O tej rybie się marzy, sum fascynuje. Ktokolwiek holował suma na brązowy medal (powyżej 10 kg), ten czarnemu drapieżnikowi poświęci niejedną chwilę. Silurus glanis, sum europejski lub pospolity zlekceważył Europę Zachodnią - naturalną granicą występowania jest Łaba i Bałkany. Trochę sumów zamieszkuje wody Danii, Szwecji i południowej Finlandii.

O sumie ogólnie

Sum jest rybą, której się zazdrości wędkarzom Europy Środkowej i Wschodniej. Trwają próby introdukowania go w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i Hiszpanii. W angielskiej prasie fachowej można już przeczytać wstrząsające artykuły o złowieniu dziesięcio a nawet piętnastokilowych potworów, w hiszpańskiej rzece Ebro organizuje się nocne maratony sumowe, które cieszą się wielkim powodzeniem, mimo horrendalnego wpisowego. W Hiszpanii wręcz stał się sum problemem i niewiele brakuje, aby uznano go za szkodnika i wydano wojnę na śmierć i życie.

Wędkarze zachodnioeuropejscy organizują wyprawy na sumy do naszej części kontynentu. Obecność tak potężnej ryby w swoich wodach wykorzystują Węgrzy, Bułgarzy, Czesi. My tego nie potrafimy jeszcze robić, choć polskie sumy należą do tych większych, jest ich u nas sporo i wbrew utartej opinii nie są to ryby trudne do złowienia. Jeden warunek - należy odejść od stereotypu nakazującego polować na tego drapieżnika z ciężkim ołowiem dennym, wyłącznie w śródrzecznych dołach i za pomocą żyłek, na których z powodzeniem można suszyć bieliznę.

Mistrzami w połowach sumowych są Ukraińcy, Mołdawianie i Rosjanie - sum ma tam duże znaczenie gospodarcze, dla wędkarzy amatorów jest natomiast tym, czym dla mieszkańców Zachodu karp. Na sumy poluje się tam zgodnie z odwieczną tradycją, z głęboką wiedzą o obyczajach i żerowych przyzwyczajeniach wąsatego drapieżcy. Od kilku lat daje się zauważyć duże zmiany w wędkowaniu w Dnieprze, Dniestrze, Wołdze i w rzekach uchodzących do nich. Na tereny dawnego Związku Radzieckiego dotarł sprzęt i metody połowowe z Zachodu. Nie przyjęto ich tam bezkrytycznie - co często ma miejsce u nas - lecz znakomicie wykorzystano do łowienia w zgodzie z tradycją, miejscowymi obyczajami. Jeszcze osiem lat temu nad Dnieprem spotykałem wyłącznie bambusowe wędki lub pały z pełnego włókna szklanego - dziś widzi się wędziska karpiowe, kije morskie oraz ciężkie spinningi najbardziej renomowanych firm. Proste wędki oczywiście pozostały, ale dużo cieńsze są już żyłki, mniej toporne kołowrotki.

Lubimy spoglądać na Zachód, nie lubimy uczyć się od naszych wschodnich sąsiadów, lecz jeżeli chodzi o łowienie sumów, to właśnie Ukraińcy i Rosjanie są wzorem dla Europy. Poznałem na wschodzie łowców mających na rozkładzie po kilkadziesiąt sumów powyżej 30 kg, po kilka ponad 50 kg i takich, którzy przynajmniej raz przekroczyli bajkową granicę 70 kg. Są to na ogół ludzie, dla których nie istnieją inne ryby - pod tym względem przypominają oni łowców karpiowych okazów. Z tym, że są daleko bardziej samodzielni, elastyczni, wynalazczy - wokół suma nie powstał, jak w przypadku karpia, cały przemysł wytwarzający rozmaite akcesoria, drobiazgi, przynęty, wydający masę specjalistycznej literatury i pism fachowych. Suma więc - moim zdaniem - należy traktować na opak: po nauki zwrócić się na wschód. Okazuje się, że tam traktuje się wąsatego drapieżnika odmiennie niż u nas - na przykład lwia część okazowych ryb łowiona jest pod powierzchnią lub wręcz z wierzchu, na płyciznach czy w pełnym nurcie. Suma szuka się aktywnie i pracowicie - długą spławikówką z brzegu lub krótszą wędką z łodzi. Sumiarz tłucze kilometry wzdłuż rzeki bądź spływa z nurtem, zatrzymując się dopiero po nastaniu kompletnych ciemności. Ale i zasiadki bywają pracowite - wabi się sumy kwokiem lub zwyczajnym słoikiem, często przemieszcza zestaw, a przede wszystkim na krok nie odchodzi się od wędek. Sum co prawda najczęściej zacina się sam, ale wędkarze ukraińscy i rosyjscy uważają, że należy wykorzystać pierwsze kilkadziesiąt sekund po zakłuciu na maksymalne zmęczenie ryby. Ich zdaniem sum, zaopatrzony przez naturę w bardzo unerwioną paszczę, tuż po wniknięciu haka we wrażliwą skórę wpada w panikę, doznaje szoku tak znacznego, że znane są przypadki wyholowania dwudziestokilowej ryby w kilkanaście sekund.

- Zesztywniał - mawiają i natychmiast po szerokim zacięciu bardzo szybko zwijają żyłkę. Nawet jeśli nie uda się pierwsza próba lądowania, to rybi atak spod nóg wędkarza będzie dla niej dużo bardziej męczący, mniej "przemyślany", podszyty paniką. Zasadą holu jest to, by wykorzystać każdą chwilę osłabnięcia, rezygnacji do przyciągnięcia ryby.

Zaskakuje sposób podawania przynęty - okazuje się, że niesłuszna jest opinia o toporności wschodniego wędkarstwa. Jeśli łowi się z dna, nigdy nie stosuje się ciężarków większych niźli wymaga tego potrzeba. Często pęk pijawek czy żaba utrzymywane są w miejscu przez piętnastogramową gruszeczkę. Możliwe jest to dlatego, że wędkarze ukraińscy i rosyjscy na miejsce swoich nocnych zasiadek wybierają płycizny, rozległe płanie za główkami i cyplami oraz okolice bliskie brzegu. Pamiętam, jak kilka lat temu Walery Sirewicz zabrał mnie na nocną zasiadkę nad Prypeć - pierwszy zmontowałem gruntówkę i posłałem pęk rosówek na rzekę, ile się dało od brzegu.

- Ty s uma saszoł? - posądził mnie o zgubienie rozumu i swój zestaw p o ł o ż y ł pod krzaczek, ze dwa metry od burty. - Nie masz ryby aktywniej szukającej żeru od suma - tłumaczył. - W ciągu nocy potrafi on spenetrować ogromny teren, odwiedzić wszystkie miejsca, w których sypia drobnica, przeszukuje okolice brzegu, gdzie pływają żabki i karczowniki, ryje w mule za pijawkami... Znam wędkarzy, którzy w nocy podają "na kant" pojedynczego czerwonego robaczka, wiedząc, że nawet dwupudowa sztuka zatrzyma się, by połknąć przysmaczek...

Tradycja na wschodzie ma ogromne znaczenie, wielu wędkarzy nawet miary stosuje archaiczne - pud ma 16,3 kg.

Jak wygląda sum, wie niemal każdy, kto od czasu do czasu trzyma w dłoni wędkę. Ale nawet dla starych wyjadaczy informacje biologiczne bywają niespodzianką. No więc sum ma długie, pozbawione łusek ciało. Wielki otwór gębowy otoczony jest trzema parami mięsistych wąsików. Nad szczęką górną znajdują się dwa długie wąsy, a pod dolną cztery krótkie wąsiki. Płetwa grzbietowa jest maleńka, wyposażona w 3-5 promieni, natomiast płetwa odbytowa - bardzo długa i niemal styka się zaokrągloną płetwą ogonową. Ogon też jest bardzo długi: stanowi 3/5 długości ciała. Oczy są maleńkie, a przednie nozdrza zakończone krótkimi, mięsistymi rurkami.

Ubarwienie ciała zależy od środowiska. Grzbiet jest zazwyczaj ciemny lub prawie czarny, czasem z zielonkawym, niebieskim bądź brązowym odcieniem. Boki są ciemnożółtawobiałe, najczęściej z marmurkowym wzorem. Szarobiały brzuch pokrywają ciemne, nieregularne plamy. Poza typowo ubarwionymi zdarzają się bardzo rzadko czerwonookie albinosy.

W wodach europejskich sum osiąga długość znacznie przekraczającą 2 m i masę ponad 100 kg. W wodach zasobnych w pożywienie rośnie szybko i w wieku 9 lat osiąga ciężar 12-16 kg. Dorosły sum ma znaczne przyrosty masy ciała. Tarło odbywa się w maju i czerwcu, gdy woda osiągnie temperaturę powyżej 18 C. Na zarośniętych płyciznach samica przygotowuje prymitywne gniazdo, w które składa jaja. Po zapłodnieniu samiec ochrania gniazdo i wylęg. Larwy początkowo przypominają kijanki, są pozbawione wąsików. Dopiero po dziesięciu dniach zaczynają przypominać osobniki dorosłe. Ich pokarm stanowią małe skorupiaki, robaki itp. Dorosłe sumy żywią się przede wszystkim rybami, głównie drobnicą, ale pożerają także żaby, raki, małe ssaki, duże płocie i leszcze, a nawet ptaki wodne. Nie gardzą też bardzo małymi kąskami - połykają pijawki, wychodzą do dużych owadów opadłych na powierzchnię.

W Polsce można znaleźć suma w każdej niemal większej rzece, w większości kanałów żeglugowych i zbiorników zaporowych, a także w niektórych jeziorach przepływowych. Zamieszkuje również nieliczne mniejsze rzeczki, pod warunkiem, że obfituję w rozległe głębie, powolne płanie, młynówki, jazy. Miejscami szczególnie przez sumy ukochanymi są - ze względu na ciepłolubność tej ryby - kanały zrzutowe przy elektrociepłowniach; tam wąsaty zbójca potrafi żerować przez okrągły rok.

Za rzeki wybitnie sumowe uważa się Bug - niemal na całej długości; Narew, szczególnie na odcinkach krętych i szybciej płynących; środkową i dolną Wisłę; dolną Odrę, Wartę, Noteć, dolny San, Pilicę, Wieprz oraz Biebrzę. Okazowe egzemplarze trafiają się w dolnej Łynie.

Za rybę tajemniczą i ponurą sum uznany jest bodaj ze względu na nietypowy kształt, ciemne ubarwienie i wielkość. Powoduje to irracjonalne przekonanie, że trudno przewidzieć jego zachowanie, niełatwo go znaleźć. Stąd chyba przewaga ciężkiej gruntówki nad innymi metodami - wrzucić bryłę ołowiu w ploso za główką i czekać. Jest to poniekąd zasadne, bowiem żerujący sum jest ruchliwy jak diabli i często natyka się na podaną przynętę. Warto jednak łowić te ryby aktywnie, przynętę podawać na różnym poziomie, szukać w nurcie, pamiętając, że nawet na silnym uciągu zdarzają się rozległe prądowe cienie. Jednym zdaniem: wędkarz, który oderwie się od dna, który suma traktować będzie na opak, ma większe szanse od kolegi po kiju, który kurczowo trzyma się ciężkiej gruntówki z pojedynczą rosówką na haku.

