące w krzakach ptaki, nieraz te rzadkie i pod ochroną, ginące bolesną śmiercią. Gospodarzom opadały ręce i ochota do dalszej opieki nad łowiskiem. Ten rodzaj zarośniętych, w brudnej odzieży i często pijanych pseudowędkarzy, zwanych popularnie „gumofilcami” zaważył na wiele lat na stanie krajowych łowisk, zatruwanych przez przemysł i wyrybianych przez kłusowników i „gumofilców”.

Jednak z biegiem lat kultura wędkarska mimo wszystkich przeciwności powoli rosła za sprawą prawdziwych pasjonatów zafascynowanych wędkowaniem, umiłowaniem przyrody, zakochanych w wieczornych biwakach nad wodą, często przy ognisku i grillu, spływem kajakami i łodziami z biegiem rzeki, mgielnymi świtami nad jeziorami, widokiem ptactwa wodnego wypływającego z trzcin i tataraku na żerowiska i stadami narybku na przybrzeżnych płyciznach. To dzięki tym zwariowanym hobbystom udało się, korzystając ze zmian ustrojowych, powoli odbudowywać etos wędkarstwa, przejmując na wyłączne użytkowanie dzierżawione wody, zagospodarowywać je z sensem, regulować presję wędkarską, tworząc na tej bazie "wędkoturystykę" w wielu regionach i na wielu akwenach.

Jednocześnie sami wędkarze korzystając z niespotykanej w poprzednim okresie oferty handlowej hurtowni i sklepów wędkarskich (dawniej prawie nieistniejących), zaczęli nie tylko kupować sprzęt wędkarski wysokiej jakości, ale i dbać o własny wygląd, ponieważ i w tym zakresie handel stanął na wysokości zadania, oferując ubiory i te zwykłe, i te specjalistyczne w bardzo szerokim asortymencie. Dawniej na ryby chodziło się w byle czym (stąd „gumofilce”), obecnie coraz więcej wędkarzy ubiera stroje nie tylko bardzo funkcjonalne, pełne kieszeni, uchwytów, rzepów, kieszonek na komórki i na inne mniej lub więcej potrzebne gadżety wędkarskie, ale również ocieplane, przeciwdeszczowe, oddychające, wodoodporne, a nawet pływające. Moda wędkarska stara się poprawić komfort nie tylko łowienia, ale i prezentację społeczności wędkarskiej.

Jednakże wciąż jeszcze wśród wędkarzy przeważa tradycjonalizm i konserwatyzm zarówno w zakresie metod i technik połowowych (w mniejszym stopniu), jak i w poglądach na organizację wędkarstwa i metody zarządzania wodami. Powód tego jest widoczny, badając przekrój wiekowy wędkarzy. Zauważalna nad wodą i przez to licząca się większość, to emeryci i renciści, czyli ludzie na ogół starsi, wychowani w innych warunkach społeczno-socjalnych, przywiązani do odeszłych w przeszłość stosunków międzyludzkich, odporni na nowości i współczesne trendy, uzależnieni od warunków ekonomicznych, tym bardziej, że na ogół dysponują bardzo ograniczonymi środkami finansowymi na kultywowanie swojej wędkarskiej pasji i potrzeby. Starsi wędkarze, raczej nie należący do czytelników odpowiedniej literatury wędkarskiej i przyrodniczej, mają małe zrozumienie dla wielu zależności ekologicznych w środowisku naturalnym, uwarunkowań ichtiologicznych i wielu innych, które rzutują na wędkarstwo i jego kondycję w szerokim rozumieniu tego słowa.

Wraz z wychodzeniem Polski z wieloletniego kryzysu ekonomicznego coraz więcej lepiej sytuowanych wędkarzy wyjeżdża na wędkarskie wycieczki do innych, bliższych lub dalszych krajów. Czasem wędkowanie odbywa się przy okazji załatwiania jakichś interesów biznesowych lub - chyba najczęściej - podczas pracy zarobkowej w innych, zwłaszcza europejskich krajach. Korzyści z takiego „zagranicznego” wędkowania są ogromne, chociaż niewymierne. Polscy wędkarze widzą inne warunki wędkowania, inną gospodarkę rybostanem i wędkarską oraz, co - moim zdaniem - najważniejsze, takich zadbanych wód, takiego rybostanu, takiej gospodarki po prostu zazdroszczą. I jeśli nie zaraz po powrocie do kraju, to wcześniej czy później zawsze poprą działania krajowych, ewentualnych reformatorów naszej - jak ja to nazywam - Rzeczypospolitej Wędkarskiej. Już widać, nawet na stronach WCWI, skutki takich wyjazdów, połączonych z wędkowaniem. Strumyk informacji na ten temat powoli zamienia się w rzekę wiedzy, która po pewnym czasie „podtopi” nasze krajowe, często archaiczne wyobrażenia decydentów o nowoczesnej, zgodnej z światowymi trendami gospodarce zasobami przyrody, a w społeczności wędkarskiej zwiększy świadomość potrzeby zmian w tej dziedzinie.