Wąsaty birbant

O ciepłolubności suma już wspomniałem. Poza kanałami zrzutowymi przy elektrowniach jest to ryba lata. Można ją złowić już od maja, pod warunkiem, że będzie to miesiąc ciepły, potem - najczęściej w czerwcu - następuje krótka przerwa tartalna, podczas której sum niemal nie interesuje się jedzeniem. Złowienie go przy gnieździe należy do rzadkości.

Sumowym rajem dla wędkarza jest lipiec i sierpień, czasem pierwsza połowa września. Szczególnie upalne lata, dni, gdy woda w rzekach osiąga temperaturę 25 stopni, są chwilą, kiedy trzeba nastawić się na sumy. Inne ryby w takiej ciepłocie wpadają w odrętwienie - na dobrą sprawę żeruje jedynie kleń na dobrze napowietrzonych kamieniskach. Sum używa natomiast na całego, wpada w obżarstwo. Trawi, jak gdyby miał w żołądku stężony kwas solny - dzienną porcję zdobyczy spala w niespełna dobę. Żeruje co dzień, odwiedza miejsca gromadzenia się zdezorientowanej przez upały drobnicy i po brzegi napycha żołądek. Podczas chłodniejszego lata apetyt suma nie jest aż tak niepohamowany, ale na ogół wąsaty drapieżca żeruje dobrze.

Żywiołem suma jest noc, i to ta ciemna, najbardziej bezksiężycowa. Dzień spędza w głębokich, najczęściej pełnych zawad, wyrw i jam, dołach. W dni słoneczne kryje się szczególnie głęboko - suma szokuje intensywne światło. Ale nawet w takie dni rzadko popuści przynęcie podanej pod nos, potrafi się podnieść z dna, gdy ujrzy w zasięgu paszczęki błysk niewielkiej rybki.

Ujrzy to może niezbyt dobre słowo - wzrok nie jest jego mocną stroną. Gawędziarsko nastawieni ichtiologowie zauważyli wśród ryb pewną typową odwrotną proporcjonalność: im mniejsze oczy, tym większa gęba. Sumowa paszczęka jest tego najlepszym przykładem. Podwodne obserwacje dowodzą, że sumy niemal nie interesują się nieruchomymi rybami, biją natomiast bardzo ostro w stadka, np. uklei, rybek nieustannie się poruszających. Rozdziawiają wówczas szeroko wielką swoją gębę, startują z nadspodziewaną prędkością i zasysają niewiarygodną ilość wody. Potrafią na raz połknąć kilka rybek. Podczas takiego ataku - aczkolwiek nie stronią od zjadania pojedynczych ryb, żabek, gryzoni - nad wodą unosi się charakterystyczny dźwięk, znany przez Rosjan kwokaniem. Przypomina on nieco cmokanie żerujących karpi, ale choćby z racji rozmiarów paszczęki, jest znacznie głośniejszy, głębszy. Często towarzyszy mu specyficzny chlupot - nie jest to plusk gwałtowny, jak przy ataku bolenia, czy mocne chlapnięcie o powierzchnię, jak podczas żerowania sandacza czy szczupaka, a raczej odgłos rozstępujących się wód. Nie odnalazłem w literaturze dobrego opisu spławiania się suma, doskonałe porównanie odszukałem natomiast w zbiorze relacji o potworze z Loch Ness. Otóż wędrujący w okresie wakacji po Szkocji porucznik Marynarki Królewskiej dwukrotnie słyszał niosący się we mgle odgłos "jakby na powierzchnię wody wyskoczył źle wytrymowany okręt podwodny, który w mgnieniu oka zanurzył się w toń". Tak właśnie w nocy, a czasem rano lub wieczorem, żerują sumy pod powierzchnią wody. Z reguły są samotnymi myśliwymi, obce są im zbiorowe łowy okonia czy gromadne przeszukiwania toni przez sandacze. Są jednak nadzwyczaj wyczulone na dźwięki i wibracje wody. Sum, który znalazł obfite żerowisko i regularnie "kwoka", musi liczyć się z tym, że z odległych nawet rejonów nadciągną jego pobratymcy, by wziąć udział w uczcie. Tę cechę znakomicie wykorzystują wędkarze ze Wschodu, wabiąc sumy tzw. kwokami, specjalnie wykonanymi urządzeniami, które po chlapnięciu o powierzchnię wody udatnie naśladują dźwięk wydawany podczas sumowego żerowania.

Sumy żerują głównie w nocy, ale przecież wiele z nich pada łupem wędkarzy w ciągu dnia, nawet w samo południe. Żywiec podany głębiej w sumowe ploso, błystka czy wobler przeciągany nad dzienną ostoją, pęk rosówek czy pijawek, żaba położona na dno w bezpośredniej bliskości kryjówki, może procentować medalowym okazem na kiju. Wędkarze rosyjscy, ukraińscy, a także Mołdawianie i Węgrzy zalecają dużą ruchliwość w czasie dziennych połowów suma. Częsta zmiana miejsc, wielokrotne przestawianie wędki, ściąganie zestawu, staranne "wachlowanie" podczas spinningowania - to recepta na złowienie suma w blasku dnia.

Wąsal trzyma się kurczowo swojej jamy wyłącznie w słoneczne, bardzo jasne dni. Podczas zachmurzenia, w mglistą pogodę, gdy światło jest rozproszone, sumy co i raz "wyskakują na małą przekąskę". Nie są to długie rajzy, wyprawy pod wierzch, ale obmacanie wąsami dna na powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Doświadczeni łowcy sumów znają słabość tych drapieżników do drobnych kąsków i podają w pobliże dziennych ostoi niewielki hak z pęczkiem robaków kompostowych. Warto tu przypomnieć że jest to przynęta wyjątkowo aromatyczna, pomarańczowy płyn wydobywający się na powierzchnię dżdżownicowej skóry podczas nawlekania robaka na hak zdaje się smakować sumowi jak kawior arystokracji.

Podobnie rzecz ma się z inną typowo sumową przynętą - turkuciem podjadkiem. Owad ten wydziela charakterystycznł woń prowadzącą do kompletnego zaniku odruchów samozachowawczych u suma. Mój przyjaciel, ukraiński dziennikarz Dmytro Machnia, potrafi z motyką przeleźć pokołchozowe pole kartoflane, byle tylko nałapać podjadków. Twierdzi, że sum w zetknięciu z tą przynętą zachowuje się jak kot przy misce z walerianą - dostaje fioła. Jednak sum odżywia się przede wszystkim rybami. Preferuje drobnicę, jego żołądek bowiem przypomina pękaty trzos na drobniaki. Łupem wąchala padają jazgarze, kiełbie, ukleje, płotki, drobne krąpie, okonki... Stąd sumowy obyczaj długich wędrówek żerowych i uganiania się za zdobyczą. Drapieżca musi się zdrowo napracować, by napełnić brzuch drobniakami. Zdarza się jednak, że bardziej leniwy wąchal lub ten, który nie natknie się na stado drobnicy, atakuje z powodzeniem duże płocie, krąpie, nawet leszcze. Przytrafia się to najczęściej podczas krótkich okresów dziennej aktywności żerowej. Wzmożony apetyt sumy przejawiają szczególnie tuż przed burzą, podczas gwałtownych spadków ciśnienia, przejść ciepłych i wilgotnych frontów atmosferycznych, gwałtownych ulew... Czasami trudno odnaleźć przyczynę śróddziennego obżarstwa, choć stosunkowo łatwo ją dojrzeć. Sumy żerując za dnia trzymają się raczej strefy przydennej, choć niekiedy wychodzą do wierzchu, by zakąsić jakąś uklejką. Drobnica wyskakuje na powierzchnię, zaś na wodzie zaznacza się bezgłośny wir. Jeden z moich sumowych kolegów - Janusz Fajfer - twierdzi, że nie musi czekać na objawienie się tej ryby na powierzchni. Jest meteoropatą, fizycznie odczuwa zmiany pogody. Kiedy tylko nad wodą zacznie go boleć głowa, gdy usłyszy szum w uszach, poczuje ucisk w zatokach, natychmiast przezbraja wędki, ugania się za żabkami, łowi żywce, ryje za dżdżownicami... I najczęściej z któregoś wiślanego dołu wyciąga pokaźnego suma.

Zasadą, którą wpajano mi podczas moich wypraw nad Dniepr czy Prypeć było szukanie suma we właściwym miejscu. W zależności od pory dnia przestawia się zestaw - w samym środku łowi się z dna lub tuż nad dnem w głębokich, pełnych zawad dołach albo przeszukuje strefę pełnego nurtu przy samym dnie, jeżeli zalegają w nim duże głazy, zatopione drzewa lub zbudowane jest z pełnych jam iłowych płyt i brył. Sumy, wbrew utartej opinii, bardzo lubią przebywać w rozległych cieniach nurtowych i mieć nad sobą pędzącą wodę, która przynosi pożywienie. Zlokalizowanie sumowej płani to niemal pewny sukces - nawet w samo południe drapieżnik uderzy w spływającego żywca czy w pęk rosówek.

Jeśli dzień jest mglisty, słońce przytłumione, jeśli na niebie zalega gruba warstwa chmur, zbiera się na deszcz, nadchodzi burza, sum staje się bardziej ruchliwy i często opuszcza swoje schronienie, by wybrać się na mały rekonesans. W takie dni wędkarze ze Wschodu podają przynętę nieco wyżej, metr nad dno. Zwracają uwagę na budowę sumiej paszczy - jest ona przystosowana do ataków od dołu, to typowy pysk górny.

Gdy niebo przykryją bardzo ciemne chmurzyska, gdy w ciągu dnia ziemię ogarnie ciemność podnosi się przynętę w pół wody, ale pozostawia zestaw nad samym dołem. Podobnie czyni się w dni wyjątkowo parne, duszne, bijące gęstą wilgocią. Sumy w środku dnia rzadko wychodzą na skraj głębiny, chociaż w sprzyjających okolicznościach żerują bardzo intensywnie. Trzymają się jednak strefy przydennej, wychodząc ku powierzchni wyłącznie podczas ataku na zlokalizowaną ofiarę. Inaczej ma się rzecz z porannymi i przedwieczornymi okresami aktywności. Sumy penetrują wówczas skraj swojego rewiru, podchodzą tuż pod brzeg, pływają wzdłuż kantu, sprawdzają strome stoki ustalonych przykos, pogranicze spokojnej wody i nurtu, kontrolują warkocze za ostrogami, krawędzie główek, zarówno za nimi, jak przed nimi. Wychodzą wyżej - potrafią atakować ławice uklei pod samą powierzchnią. Ukraińcy i Rosjanie podnoszą przynętę wysoko - obowiązuje miara dwie trzecie powyżej dna. Zestaw podają w strefy łowiska, o których była mowa wyżej. Specjaliści o świcie, o zmierzchu i w nocy nigdy nie łowią z gruntu, z reguły korzystają z ciężkich zestawów spławikowych. Jedynie ci, którzy liczą na zdobycz w samym kancie, kładą na dno pęk czerwonych robaczków, pijawek, pojedynczą rosówkę czy nawet kostkę wonnej mielonki z puszki.

Sum ma opinię nałogowego birbanta, który przeszukuje łowisko niczym pijak dzielnicę portową, gna do każdego odgłosu wyżerki i nie potrafi sobie odmówić żadnego smacznego kąska. Zje zarówno turkucia, rybkę, glistę, jak kawałek konserwy, drobiową wątróbkę i świeży filecik z ryby morskiej. Ustalenie, co jest szczególnym przysmakiem sumów w danej okolicy, do czego wąsal ma nieodpartą słabość jest dla wędkarzy ze Wschodu pierwszoplanowym zadaniem. Nad Zalewem Kijowskim na przykład, poznałem wędkarzy, którzy 24 godziny przed połowem wkładają czerwone robaki czy rosówki w puszkę z tuszonką. Sum, którego głowa i część przedniej połowy ciała nafaszerowana jest komórkami smakowymi, i który dysponuje znakomitym węchem, do przetłuszczonych dżdżownic pędzi ponoć z dużej odległości.

Dmytryj Machnia i Hryhor Liwicz, moi przewodnicy podczas ostatniej wyprawy nad Dniepr, udowodnili mi, że sumy nie potrafią sobie odmówić przekąski. Tuż przed zachodem słońca wrzucili tuż pod urwisty brzeg, między krzaczki, garść czerwonych robaczków. Po trzech kwadransach woda w tym miejscu zagotowała się. Do dna może było półtora metra, może nieco więcej - na powierzchni ukazały się potężne zawirowania, zbełtania, odkosy. To wielki sum pazernie wybierał robaki - jak bezdomny, który wśród odpadków znalazł szynkowe roladki. Ukraińcy cichutko podali na sumowy stół kostkę mielonki na przystawkowym zestawie. Wąsaty smakosz połakomił się na nią w trzy minuty, ale czy hamulec był źle uregulowany czy przepon przetarty, po kilku niesamowitych przygięciach długiego wędziska pękła żyłka. Wędkarze znad Dniepru orzekli, że drapieżnik miał z półtora puda (ok. 24 kg). Wierzę w ich "wyceny", gdyż wyjmowane przez nich sumy miewały na ogół tyle, ile orzekali po minucie zmagań. Jeśli mówili, że piętnaście kilo, to mogło być czternaście, czy szesnaście, ale w żadnym wypadku trzynaście bądź siedemnaście, Tyle, że Dmytro i Hryhor łowią sumy od kilkunastu lat. Wyłącznie sumy - wyjątkiem są ukleje, kiełbie i jazgarze używane przez nich na żywca.

Noc, to te same miejsca w łowisku, w których łowi się na przedwieczerzu i o poranku, ale przynęta podniesiona jest bardzo wysoko. W ciemnościach sum staje się rybą powierzchniową - grunt ustalony jest pół metra, sześćdziesiąt centymetrów pod powierzchnią. Przynęta powinna być ruchliwa - a więc żywiec albo wytarte w fusach prawdziwej kawy dżdżownice. Ponoć robaki przytrzymane przez kilka godzin w takich fusach są tak dziabnięte przez kofeinę, że wiją się na haku jak oszalałe przez kilkadziesiąt minut. Regułę wysoko podanej przynęty przełamuje jedynie przystawka ze spławikiem podana na kant, tuż przy brzegu. Na pełnej wodzie sum jest zapatrzony w górę, przy stromej burcie natomiast starannie obmacuje dno ruchliwymi wąsami. W ciemną noc wędkarze ze Wschodu przestawiają zestawy na płycizny - trzeba jednak myśleć relatywnie: płycizna dla wielkiego suma to np. przykosa, nad którą jest co najmniej półtora - dwa metry wody.

Odległości, jakie dzielą miejsca podawania przynęty za dnia od stref obławianych nocą, są często znacznie od siebie oddalone. W znacznym uproszczeniu można powiedzieć, że za dnia wyrzuca się zestaw daleko na wodę, a w miarę pogłębiających się ciemności przestawia go bliżej brzegu.

Sumowe wędki

Generalnie muszą być mocne. Na tyle, by dobrze wyregulowany hamulec kołowrotka zapobiegał połamaniu kija. Należy pamiętać, że używa się żyłki o wytrzymałości od 8 do 10 kg i wędziska zbyt słabe ulegną zniszczeniu w trakcie holu dużego suma. Poza tym, wędziskami do połowu wąsali trzeba niejednokrotnie wyrzucać na dużą odległość bardzo ciężkie zestawy.

Przyjęło się uważać, że dobry kij sumowy to wędzisko o średniej długości (3,60-3,90 m), pustościenne, o masie wyrzutu do 150-200 g i ugięciu 2 3/4. Nie może być ani zbyt miękkie, ani przesadnie sztywne. Wędziska spinningowe powinny być długie - co najmniej 2,7 m i mieć masę wyrzutową do 80-100 g.

  • Kij gruntowy

Gruntówka z ciężkim ołowiem dennym jeszcze przez wiele lat będzie podstawowym, najbardziej rozpowszechnionym narzędziem do połowu dużych sumów. Nawet najbardziej nowocześni wędkarze korzystać będą z nich za dnia. Kij gruntowy musi umożliwiać wyrzucenie zestawu ważącego czasem 200-250 g na odległość kilkudziesięciu metrów. Idealne są wędziska morskie, przeznaczone do połowu z plaży. Mają z reguły długość 3,50 - 4 m, masę wyrzutu do 200 g i świetnie amortyzują gwałtowne zrywy dużych ryb.

Nad wodą bardzo często spotyka się obecnie wędkarzy używających do ciężkich połowów gruntowych mocnych, ale krótkich wędzisk spinningowych. Nie jest to najlepszy pomysł. Po pierwsze, żyłka powinna wchodzić do wody możliwie najbardziej stromo; zapobiega to spływaniu zestawu. Po drugie, podczas holu dużego suma istnieje potrzeba kontrolowania zrywów drapieżnika. Za pomocą długiego wędziska łatwiej zapobiegnie się ucieczce ryby w kamieniska, w materace i w strefy pełne zawad i zaczepów. Długi kij jest także bardziej elastyczny, lepiej amortyzuje ataki, szybciej i skuteczniej męczy więc potężną zdobycz i zapobiega rozgięciu czy złamaniu haka. Zdaniem specjalistów lepszą sumową wędką jest trzyipółmetrowa bambusówka o odpowiednio dobranej szczytówce, niźli o metr krótsze wędzisko spinningowe, choćby było wytworem najnowocześniejszych technologii.

Oprócz wędzisk morskich do połowu sumów używa się często wysokiej klasy karpiówek, ale nielicznych stać na ryzyko wyrzucania ćwierćkilowych zestawów wędziskiem kosztującym masę pieniędzy.

Do połowów ciężką gruntówką nadają się przede wszystkim wędziska segmentowe, a to ze względu na możliwość rozmieszczenia przelotek według zasad sztuki wędkarskiej. Niektóre firmy pokusiły się co prawda o budowę teleskopów o znacznym ciężarze wyrzutu, lecz ryzyko uszkodzenia sprzętu, w którym przelotki rozmieszczone są w jednakowej odległości na całej długości kija jest bardzo duże. Właśnie, przelotki - bez wątpienia powinny być najwyższej klasy. Używanie druciaków, byle jakich porcelanek oraz plastików może spowodować przetarcie bądź przecięcie żyłki. Sum nie jest rybą, która bierze niczym krąpie, po trzydzieści sztuk na godzinę. Z sumowych wypraw często wraca się o kiju - jedna duża ryba rekompensuje za jednym zamachem nawet kilka pustych tygodni. Wędkarz nastawiony na wąsale za każdym razem spodziewać się może ryby życia, więc jakakolwiek sprzętowa niedoróbka jest po prostu błędem w sztuce. Dotyczy to przelotek, dotyczy także uchwytu kołowrotka, który musi być mocny, sztywno trzymać stopkę i być tak przymocowany, by w żadnym wypadku nie uległ rozchwianiu. Sporo złego mówi się ostatnio o uchwytach śrubowych, przedkładając nad nie grafitowe pierścienie przesuwane oraz mocowane omotką węglowe gniazda, ale sumowa wędka, szczególnie ciężka gruntówka, najlepsza jest właśnie ze śrubą. Sam uchwyt powinien być przymocowany dość wysoko - minimum 35-40 cm od dolnego końca kija. Hol piętnastokilowego "malucha" w wodzie bieżącej może trwać nawet pół godziny, większych egzemplarzy odpowiednio dłużej, wędkarz więc powinien mieć możliwość oparcia dolnika wędki o biodro. Bez tego po kilku sumowych odjazdach nawet najsilniejszemu zemdleją ręce. Wysoko umieszczony uchwyt pozwala także na dwuręczny rzut, co w przypadku posyłania na wodę ciężkich zestawów jest bardzo istotne. Dość częste jest wyrzucanie ciężarów o masie przekraczającej podany na wędzisku limit, co zmusza wędkarza do mało dynamicznego, ale bardzo szerokiego rzutu bocznego. Nie sposób tego zrobić kijem o krótkiej rękojeści.

Słów kilka o akcji: konieczna jest szczytowa. Gruntówka z ciężkim ołowiem dennym jest bowiem samołówką i samołówką pozostanie, choćby jej zwolennicy zaklinali się, że jest inaczej. Samozacięcie się ryby następuje właśnie dzięki sztywnej oraz sprężystej szczytówce. Używanie do połowów gruntowych wędzisk o akcji środkowej może spowodować zejście ryby z haka, masę pustych szarpnięć. Poza tym zbyt miękki kij wygina się pod wpływem nurtu tak bardzo, że często osiąga maksymalne, krytyczne wygięcie i złamać się może podczas brania dwukilowej brzany, a co dopiero przy szarpnięciu medalowego suma.

Wybierając jednak wędzisko gruntowe, należy znaleźć kompromis. Nie może ono być zbyt miękkie, ale zanadto sztywne spowoduje kłopoty podczas walki z zaciętą już rybą. Fizyczne prawo mówiące, że akcja wzbudza reakcję, dotyczy wędkarstwa jak żadna z reguł. Odjazdy suma na twardym kiju są dłuższe, bardziej histeryczne i nieobliczalne. Szczególnie niebezpieczna jest chwila podprowadzania ryby do brzegu. Nawet idealnie wyregulowany hamulec kołowrotka może zawieść, gdy wędzisko ma zbyt twardą akcję. Zaś kij dobrze amortyzujący z największego suma zrobi szmatę.

  • Kij żywcowy

Wymagania inne niż przy gruntówce - jedynie dobre przelotki i wysokie umieszczenie uchwytu kołowrotka muszą być analogiczne. Wędzisko do połowów żywcowych - a także do łowienia na duży pęk rosówek czy pijawek, żabkę, turkucie metodą spławikową z przynętą ulokowaną nad dnem oraz na przystawkę - powinno być dość długie. Dobrze, jeżeli mierzy 3,90-4,20 m. Nie jest konieczna duża masa wyrzutowa - wystarczy do 80 g. Dobrze jest, gdy kij ma dość miękką akcję, może być nawet środkowa. Sum nie zacina się tutaj sam, zaś hol na miękkim kiju jest bezpieczniejszy i szybko męczy rybę.