Moim zdaniem źródłem dzisiejszego zamieszania medialnego, sporów, wzajemnej krytyki, ba, prawie wojny wszystkich ze wszystkimi (jak to w Polsce bywa), odsądzania władz każdego szczebla, i administracyjnych i organizacyjnych, od wszelkiego rozsądku, sprzeczne koncepcje organizacyjne dotyczące tego sektora gospodarczego – jest brak wizji i jednolitego programu naprawy istniejącego stanu rzeczy. Taki program gorszy lub lepszy, oby lepszy, po jego przyjęciu przez akceptowane „referendum” skłóconych obecnie wędkarzy, powinien stanowić podstawę do dalszego działania i administracji państwowej w zakresie norm prawnych i organizacji wędkarskich w zakresie realizacji nowych zasad na własnym podwórku. Brzmi to może trochę mętnie, ale mam nadzieję na doprecyzowania definicji w trakcie ewentualnej dyskusji o takim referendum.

Tego rodzaju tok postępowania był podstawą sukcesów Krajowego Towarzystwa Rybackiego założonego przez prof. Maksymiliana Nowickiego jeszcze w XIX wieku. Ówczesne problemy gospodarki rybackiej na wyjałowionych wodach Galicji i Lodomerii, jak nazywano tereny zaboru austriackiego, zostały zdefiniowane przez ofiarnych działaczy KTR i konsekwentnie realizowane w miarę pozyskiwania uznania i współpracy społeczeństwa, przede wszystkim jego co światlejszych elit. Warto brać przykład z naszych wędkarskich protoplastów w adekwatnych sprawach.

Do zmian w Rzeczypospolitej Wędkarskiej prędzej czy później dojść musi. Jest ono nabrzmiałe problemami jak ikrzak łososia w czasie ciągu na tarło. Czy tarło da pożądane wyniki, czy narybek wyrośnie na dorodne okazy, zależy od warunków, jakie przygotujemy dla nowej jakości wędkarstwa. Zależy od jak najszerszej inicjatywy nas, zaangażowanych wędkarzy, „a jacy jesteśmy... każdy widzi”.

Hilary Jałoszyński *Hiljot*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Twój tekst, Hiljocie, jest gorzki w wymowie, ale niestety prawdziwy i nie nastrajający pozytywnie :cry ...
Ogólny odbiór wędkarstwa w tym kraju, podobnie zresztą jak w przypadku wielu innych rzeczy, jest wykładnią blisko 50-ciu lat rządów czerwonych. Państwowe znaczy współne, a więc i moje! A skoro moje, to mogę brać skolko ugodno! Na to nałożyły się efekty transformacji ustrojowej, kiedy to wędkarze zostali zmotoryzowani oraz zarzuceni nowocześniejszym technologicznie sprzętem wędkarskim, co zaowocowało drastycznym wzrostem presji wędkarskiej... Szerszy dostęp do nowych metod łowienia uczynił sport wędkarski bardziej, tfu, wydajnym. Niestety, za tymi zmianami nie poszły zmiany w regulacjach prawnych. Skutki widać i na naszym forum internetowym, gdzie większość efektów połowów, może wzbudzać jedynie uśmiech politowania u tych, co pamiętają, jak m.in. ja, połowy z lat 80-tych czy 90-tych, kiedy często zdarzało mi się słyszeć sakramentalną wręcz formułkę: Panie, kiedyś to były ryby...
Najgorszą, w moim mniemaniu, rzeczą jest fakt, że powszechne w naszej nacji lekceważenie dla prawa i własności, jeszcze przez kilka pokoleń będzie miało dominujący wkład w sposób podejścia wędkujących do swojego hobby.
No, chyba że, pałą i batem zacznie się to prawo egzekwować. Innej drogi nie widzę :cry ...
Wieszak to raczej tylko pałą, bo bat za miękki.

Niestety powyższy artykuł, jak i komentarz Sławka - nic dodać nic ująć. 50 lat komuny, gdzie każdy brał jak chciał, ale wtedy przynajmniej jakoś odgórnie o wody dbano, potem powszechny dostęp do sprzętu i samochodów po 1500 zł oraz powszechnie panująca bieda z rybna dietą.

Niestety kilkuset wędkujących internautów ze słusznym podejściem i trochę zapaleńców w kołach to za mało.

Ale widzę optymistyczny akcent. Taka garstka słusznie myślących potrafi zrobić coś z niczego. Mam tu na myśli takie małe wody, gdzie przy odrobinie sił udaje się zrobić całkiem fajne łowisko. Są już takie na Mazowszu i to nawet pod PZW.

Niestety na nawet średnią rzekę, czy jezioro to za mało.

Jeszcze trochę, parę wypraw nad Wisłę, kilka postów kolegów na forum i zamiast składki PZW wykupię sobie roczny karnecik na jakieś fajne łowisko w prywatnych rękach, tylko jeszcze takiego nie znalazłem w okolicach mojego miejsca zamieszkania.

Tutaj odniosę się do akapitu o emerytach i rencistach. Pełno ich nad wyrybioną w ciągu dwóch lat do dna Wisłą. Dowód na teorię o pustoszeniu wód przez wędkarzy, jak i na przyczyniającą się do tego biedę w tym kraju.