Tu idealne są wędziska karpiowe lub specjalistyczne szczupakowe. Przewaga kijów segmentowych nad teleskopami jest bezsporna. Ugięcie karpiówki - od 1 1/2 do 2 3/4, masa wyrzutowa szczupakówki - 80-120 g. Elastyczna akcja wędziska ma znaczenie nie tylko podczas holu wąsatego drapieżnika - ważna jest także podczas zarzucania uzbrojonego żywcem zestawu. Twardy kij może spowodować uszkodzenie delikatnej przynęty, jej zerwanie podczas wymachu. Podczas zacięcia zaś zdarzyć się może wyrwanie rybki z sumiej paszczęki. Długość wędziska natomiast ułatwia precyzyjne, pewne zacięcie oraz prowadzenie ryby podczas holu. Koledzy łowiący sumy na krótkie patyki, moim zdaniem, bardziej liczą na łut szczęścia, niźli na umiejętności techniczne. Sumy uwielbiają miejsca pełne zawad, kamieni, zatopionych drzew, gałęzi. Znam na Wiśle kilka stanowisk, gdzie za miejsce zamieszkania wybrały sobie utopione samochody - wyłowionego natychmiast zastępuje inny zwolennik motoryzacji. Krótkie wędzisko to przede wszystkim zmaganie siłowe - by hol był świadomy i prawidłowy technicznie, trzeba nabiegać się po brzegu, co nie zawsze jest możliwe. Skontrowanie ucieczki suma, zmuszenie go do zmiany kierunku, oderwanie od dna jest stosunkowo proste, jeśli dysponuje się czterometrową tyką. Znam kolegów - osobliwie na Ukrainie - używających do połowów żywcowych wędzisk pięcio- i więcej metrowych. Są to jednak wędki niebywale ciężkie, przerabiane własnoręcznie z najmocniejszych teleskopów, o niewiarygodnie grubym dolnym segmencie. Na takie wędki łowią wędkarze, którzy kładą największy nacisk na hol ryby oraz na bardzo precyzyjne podanie żywca z brzegu. Przyciśnięci do muru przyznają jednak, że bardziej liczą na sandacze, choć dodatkowe, przesuwane przelotki na trzech pierwszych segmentach oraz top z pełnego włókna szklanego jest zabezpieczeniem na wypadek sumowego ataku.

Karpiówka lub specjalistyczne wędzisko szczupakowe to duży wydatek. Nie każdego nań stać. Możliwe jest wybranie niezłego wędziska do połowu sumów metodą spławikową spośród ciężkich teleskopów obecnych na polskim rynku. Podstawowa zasada doboru - kij musi być mocno zbieżny, a więc musi mieć bardzo gruby dolny segment. Konieczne są usprawnienia - na pierwszych trzech segmentach należy umieścić dodatkowe, przesuwane przelotki. Pierścienie suwające się po blanku należy zabezpieczyć podklejając ich stronę wewnętrzną cienką tkaniną - średnicę dobieramy w taki sposób, by po podklejeniu znajdowały się idealnie w pół składu. Zabezpieczenie jest bardzo istotne, zarysowana bowiem powierzchnia wędziska sprawia, że kij łamie się bardzo łatwo.

Kolejnym usprawnieniem jest zdjęcie i powtórne osadzenie uchwytu kołowrotka lub całkowita jego zmiana. Na rynku pojawiły się ostatnio uchwyty grafitowe z gumową podklejką pod stopkę kołowrotka. Są bardzo dobre i sztywno trzymają, co ma ogromne znaczenie podczas łowienia dużych ryb. Ideałem byłoby dobranie uchwytu śrubowego o odpowiedniej średnicy, ale te bardzo grube, choć produkowane na Zachodzie, rzadko do nas trafiają. Trzeba więc poprzestać na sztywnej i ciasno nawiniętej omotce. Doskonałe są mało rozciągliwe plecionki wędkarskie - przekrój ok. 0,15 mm. Najlepszy jest bodajże Spider Wire, który ma bardzo regularny splot i nie wchodzi w reakcję z dwuskładnikowym, chemoutwardzalnym lakierem, który dodatkowo wzmacnia wiązanie.

I tutaj czas na bardzo ważną sprawę dotyczącą wszystkich wędzisk i wszystkich technik połowowych. Bardzo pospolitym błędem w sztuce jest hol ryby ze zbytnio uniesioną szczytówką. Powoduje to znaczne przeciążenia wędziska, często ponad ich wytrzymałość. Zastanawiałem się, w jaki sposób opisać prawidłowe trzymanie kija podczas forsownego holu, szukałem jasnych i zrozumiałych sformułowań, notowałem je w zeszyciku. Tymczasem jednozdaniową definicję usłyszałem nad Dnieprem:

- Holuj tak, by przez cały czas widzieć górny koniec kija - warknął któryś z ukraińskich wędkarzy. W tym zdaniu zawiera się cała technika i bezpieczeństwo sprzętu. Dotyczy ono najbardziej wędzisk przeznaczonych do żywcowych i spławikowych polowań na sumy, a to z racji długości kijów. Podniesienie wędki nad głowę, a nawet zdarzające się uniesienie szczytówki za plecy, musi spowodować złamanie wędziska.

Sporo firm o światowej renomie produkuje wędziska teleskopowe o dużej wytrzymałości, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klienta. Istnieją teleskopowe karpiówki, szczupakówki oraz wędziska morskie. Wiele z nich spisuje się poprawnie, ale pozostaną na zawsze kompromisem między komfortem (lenistwem?) wędkarza a właściwościami użytkowymi. Dla wielu z nas duże znaczenie ma wygodniejszy transport kijów, fakt, że można dzięki teleskopom montować zestawy w domu i przygotowanie wędki na łowisku trwa minutę, dwie. Należy zdawać sobie sprawę z tego, że wędziska teleskopowe są słabsze od segmentowych i używanie ich do połowu dużych i bardzo dużych ryb w końcu okazuje się mniej wygodne. Wie o tym każdy, kto kilka razy walczył z medalowym sumem. Produkowane są oczywiście teleskopy wykonywane w reżimie najnowocześniejszych technologii, ale ich cena przyprawić może o zawrót głowy przeciętnego wędkarza. Podsumowując: wydaje mi się, że warto na zakup dobrego kija sumowego wydać więcej pieniędzy i nabyć wędzisko segmentowe. Daje ono pewność, precyzję i możliwość naprawdę świadomego, mądrego holowania wielkiego i cwanego suma.

  • Kije spinningowe

O ile da się korzystać - mimo wszystko - z wędek teleskopowych przy stosowaniu techniki żywcowej, spławikowej, a od biedy także ciężkiej gruntówki, o tyle łowienie wąsali na teleskopowe spinery jest pomysłem poronionym...

W żadnym więc przypadku teleskopy - znalazłem co prawda w katalogach wędziska tego typu o dużej masie wyrzutu, ale po wzięciu ich do ręki doszedłem do wniosku, że wiara w informacje producenta zakrawa na naiwność. Duży, naprawdę duży sum z "teleskopowym" spinningistą zrobi co zechce.

Dobry kij spinningowy przeznaczony do połowów sumowych musi być mocny, ale elastyczny, pozwalać na rzuty ciężkimi przynętami, na forsowny, siłowy hol. Powinien być możliwie długi, mieć co najmniej 2,7 m długości, najdoskonalsze przelotki i długą rękojeść. Uchwyt kołowrotka wykonany winien być z najlepszych materiałów i trzymać stopkę bardzo sztywno. Przy przeciążeniach, jakie mają miejsce podczas walki z bardzo dużymi rybami nie bardzo spisują się modne ostatnio przesuwane pierścienie grafitowe. Są one - rzecz jasna - bardzo wygodne, mocne i poprawnie utrzymują kołowrotek, ale przeznaczone są do bardziej finezyjnych technik połowowych, do precyzyjnych kołowrotków i cienkich żyłek. Siłowy hol za pomocą potężnego kołowrotka, na żyłce o wytrzymałości 10 kg może spowodować wgniatanie korka rękojeści i w rezultacie odpadnięcie kołowrotka w trakcie holu. Równoznaczne jest to ze zniszczeniem sprzętu i z utratą ryby.

A więc śruba, jeszcze raz śruba. Najlepiej z podwójnym pierścieniem mocującym, co zabezpiecza przed samoistnym poluzowaniem uchwytu. Sam uchwyt powinien znajdować się wysoko, co najmniej 40 cm powyżej dolnego końca wędki. Umożliwia to dwuręczne rzuty oraz wygodny chwyt w trakcie holu. Opieranie dolnika o przedramię, możliwość wsparcia go o biodro ma ogromne znaczenie. Zmęczenie ręki bardzo często jest przyczyną wyczepienia się ryby w ostatniej chwili, szczególnie w newralgicznym momencie lądowania drapieżnika. Blank wędziska powinien być zaopatrzony w zwiększoną liczbę przelotek - od ośmiu wzwyż. Rozkłada to we właściwy sposób naprężenia powstające podczas walki - kij jest bardziej sprężysty, lepiej amortyzuje zrywy ryby, w efekcie szybciej ją męczy a mniej forsuje wędkarza. Same przelotki powinny być dość wysokie, wsparte koniecznie na podwójnych stopkach. Ich pierścienie muszą mieć sporą średnicę - na szczycie ok. 5 mm, od strony kołowrotka co najmniej 30 - co pozwala na dłuższe rzuty, zaś podczas "przytrzymywania" i "pompowania" nie załamuje żyłki. Co do masy wyrzutowej zdania są podzielone nawet wśród arcymistrzów spinningu. Niektórzy uważają, że ciężar wyrzutu do 40 g jest całkowicie wystarczający, inni używają spinerów, które pozwalają na wyrzucanie 150 g kowadeł. Moim zdaniem, najrozsądniejszy jest kompromis - sam korzystam z wędzisk o masie wyrzutowej do 80 g, choć w moim arsenale najcięższa wahadłówka waży "tylko" 48 gramów. Ten 32-gramowy nadmiar daje mi jednak komfort... psychiczny - wiem, że w ręku mam naprawdę mocny sprzęt, choć pozwala mi wciąż sądzić, że łowię, hm ... delikatnie. Wędziska 150-200-gramowe, z których korzysta wielu sumiarzy preferujących spinning, wydają mi się zbyt "pałowate", są na ogół bardzo ciężkie, zaś ekspediowanie nimi 20-gramowych twisterów czy nawet 30-gramowej Algi zanadto przypomina coś, co w Wielkiej Brytanii określa się mianem "rzutu z kija od szczotki".

W ogóle spinning jest metodą zbyt finezyjną, by psuć sobie przyjemność, używając nadmiernie wytrzymałych, mocnych, brutalnych wędzisk. Mam przyjaciół, którzy do spinningowania używają krótkich (3,60 m) karpiówek o ugięciu 1,5 do 2,0, po dorobieniu do nich dolnej rękojeści z korka czy neoprenu, ale na łowisku wyglądają oni na ludzi zmagających się z każdym rzutem, co, moim zdaniem, przeczy sensowi spinningu; z tym, że lepsze jest to od używania trzymetrowej, pełnej Germiny czy wędzisk morskich z litego włókna szklanego. Taka wędka to najmarniej pół kilo wagi, dodać do tego półkilowy kołowrotek i miast spinningisty mamy do czynienia z atletą. Większość zwolenników spinningu uważa, że najlepszą przynętą na sumy jest tradycyjna błystka wahadłowa. Dla nich konieczne są wędziska o zdecydowanej akcji. Ostatnio jednak zaciekłych fanów zdobywają przynęty gumowe - na rippery, twistery oraz ich hybrydy z roku na rok pada więcej dużych sumów. Mimo, że "gumki" sumowe osiągają znaczne rozmiary i są obciążane odpowiednio cięższymi główkami, to rzadko przekraczają masę 30-35 g. Specjalnie dla tych spinningistów, niektóre firmy skonstruowały ciężkie jigówki o masie wyrzutowej do 50 a nawet do 80 g. Przypominają one budową wyjątkowo mocne feedery, w których blank zbudowany jest z bardzo mocnego kompozytu węglowego, zaś wymienna szczytówka z pełnego włókna szklanego ze sporą domieszką węgla. Coraz częściej nad wodą można spotkać kolegów, którzy do jigowych połowów sandaczy używają delikatnych wędzisk typu multipicker i feeder - ciężkie jigówki są mutacją tych wędek. Sum mimo swojej potężnej paszczęki miewa kaprysy i potrafi skubać gumki, niczym przejedzony sandacz, poza tym ma tendencję do wypluwania podejrzanych przynęt. Ciężkie jigówki są więc przeznaczone dla wędkarzy, którzy pragną dostrzegać każdy kontakt ryby z przynętą i chcą nie tylko czuć "na kiju", ale i widzieć brania.

Kołowrotki sumowe

Zaprzysięgli sumiarze wywodzący się ze starej szkoły za najlepsze kołowrotki sumowe uważają "bębenki" o ruchomej szpuli i kto wie, czy nie mają racji. Własne palce są z pewnością najbardziej precyzyjnym hamulcem, brak kilkukrotnego przełożenia i załamania żyłki na kabłąku daje najpełniejszy, niemal bezpośredni kontakt z przynętą i z zaciętą rybą.

Zwolennicy kołowrotków o szpuli ruchomej stanowią najbardziej wiernych kontrahentów "turystów" ze Wschodu przyjeżdżających na nasze targowiska. Co zręczniejsi w palcach i mający pojęcie o ślusarstwie przerabiają "katuchy", zaopatrują je w łożyska i sprawniejsze hamulce; nie zastąpią takich kołowrotków żadnym innym podczas połowów na ciężką gruntówkę.

Kołowrotki o ruchomej szpuli przeżywają na Zachodzie renesans, potrafią być droższe od snujących standardów, wykonane są w kosmicznych technologiach, zaopatrywane bywają w hamulce magnetyczne, wodziki i tym podobne bajery. W Polsce, mimo długoletniej tradycji, już nikt nie produkuje bębnów. Szkoda.

Jeśli decydujemy się na taki właśnie kołowrotek, to powinien być on lekki i mocny zarazem, mieć porządną, nie rozginającą się stopkę oraz średnicę od 12 cm wzwyż. Jeśli kupujemy ruską katuszkę, to trzeba koniecznie wymienić na dłuższe i lepiej się obracające obydwie korbki. Przeróbek takich dokona większość warsztatów zajmujących się naprawą sprzętu wędkarskiego, w niektórych z nich można też kołowrotek łożyskować, pamiętając, że przeróbka taka jest droższa od ceny bębenka. W rezultacie jednak można otrzymać sprzęt, który służyć będzie przez dziesięciolecia i działać będzie sprawniej od niejednego produktu firm zachodnich.

Wielu kolegów nie mających zaufaniu do kołowrotków o stałej szpuli, a tęskniących do nowoczesności, postawiło na multiplikatory. Szczególnie dla zwolenników gruntówki wybór wydaje się właściwy. Mogą go używać także ci, którzy lubią łowić ciężko na żywca. Jeśli multiplikator, to w żadnym przypadku niskoprofilowy. Kołowrotki te bowiem przeznaczone są do lżejszego spinningowania i dla cieńszych żyłek. Tymczasem zasadą w polowaniu na sumy jest dwieście metrów trzydziestki piątki - czterdziestki na szpuli. Można jej tyle nawinąć na multiplikatory większych rozmiarów, przede wszystkim przeznaczone do połowów morskich. Ich zaletą jest to, że zestaw można wyrzucić bardzo daleko oraz to, iż podczas holu ma się bardziej naturalny kontakt ze zdobyczą. Hamulec daje się wyregulować równie precyzyjnie, jak w kołowrotku snującym zaś przewaga multiplikatora jest widoczna podczas niespodziewanie dynamicznych ataków ryby - wciśnięcie sprzęgła w ułamku sekundy pozwala na swobodną ucieczkę drapieżnika i kontrolowanie wysnuwania się żyłki przy pomocy kciuka. Ponowne włączenie hamulca mechanicznego, to każde poruszenie korbą.

Znam kilku wędkarzy, którzy cenią sobie multiplikatory w spinningu, szczególnie podczas łowienia na klasyczne błystki wahadłowe. Moim zdaniem jednak, kołowrotek snujący jest o wiele wygodniejszy, łatwiejszy w obsłudze i nie wymagający wiele miejsca podczas wymachów wędziskiem. Sam posiadam niezłej klasy multiplikator i wędzisko z łamaną rękojeścią, czasami chodzę z tym kompletem nad wodę i niekiedy nawet wracam z pokaźną zdobyczą. Jednak motywacja, która mi przyświeca daleka jest od czysto wędkarskiej. Uważam po prostu, że każdy doświadczony i ambitny wędkarz powinien umieć łowić na wędkę z multiplikatorem i od czasu do czasu trenować, by nie wyjść z wprawy. Być może zakrawa to na snobizm - zgadzam się, że rzecz to podobna do tenisa młodszych i sprawniejszych fizycznie polityków, czy konna jazda niektórych biznesmenów.

Najwygodniejsze i najprostsze w obsłudze są kołowrotki o stałej szpuli. Można ich używać podczas połowów każdą techniką. Kołowrotek snujący do łowienia sumów nie musi być szczytem techniki, nie musi mieć bardzo wielu łożysk, choć pożądane jest, by był zaopatrzony w trzy "kulkowce". Ale niektóre kołowrotki jednołożyskowe, pod warunkiem, że gniazda ślizgowe i osie są wykonane z solidnego materiału i same są odpowiednich rozmiarów, nieźle spisują się podczas forsownych holów.

Wymagania wobec kołowrotków przeznaczonych do łowienia sumów dają się streścić w kilku zdaniach. A więc powinny mieć szeroką, głęboką szpulę, tak by można było nawinąć na nią co najmniej 200 m żyłki o przekroju 0,35-0,40 mm. Taka żyłka dobrze "pamięta" kształt szpuli, stąd przewaga szpul szerokich i bardzo szerokich. Kołowrotek sumowy nie powinien mieć zbyt dużego przełożenia. Wie o tym każdy posiadacz roweru wyścigowego czy górskiego - zbyt duże przełożenie utrudnia a nawet uniemożliwia wjechanie pod stromą górę; kilkakrotnie widziałem nad wodą, jak wędkarze holujący suma "ukręcali" korby kołowrotków o zbyt dużym przełożeniu. Wynika stąd, że kołowrotek sumowy musi mieć długą, bardzo solidną korbkę, a także stopkę i kabłąk. Rolka powinna być szeroka, zaś pałąk nie może się odginać podczas przytrzymywania i ścigania ryby. Hamulec musi być bardzo precyzyjny i pracujący bez najmniejszych skoków. Należy go wyregulować na tzw. MAX, czyli tuż poniżej wytrzymałości żyłki lub przyponu. Regulacja taka gwarantuje dwie rzeczy: że żyłka nie zerwie się podczas holu i lądowania oraz, że każdy "atak na wędkę" zmęczy suma porządnie.

W czasach standaryzacji rynkowej łatwiej kupować i łatwiej pisać o towarach. Niemal wszyscy producenci sprzętu wędkarskiego podobnie opisują wielkość kołowrotków i pojemność szpuli. I tak najmniejsze modele zawierają liczbę 10, może to być sama 10, może to być liczba 1010, 410, 100. Dobry kołowrotek sumowy powinien być "sześćdziesiątką", aczkolwiek niektóre "pięćdziesiątki" spełniają wymagania, o których było wyżej. "Czterdziestki", choć niekiedy mają bardzo dużą pojemność najczęściej posiadają zbyt wąską, "pamiętliwą" szpulę, przez co zdarzają się podczas rzutów częste splątania żyłki znacznie je osłabiające i zagrażające "wystrzeliwaniem" ciężkich przynęt i zestawów.

Sumowe akcesoria

Zaczynam od żyłek i linek. Żyłki monofilowe na suma muszą być produktami najwyższej klasy. Nie ma potrzeby używania żyłek o przekroju większym niż 0,35 (spinning) i 0,40 (pozostałe techniki), należy tylko wymagać, by miały one odpowiednią wytrzymałość: ok. 8-10 kg.

Przy poprawnym wędzisku, niezłym kołowrotku i dobrym wędkarskim warsztacie, nie ma praktycznie suma, którego na "trzydziestkępiątkę" nie dałoby się wyjąć. Żyłki grubsze od czterdziestki znacznie skracają rzuty, powodują szybkie spływanie zestawu gruntowego, przyciąganie żywca ku wędkarzowi oraz utrudniają zacięcie przy przystawce.

Coraz modniejsze są ostatnio wędkarskie plecionki. Ich nadzwyczajna wytrzymałość, niemal "zerowa" rozciągliwość i całkowity "brak pamięci" zachęcają wędkarzy. Pewność daje już plecionka o przekroju 0,22. Ma ona wytrzymałość ponad 10 kg. Wędkarze przedkładający nade wszystko moc linek mogą skorzystać z "trzydziestki", która z reguły wytrzymuje ok. 20 kg. Tu jednak istotna uwaga - plecionka wymaga idealnego układania zwojów na szpuli. Takich kołowrotków nie jest na świecie zbyt wiele. Warto więc podczas zakupu mieć ze sobą kilkadziesiąt metrów starej żyłki i sprawdzać regularność nawijania. Warto - czasami mało znane firmy wypuszczają na rynek niedrogie kołowrotki świetnie układające linki.

Plecionka stawia większe wymagania także wobec wędzisk - powinny być one dużo bardziej elastyczne, aż do akcji środkowej włącznie. Należy pamiętać, że monofil z racji sporej rozciągliwości pełni funkcję amortyzatora, zaś w przypadku stosowania plecionek rolę tę musi przejąć kij i hamulec kołowrotka.