Polskie wędkarstwo :(
Niestety,ja też nad Wislłą spotykam się z podejściem w stylu:-Panie ja tam biorę wszystko!Kto tam z tak dużej rzeki wszystkie ryby wyłowi?No chyba,że kormorany.
Ręce i nogi opadają!!!
Ale zaraz potem zaczynają narzekać:-Jeszcze dwa,trzy lata temu to tu się niezle łowiło...Te klenie,świnki,leszcze...Teraz to Pan wie?Trują!
A ja się przyglądam i nic ni mówię gdy pakują niewymiarowe ryby do siatek(bardziej ze strachu niż w związku z aprobatą).Raz zadzwoniłem do PSR o 9.15 rano,spędziłem tam cały dzień i nikt się nie pojawił!Pewnie mała szkodliwość czynu...
Szanowny Hilary,

Dziękuję Ci za to podsumowanie.

Ludzie są ważni....najważniejsi....

Ludzie tworzą struktury, decydują o codziennej praktyce....

Zmienianie struktur jest mozliwe przez zmienianie ludzi ....

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
Bardzo fajny i ciekawy tekst, choć jak Wieszak zauważył gorzki. Jednak trzeba spojżeć na problem rybostanu i zabierania ryb także z innej srtony. Spożywanie ryb słodkowodych w Polsce jest niezaprzeczalnie i bezsprzecznie częścią naszej kultury i kuchni narodowej. Od dawien dawna w Polskiej kuchni ryby stanowiły ważną część. Postawię takie pytanie : Dlaczego większości wędkarzy (także i innych krajach Anglia, kraje skandynawskie) nie razi w takim stopniu zabieranie i jedzenie ryb morskich przez wędkarzy czy poławianie ich przez rybaków w takim stopniu jak ryby słodkowodne. Odpowiedz jest prosta w tych krajach ryby z wód słodkich uznawane są za niesmaczne, u nas tak. Drugie pytanie : Dlaczego naszym wędkarzom, także na tym portalu nie przeszkadza zabieranie dorszy z połowów kutrowych. Dorsze są gorsze w czymś od sandaczy czy szczupaków?. Wiem że niektóży odpowiedzą że niektóre dorsze i tak nie przeżyły by holu z dużej głębokości( dlatego też na dorsze nie pływam) więc pytam się dlaczego je męczyć. Czy może dorsze nie pływaja na \"moim podwórku\" więc mi wszystko jedno. Może trochę przynudzam i jestem problematyczny, ale po trochu tak to widzę.
Śp.prof.Nowicki może na mnie liczyć, nazwisko zobowiązuje.Świetny wykładzik Hilo, noszący wysoko dydaktyczne znamiona. Dzisiejsi młodzi wędkarze, jak daje się zauważyć, są zdecydowanie bardziej etyczni i uświadomieni, również za sprawą szerokiego dostępu do tego typu publikacji i rozpraw w tej bolącej kwestii \"rybności naszych wód. :)
Konieczna jest także zmiana naszego indywidualnego podejścia. Autor fantastycznie opisał obecną rzeczywistość jednak jeżeli chcemy zmian to - zacznijmy od siebie. Nadal wędkarz ideowiec źle jest postrzegany - widze kogoś kto łowi na dwie wędki po chwili wyciąga trzecią, zakłada blachę i idzie obrzucać inne miejsca lub zarzuca tez w łowisko - powinno się zwrócić komuś takiemu uwagę, jednak podświadomie czuję, że ten ktoś pomyśli że jestem stuknięty - ot taki stereotyp i w cale nie chodzi o lęg przed daną osobą i jej reakcją. Dalej - z wielką przykrością obserwuję jak koło wędkarskie w Zawidowie (jeszcze nie jestem wędkarzem) zarybia takie niewielkie wyrobisko gliny w pobliżu miejscowości w której mieszkam, jest to okres o ile się nie mylę - końcówka września - październik, po czym koczuje tam całe stado wędkarzy łapiąc wszystko, co się rusza i co chwyci za haczyk. Zarybianie następuje głównie karpiem - 8-10 szt złapanych w ciągu dnia przez zmyślnego wędkarza to standard. Zapyta ktoś ile zabrane - 4 ? zapomnijmy - te wszystkie 8-10 szt. Zapytałem kiedyś jednego takiego Pana dlaczego to robią, dlaczego nie umówią się w kole by np. powstrzymać się od łowienia na okres zimy (nie wiem czy tak można) - usłyszałem odpowiedź - jeżeli nie ja złowię to złowi ktoś inny - daj sobie spokój z takimi gadkami. Ot taki stereotyp. Konieczna jest zmiana naszej mentalności, czego Wam i sobie życzę.
Brawo Hiliocie.
Super tekst. :) :)
Smutne to ale prawdziwe.
Łapie ryby od 15 lat. Moim nauczycielem był mój ojciec i to od niego przejąłem zasady moralne. Nauczył mnie szacunku do wody i całej przyrody. Dlatego dobry nauczyciel to podstawa a pracę trzeba zaczynać już z najmłodszymi adeptami sztuki wędkarskiej