Podobnie jak nie polecam zbyt grubych żyłek, tak nie jestem zwolennikiem potężnych haków podczas łowienia sumów. Uważam, że haki nr 1/0-2/0 w zupełności wystarczą do zbrojenia żywców, dżdżownic, żabek, turkuci, wątróbek, jelit, ślimaków i na co tam jeszcze można łowić sumy. Wąsal z reguły połyka przynętę pełna gębą (wyjątkiem są "gumki" i blachy wahadłowe) i bardzo głęboko. Drgania spławika w zestawie przystawkowym - jak wykazały podwodne obserwacje - spowodowane są obmacywaniem kąska wąsami lub zaopatrzonymi w liczne komórki smakowe okolicami paszczy. Samo pobranie pokarmu to gwałtowny wsys i natychmiast uruchomiony odruch połykania. Jednak jakiekolwiek zakłucie, wyczucie nienaturalnej twardości haka, powoduje natychmiastowe wyplucie przynęty.

Sumowa paszczęka jest dobrze umięśniona, wysłana mocnym naskórkiem. W przeciwieństwie do kościstej mordy szczupaka i sandacza, ostry hak dobrze wnika i znakomicie trzyma się w gębie wąchala. Haków o wyższej numeracji łamanej (3/0, 4/0, 5/0 itd.) używa się tylko do zbrojenia bardzo dużego żywca podczas zasiadki na konkretnego, wypatrzonego giganta.

Haki muszą być bardzo mocne, koniecznie kute, o niezbyt długim trzonku. Najlepsze są karpiowe, specjalnie projektowane i konstruowane dla dużych i gwałtownych naprężeń. Powinny mieć dość szeroki i łagodnie wyprofilowany łuk kolanowy oraz być bardzo ostre. Nie polecam tu ostrzenia haków korudndowymi osełkami - tarcie nigdy nie zastąpi ostrzenia chemicznego czy laserowego. Hak stępiony na zaczepach należy po prostu wymienić na nowy.

Podczas łowienia na przynęty naturalne nie ma potrzeby stosowania kotwiczek. Używane są wyłącznie do zbrojenia przynęt spinningowych. Muszą być także mocne, ostre ( tu dopuszczalne jest ostrzenie mechaniczne) i mieć dobrze odchylone zadziory. Tendencja do usuwania zadziorów dobra jest w przypadku łowienia mniejszych ryb, sum natomiast stwarza na kiju tyle niespodzianek i jest tak cenną zdobyczą, że haki bezzadziorowe wydają mi się przerostem etyki.

Ciężarki powinny być możliwie najlżejsze, byle tylko utrzymywały przynętę w jednym miejscu. Doświadczonych sumiarzy niemalże oburza fakt stosowania na kanałach i w zbiornikach zaporowych ciężarków rzecznych, kilkunasto czy kilkudziesięcio dekagramowych. Tymczasem ciężarek służy wyłącznie do zarzucenia zestawu oraz do utrzymania go w miejscu. Na wodach stojących w zupełności wystarczy masa 30-40 g, czyli taka, która umożliwi wyprostowanie żyłki zwolennikom samozacinania się ryb szczytówką kija. Kolegom przenoszącym na sumy metodę karpiową potrzebne będą obciążniki nieco lżejsze.

Na wody bieżące konieczne są jednak obciążenia dużo większe. W pewnych warunkach usprawiedliwiony jest nawet ciężarek 250 g. Kształt właściwie dowolny, nieźle trzymają się dna podłużne trylinki, ołowiane lane w łyżce... Najbardziej praktyczne jednak wydają się gruszkokształtne obciążniki z uszkiem bądź wtopionym krętlikiem, a także piramidki, stożki i walce zaopatrzone w uszko.

W tej książeczce chciałbym lansować podpatrzoną nad Dnieprem metodę łowienia sumów na ciężko gruntówkę denną z przyponem bocznym, swoisty sumowy pater noster - "irlandkę", jak nazywają ją Ukraińcy. Ciężarki z kanalikiem, płaskie i najczęściej kanciaste nie bardzo nadają się do prawidłowego zamontowania zestawu.

Węzły stosowane przy montażu sumowych zestawów przedstawiam na rysunku. Wymagają one trochę fatygi, ale gwarantują wytrzymałość. Np. standardowe, pętelkowe łączenie przyponu z linką główną jest dużo słabsze od węzła zderzakowego, poczwórny węzeł chirurgiczny jest najlepszy do mocowania troka bocznego. W przypadku świadomego nastawienia się na sumy lepiej nie używać żadnych agrafek, krętlików, drucianych łączników i do minimum ograniczyć liczbę kółek łącznikowych. Tam, gdzie da się to zrobić, należy wiązaćłączenia bezpośrednio na żyłce.

Sygnalizatory znacznie zwiększają komfort łowienia. Sumy nie są rybami, które wymagają bezustannej koncentracji na spławiku czy szczytówce wędziska. Jeden z moich przyjaciół podczas sumowych zasiadek zawzięcie czyta zaległą prasę. Gdyby czynił to podczas polowania na każdą inną rybę, uważałbym to za pogwałcenie wszystkich wędkarskich zasad - w przypadku oczekiwania na branie wąsatego drapieżnika można usprawiedliwić nawet krótką drzemkę.

Oderwanie się od wędek umożliwiają sygnalizatory dźwiękowe. Choćby najprostszy i najpospoliciej spotykany dzwoneczek przyczepiany do szczytówki. Dzisiaj, w czasach eksplozji elektroniki, produkuje się wiele modeli nowoczesnych sygnalizatorów. Piszczą one, wygrywają różne melodyjki, wyją, buczą, brzęczą i często świecą na dodatek. W wodach stojących podczas zasiadek można używać sygnalizatorów mocowanych na podpórce wędziska i informujących nie tylko o samym braniu, ale nawet o szybkości wysnuwania żyłki. Na wodach bieżących trzeba korzystać z urządzeń działających na zasadzie wyrwania żyłki ze specjalnego uchwytu, co zamyka obwód elektryczny i uaktywnia sygnalizację.

Sygnalizatory można stosować nie tylko podczas połowów gruntowych - także podczas łowienia na żywca, pęk dżdżownic i inne przynęty podane nad dnem, w pół wody czy pod wierzchem użycie ich wydaje się zasadne.

Osęka - przyrząd ten, służący do lądowania wyjątkowo dużych ryb, od lat budzi kontrowersje w środowisku. Teoretycznie służy do odhaczania ryby za łuki skrzelowe, ale gdyby miał być urządzeniem bezkrwawym, miałby łagodne, zaokrąglone zakończenie. Tymczasem porządna osęka, zwana niekiedy gafem, jest ostra jak hak Mustada. Po doprowadzeniu suma do brzegu, nie ma czasu, a często i okazji, do kombinowania, jakby tu trafić pod pokrywę skrzelową. Wbija się ostrze gafa w tułów ryby, byle w przednią część ciała. Brzmi to makabrycznie, ale trzeba rzeczy nazwać po imieniu. Historie o podbieraniu sumów chwytem "noworodkowym", czy wynoszenie ich z wody niczym nową żonę na progu domostwa nie wynika z przesłanek etycznych, a z braku osęki. Nad Dniestrem spotkałem co prawda fachowców potrafiących wyrwać suma z wody chwytem za dolną, pozbawioną długich i ostrych zębów szczękę. Najlepsi sumiarze czynią to gołą dłonią, ostrożniejsi mają "na wyposażeniu" bramkarską rękawicę. Ruchoma jest wszak wyłącznie dolna szczęka, nie grozi więc jednak nie polecam. Pozostaje więc gaf - z jednym wszakże zastrzeżeniem: ranionego osęka suma należy uśmiercić natychmiast po wyjęciu z wody. Przetrzymywanie go na agrafce jest niepotrzebnym przysparzaniem cierpień żywemu stworzeniu.

Sposoby na suma

Wbrew powszechnej opinii można łowić sumy na wiele sposobów. To nie tylko ciężka gruntówka, ale i spinning, żywcówka, spławikówka, przystawka. To także kilka odmian, kilka wariantów w każdej z tych technik.

Podstawowym narzędziem połowowym, znacznie zwiększającym wędkarskie szanse, jest głowa łowcy, jego doświadczenie i wiedza o sumowych obyczajach. Nie wystarczy najbardziej nowoczesny sprzęt, najlepiej zmontowany zestaw - trzeba przede wszystkim wiedzieć, gdzie podać przynętę, czy ulokować ją na dnie, czy pod powierzchnią, co powinno być tą przynętą...

Dość często można spotkać nad wodą doskonale wyposażonych wędkarzy, którzy w bezpośredniej konfrontacji z właścicielami wysłużonych bambusówek ponoszą sumową klęskę. Przyczynę tych porażek wyjaśnił mi niegdyś pewien sędziwy łowca sumów spod mostu Gdańskiego w Warszawie.

- Ja - mówił z papierosem przyklejonym do warg - w swoim pudełku mam bałagan, bo to pojemnik bez przegródek, zwyczajna puszka po landrynach. Oni w swoich wspaniałych pudełkach wszystko mają poukładane starannie i na pokaz. Ale ja w głowie ułożyłem starannie wiele lat doświadczeń z sumami; dla mnie wiatr, ciśnienie, stan wody, jej barwa, a także dźwięki, zapachy i mnóstwo innych rzeczy jest informacją o sumie. Otwieram szufladę we łbie i wyciągam najlepszy sposób na suma. Oni z przegródki wyjmują cudo z kosmicznych technologii. Panie, gdzie kosmos, a gdzie Wisła?

  • Gruntówka z ciężkim ołowiem dennym

Zanim zajrzymy nad Wisłę, Odrę czy Dniestr, trzeba pogrzebać w przegródkach kosmicznego pudełka. Tradycyjny zestaw gruntowy potrafi zamontować każdy wędkarz, ale warto go pokrótce omówić. Od końca: a więc mocny hak, najlepiej z oczkiem, długi, nawet metrowy przypon z żyłki 0,35. Lepiej używać monofilu - zęby suma nie posiadają ostrych krawędzi jak u szczupaka, nie grozi ucięcie przyponu. Modne ostatnio jest sporządzanie stągiewek z plecionki coramidowej czy kevlarowej - co utrudnia przegryzienie jej przez szczupaka. Natomiast zęby suma przypominają tarkę, tudzież szczotkę do czyszczenia pilników - plecionka czepia się ich niczym rzep i może zostać przetarta włókno po włóknie. Zwolennicy przesadnych środków ostrożności mogą zastosować przypon wolframowy, pamiętając o tym, by krętlik zastąpić bardzo mocnym kółkiem łącznikowym. Moim zdaniem - i jest to powszechna wśród doświadczonych sumiarzy opinia - wąchal nie przecina żyłki i nie ma potrzeby stosowania wzmocnień. Od tej zasady czynię wyjątek na łowiskach, w których częstym gościem jest potężny szczupak - oczywiście wyłącznie podczas połowów na żywca.

A więc długi przypon z monofilu połączony z żyłką główną za pomocą węzła zderzakowego, nad nim stoper ze śruciny zaciskowej bądź gumowy, krótka, kilkumilimetrowa rurka igelitowa, zabezpieczająca od uderzenia ciężarka o stoper i wreszcie obciążnik główny, najczęściej sześciokątny, z kanalikiem przebiegającym przez dłuższą oś.

Mimo popularności zestaw ten ma poważny mankament: w przypadku dna wyścielonego grubą warstwą mułu (sumy lubią czasami ryć w takim podłożu w poszukiwaniu przekąski) przynęta może zostać zagrzebana. Na dnie wysłanym głazami uwięznąć może w kamieniach, schować się wśród gałęzi w faszynowym materacu.

Sum nazywany jest rybą dna, ale budowa jego paszczy wyraźnie informuje, że atakuje zdobycz od dołu ku górze, a więc głównie ryby i organizmy pływające nad dnem lub nawet nad powierzchnią. O dennych apetytach informują natomiast jego wąsy, ale pokarm pobierany z dna nie jest podstawa wyżywienia - to raczej przekąski i sumowa natura smakosza skłaniają go do obmacywania podłoża.

Sum, w przeciwieństwie do leszcza nie ma wysuwanego ryjka, którym może wybrać uwięźniętą między kamieniami czy w osadach przynętę, w przeciwieństwie do brzany nie ma inklinacji do podnoszenia łbem rzecznych otoczaków i wybierania jadalnych kąsków. Przynęta na suma powinna więc znajdować się nad dnem, bądź na nim łagodnie spoczywać. Takie położenie przynęty zapewnia "irlandka". Jest to gruntowy zestaw z trokiem bocznym, na którym mocuje się ciężarek z uszkiem. Tu musi nastąpić podkreślenie - to nie przypon skonstruowany jest z żyłki cieńszej o "oczko", a trok obciążnika. Sum podczas holu ma zwyczaj murować do dna, czasem wiele wysiłku trzeba włożyć w oderwanie go od podłoża. W trakcie walki bardzo często w gałęziach, między kamieniami, w innych zawadach więźnie ciężarek. Mocowanie go na cieńszej żyłce zapobiega utracie ryby - tzw. twardy zaczep likwiduje się siłowo, urywając ciężarek. Jeśli dzieje się to podczas holu suma, trzeba pamiętać o tym, by szczytówka wędziska nawet podczas zrywania ciężarka była uniesiona ku górze - należy się liczyć z silnym atakiem po odzyskaniu pełnego kontaktu z rybą. Są dwie szkoły mocowania obciążnika: pierwsza przenosi na sumy metodę karpiową i nakazuje wiązać trok "na sztywno", poczwórnym węzłem chirurgicznym. Ja sam jestem zwolennikiem przelotowego mocowania troka - na specjalnej przelotce bądź na krętliku. Właśnie ze względu na częste więźnięcie ciężarka. Dzięki temu, że żyłka główna ma się przesuwać przez oczko troka, nawet przy najsztywniejszym zaczepie mam nadal pełny kontakt z sumem, mogę kontrolować jego zrywy.

Mój gruntowy zestaw wygląda następująco: hak nr 2/0 na żyłce głównej 0,40, powyżej dwie dotykające się śruciny zaciskowe i gumowy stoper, przed nim przelotowo ulokowany trok boczny z żyłki 0,30 - jego długość jest nieco większa, ok. 1.20 m. W spokojnej wodzie tak zmontowany zestaw pozwala na swobodne, lekkie położenie przynęty na dnie, nie chowa się ona w mule, nie zginie wśród kamieni. W wodzie bieżącej natomiast będzie "powiewała" tuż nad dnem. Można ten zestaw zmontować z osobnym przyponem - a więc główna 0,40, przypon 0,35 przymocowany węzłem zderzakowym lub zestaw montowany na potrójnym krętliku, reszta jak wyżej...

Sum jest bardzo wrażliwy na drgania hydroakustyczne, najdoskonalszą przynętą jest więc żywiec. Zmieniany dość często. Do połowów gruntowych najchętniej używam jazgarzy, kiełbi, drobnych jelców, maleńkich krąpików. Tylko w ostateczności zakładam ukleję. Naturalnym odruchem tej ostatniej jest tzw. górowanie, ucieczka ku powierzchni i często wówczas następuje splątanie zestawu. Pal licho, że trzeba się nabiedzić z rozplątywaniem, ale zaburzeniu ulega cały zestaw i nawet jeśli nastąpi pobicie, to dodatkowe węzły, zasupłania potrafią znacznie osłabić żyłkę.

Tradycyjna przynętą gruntową jest rosówka, ale dość szybko traci ona ruchliwość. Można ją co prawda zmusić do dłuższego wicia się na haku przez przetarcie jej w fusach prawdziwej kawy ( na zmiennocieplne także działa kofeina), ale w czasach, gdy w sklepach wędkarskich pojawiła się super - żywotna dendrobena nie ma to większego sensu. Jestem zwolennikiem zakładania na hak kilku, czasem nawet kilkunastu robaków - na mój ulubiony 2/0 można przez kokonik przewlec 2 rosówki i 3 do 4 dendroben. Taka "miotła", jak nazywają to nad Dnieprem, potrafi skusić największe sumy, a omijana jest - w przeciwieństwie do pojedynczej rosówki - przez leszcze, krąpie i małe brzany. Czasem łakomi się na nią niebrzydki sandacz czy wielki rzeczny karp.

Od biedy na haku gruntówki mogą się znaleźć czerwone robaczki, ale trzeba ich mieć dużo - czasami warto ich założyć nawet kilkanaście, byle nie w łowisku rojącym się od jazgarzy i kiełbi. Dobrą przynętą jest także pęczek pijawek końskich, dwa duże, białe pędraki wielkich chrząszczy, turkucie podjadki czy niewielka żaba trawna. W miejscach, w których licznie występują raki amerykańskie, mogą one stanowić niezłą przynętę. Wbrew literaturze wędkarskiej nie trzeba im wcale zakładać przedziwnych chomąt z gumek aptekarskich - wystarczy przewlec grot przez chitynowy "dzióbek" między oczami i zabezpieczyć ostrze gumowym stoperem.

Jeśli zdecydujemy się na przynęty nieruchome, musimy pamiętać, że suma wabi smak i zapach. Świetny okazać się może filecik z ryby morskiej, drobiowa wątróbka i jelita, wieprzowe płucka, a u wylotu komunalnych nieczystości kostka konserwowej mielonki czy nawet połówka parówki.

Za dnia szukam suma - i tam podaję zestaw - w głębokich dołach za ostrogami, we wstecznych prądach wszelkich zatoczek, wrzynkach, wylotach łach. Jednak ulubionymi miejscami są głęboczki przy śródrzecznych wyspach i odsłoniętych przykosach. Wielki sum nie lubi być niepokojony. Wiedzą o tym doświadczeni sumiarze i większość z nich ma na stanie ponton umożliwiający im dotarcie do wysp, kęp i przykos. Prawdziwa wyprawa na sumy, taka "pełnowymiarowa", to dotarcie na łowisko po południu, spędzenie nocy nad wodą i doczekanie południa dnia następnego. Taktyka wygląda następująco:

  • w biały dzień, do 18.00 - przynęta podawana w centrum głęboczki
  • 18.00 - 21.00 - obławiany skraj głęboczki
  • 21.00 - 24.00 - przynęta podana na tzw. kant
  • 24.00 - 3.30 - sen sprawiedliwego z wędkami wyjętymi z wody
  • 3.30 - 4.00 - śniadanie i toaleta poranna
  • 4.00 - 5.00 - obłowienie płytszej wody przed głęboczką
  • 5.00 - 7.00 - przynęta podana na kant
  • 7.00 - 9.00 - obłowienie skraju głęboczki
  • 9.00 - 11.00 - przynęta podana w centrum plosa.

Nie zawsze jednak sumy przebywają w typowych dla siebie dołach. Zdarza się, szczególnie na dopiero zarastających wyspach, że za dzienną ostoję wybierają wgłębienia w płytach iłowych, cienie prądowe za wielkimi głazami, nad którymi woda gna jak opętana. Doświadczony wędkarz rozpoznaje takie miejsca na pierwszy rzut oka. Nad zbryleniami i kamieniami tworzą się na powierzchni wody tzw. zwary, czasem niemal niewidoczne zawirowania, spowolnienia i przyspieszenia nurtu. Warto wówczas zmienić nieco taktykę i do późnej nocy przeszukiwać obiecujące miejsce najcięższym zestawem. Nie jest to specjalnie trudne - wystarczy zarzucić daleko i co pół godziny skracać zestaw o kilka metrów, tak, by kończyć macanie dna tuż przy kancie.

Przy główkach wystających nad powierzchnię warto dwie, trzy godziny poświęcić na spenetrowanie płani przed ostrogą. Szczególnie na przełomie dnia i nocy. Sumy bardzo często wychodzą wówczas z dziennej ostoi i uganiają się za drobnicą oraz przysmakami na spowolnieniach przed główkami i między nimi.

Na odcinkach, na których rzeka kradnie ląd, pod wysokimi burtami, szczególnie na odcinkach dość zakrzaczonych, warto gruntówką spenetrować przybrzeżną rynnę. Wieczorem nawet bardzo duże sumy przeszukują okolice takich brzegów w poszukiwaniu przekąski. Najlepszą przynętą jest wówczas pęczek drobnych czerwonych robaczków. Wrzucenie kilkunastu na skraj nurtu może zwabić wąchala do przynęty. Bardzo rzadko nad na polskimi rzekami widzi się gruntówki ustawione tuż przy burcie, nad Dnieprem jest to stała wieczorna praktyka. Niekoniecznie ciężki zestaw musi się kojarzyć z nieustannym posyłaniem go jak najdalej od brzegu. Moi ukraińscy koledzy z reguły od godziny 18.00 do zmroku stawiali gruntówki kilka metrów od wysokich burt.

- ON przed wybraniem się na kolację złożoną z rybek - tłumaczyli mi - idzie na długą wycieczkę zaostrzającą apetyt. Płynie sobie pod prąd wzdłuż kantu i maca dno wąsiskami. Tu zgryzie racicznicę, tam zgniecie ślimaka, ówdzie połknie pijaweczkę. Wiedzą o tym łowcy leszczy i jazi stawiający na kancie swoje przystawki. Śmieją się z nich tzw. nowocześni wędkarze, że żyłki na leszcza zakładają grubaśne, ale to nie biała ryba jest przyczyną konstruowania mocnych wędek. Bardzo często wieczorową porą na postawione na leszcza gnojaki kusi się wielki sum. Wędkarze znad Dniepru płakać nie lubią, ryb głupio tracić, a suma do piętnastu kilo wyjmą na trzydziestkę żyłkę...

  • Sumowa przystawka

Znający sumowe trasy wędkarze za lepszą, lepiej znaczącą brania, mniej hałaśliwą uważają przystawkę. Konstruują więc mocne zestawy, dobierają odpowiednie spławiki, zaopatrują się w puszkę ruchliwych robaków kompostowych i chodzą wieczorami wzdłuż wysokich brzegów, tu i ówdzie zatrzymując się na kilka kwadransów. Metoda ta, pozornie przeznaczona wyłącznie do połowów białej ryby, w rękach doświadczonego sumiarza może przemienić się w mordercze narzędzie.

Zestaw przystawki spławikowej właściwie niczym nie różni się od tej przeznaczonej do połowu białej ryby. Jest oczywiście znacznie solidniejszy - żyłka główna może mieć nawet przekrój 0,40 mm, spławik 15 g wyporności, a obciążnik 20 g masy. Hak, najlepiej z oczkiem, kuty, z krótkim trzonkiem powinien być niewielki. Jak na suma, oczywiście, a więc 1/0-2/0.

Przypon bardzo długi, nawet do półtora metra, z żyłki o "oczko" cieńszej od głównej. Tutaj istotna uwaga dotycząca wszystkich technik połowu: najrozsądniej jest stosować wyłącznie żyłki jednego producenta i tego samego rodzaju. Tylko to gwarantuje, że linka główna i przypon będą miały podobną rozciągliwość że podane parametry wytrzymałościowe będą zgodnie z danymi na naklejce szpuli. Znam wędkarzy, którzy nie trzymali się tej zasady i sum zabierał im kilkadziesiąt metrów żyłki, bowiem przypon okazywał się mocniejszy, mimo mniejszego przekroju albo był zbyt rozciągliwy w porównaniu do linki głównej.

Przypon, rzecz jasna, powinien być mocowany węzłem zderzakowym, nad którym znajdować się musi śrucina zaciskowa bądź gumowy stoper zapobiegający zsuwaniu się ciężarka. Obciążnik jak najbardziej tradycyjny - oliwka bądź łezka. Spławik w kształcie wydłużonej kropki, a więc szerszy w dolnej części, co gwarantuje optymalnie stabilne zachowanie w zawirowaniach i prądach wstecznych. Prawdziwi sumowi mistrzowie stosują przystawkę bez spławika, którą łatwiej postawić jest na skraju nurtu, ale są to najczęściej ludzie, którzy potrafił trwać w pełnej gotowości całymi godzinami. Podają zestaw w dobrze rokujące miejsce, wypuszczają żyłkę łukiem, pozostawiają otwarty kabłąk kołowrotka, wkładając żyłkę w zacisk z gumki recepturki lub spinacza od bielizny. Bardziej nowocześni korzystają z sygnalizatorów elektronicznych lub nawet z kołowrotków z elektroniką wbudowaną wewnątrz.

Łowienie wielkich sumów ma wiele wspólnego z polowaniem na medalowe karpie - ci, którzy łowią na przystawkę bez spławika, często korzystają z karpiowych wędzisk, z kołowrotków o wolnej szpuli, a także zestawy montują podobnie jak na karpia. Nie trzeba opisywać szczegółowo takiego zestawu przystawkowego - jest to po prostu "irlandka" z mniejszym obciążnikiem.

Przystawka - zarówno ze spławikiem, jak i bez niego - jest techniką wieczorów. Właśnie wówczas sumy penetrują okolice swej dziennej ostoi w poszukiwaniu przysmaków. Zanim znajdą miejsce obfitujące w drobnicę, potrafił wzdłuż brzegu, stoku przykosy, skraju śródrzecznej rynny przepłynąć kilkaset, a nawet więcej metrów. Niewiarygodne, jak blisko brzegu, na jak płytkiej wodzie, przebywają wówczas ogromne ryby. Półtorametrowy sum przemieszcza się w niespełna metrowym kancie bardzo dyskretnie - na powierzchni nie rysuje się najmniejszy ślad jego obecności.

Na odcinkach rzek obfitujących w sumy warto poszukać wysokich brzegów, miejsc, w których nurt kradnie ląd. Będzie to z pewnością trasa wieczornych eskapad wąsatego drapieżnika. Bodaj najpewniejszymi miejscami są wysokie burty pomiędzy zerwanymi, zatopionymi główkami, za którymi sumy lubią przeczekiwać dzień. Ostrogi takie zwalniają nieco nurt, ale nie odsuwają go od brzegu. Między zerwanymi główkami osadza się cienka warstwa mułu, w której sumy znajdują masę przekąsek, co zapewnia regularne odwiedzanie kuszących miejsc.

Przystawka może być techniką wędrowną, można też na cały wieczór przylgnąć do jednego miejsca i czekać na suma. W pierwszym przypadku wędkarz wybiera dobrze rokujący odcinek brzegu i na kilka godzin przed zachodem słońca zaczyna go starannie obławiać. Niektórzy radzą wzdłuż wybranego odcinka tu i ówdzie wrzucić po kilka czerwonych robaków, podobno pobudza to suma do większej ruchliwości i zaostrzająco wpływa na jego apetyt.

Trzeba pamiętać, że poza człowiekiem duży sum nie ma praktycznie nieprzyjaciół mogących mu zagrozić, a jednak nie lubi wystawiać się na pokaz. O ile w głębi rzeki potrafi przepełzać niemalże przez trzydziestocentymetrowe przemiały, to do nie zarośniętego brzegu podchodzi niezmiernie rzadko. Lubi natomiast te odcinki, które pokrywają zwieszające się nad wodą krzaki. Wędrujący przystawkarz, idąc pod prąd, od sumiego ogona, na wybranym przez siebie odcinku stawia wędkę w każdym miejscu, które gwarantuje spokojny hol i lądowanie ogromnej ryby. Zestaw zarzuca się "pod krzaczek" i przez kwadrans, czasami pół godziny siedzi w ciszy, unikając tupania, stukania sprzętem, głośnego kaszlu. Myślenie o holu i lądowaniu jest w przypadku suma konieczności i dbałością o stan własnej psychiki. Dobry sumiarz nie poda przynęty w miejsce niepewne, choćby siedziało w nim tysiąc sumów. Nad wodą można usłyszeć opowieści o tym, jak ktoś przez dwie godziny mocował się z rekordowym sumem w miejscu, w którym nie sposób było go wylądować. Znam także opowieści o nieudanych holach na tych odcinkach rzek, które aż roją się od zawad - np. żelbetowych płyt z wysoko sterczącym zbrojeniem, wokół których silna ryba oplątuje żyłkę.

Dobry sumiarz nie postawi swojej wędki w miejscu, w którym nie będzie w stanie wylądować ryby. Sam nie chce przeżywać stresujących rozczarowań, nie pragnie też przysparzać męczarni rybie.

Ale wróćmy do wędrującego wędkarza z przystawką. Specjaliści zalecają wybrać taki odcinek brzegu, który pozwoli na co najmniej trzykrotny nawrót - nigdy nie wiadomo, kiedy sum wybierze się na swoją rajzę, ciekawsze przybrzeżne rynny potrafi też odwiedzać kilka dużych osobników, więc kilkakrotne spenetrowanie przyjaznych krzaczków jest grą wartą świeczki.

Sumiarz ceniący nade wszystko zasiadki powinien natomiast wybrać miejsce najlepiej rokujące na danym odcinku. Powinno być dość głębokie, o gwałtownym spadzie od brzegu, z jednej i z drugiej strony stanowiska osłonięte gałęziami zwieszającymi się nad wodę. Należy jednak uważać, by wolne było od zawad. Przynętę podaje się na sam kraj spokojnej wody i nurtu, czyli miejsce, w którym kończy się stromizna. Warto w sąsiednie stanowiska wrzucić po kilka robaczków, zaś w swoje wrzucać co jakiś czas małą porcję.

Przynęta musi być duża, tak by sum nie był w stanie odmówić sobie kąska. Wybitnie najlepsza będzie dendrobena, długo ruchliwa na haku. Oczywiście w pęczkach - po pięć, sześć sztuk. Niektórzy preferują końskie pijawki i ta przynęta wydaje mi się równie dobra. Sumiarz polujący na suma z zasiadki nie powinien zbyt często wyjmować z wody zestawu. Wąchal jest rybą nade wszystko ceniącą ciszę i spokój.

Posiadanie łodzi czy pontonu otwiera przed łowcą sumów całą rzekę. Przed zwolennikiem wieczornej przystawki także. Sum uwielbia wieczorami przechadzać się wzdłuż ledwo wystających nad wodę przykos. Byle nie były kurzawkowate. Szczególnie "sumodajne" bywają piaszczyste wyspy, na których pojawiają się pierwsze samosiejki wierzby. Wzdłuż odnurtowego, raptownego spadku wędrują w poszukiwaniu pożywienia dorodne sumy. Połkną wszystko, co im się podsunie pod paszczę. Wydaje się jednak, że najbardziej naturalny będzie maleńki żywczyk zaczepiony za wargę. Siedmiocentymetrowy kiełbik, nawet ukleja na przystawkowej "irlandce" zwabi suma z dużej odległości.

Niewiarygodne jest to, na jak małe żywce potrafi się skusić ogromna ryba. Ale trzeba pamiętać, że dwumetrowy sum nie popuści nawet pojedynczemu czerwonemu robakowi. Taki z niego smakosz.

I tu opowieść, nie-opowieść: otóż bardzo często po pracy, wieczorową porą wybieram się na ryby na warszawski brzeg powyżej mostu Grota-Roweckiego. Jest to odcinek ukochany przez leszczowych przystawkarzy. Za każdym razem można od któregoś z nich usłyszeć o tajemniczym, potężnym braniu. Po udanym zacięciu przygina kij, kilkakrotnie wali do dna, ucieka nad wodę... Pęka żyłka, rozgina się hak, trzaska szczytówka. Takie doświadczenia - a bywa, że leszczołap ma ich w sezonie kilka, każą na szpulę kołowrotka nawijać coraz grubszą żyłkę. Niektórzy przy okazji zasiadek na białą rybę dość często łowił nawet dziesięciokilowe sumy. Ale wyłącznie ci, którzy dysponuje kołowrotkami z dającym się precyzyjnie regulować hamulcem lub mistrzowie kołowrotka o ruchomej szpuli.

  • Sumowa żywcówka

Wielokrotnie już podkreślałem, że sum jest amatorem niewielkich rybek. Mimo wielkości jest drapieżnikiem, który pożywienie zdobywa w ruchu, potrafi uganiać się za drobnicą niczym niewielki okonek. Szczupak poluje z zasiadki, na atak zużywa masę energii, więc może prawdą jest to, że instynktownie ocenia opłacalność uderzenia i woli rzucać się na większą ofiarę. Sum w ciągu wieczora, nocy i poranka przemierza spore przestrzenie, odwiedza wiele miejsc, w których gromadzi się drobnica, szczególnie wierzchówki i bije w ławice, zgarniając do szerokiej paszczęki nawet po kilka ofiar.

Jego upodobanie do uklei jest zrozumiałe - te maleńkie rybki, nawet wypoczywając wśród nocy, nieustannie się poruszają, wytwarzając działającą na suma falę hydroakustyczną. Mimo, że wzrok nie jest najmocniejszą stroną wąchala, to nawet jego maleńkie oczka są w stanie dostrzec rybkę unoszącą się na tle nieba. Nawet ciemna noc nigdy nie jest kompletną czernią, o czym przekonują się płetwonurkowie patrzący w górę - ryby, przedmioty, unoszące się na powierzchni wody widać bardzo wyraźnie, są niezwykle kontrastowe. Podobno przypomina to zjawisko dość często podziwiane przez wędkarzy - te chwile, gdy na drugim brzegu rzeki zbiera się na burzę i na tle ciemnych chmur niezwykle wyraziście jawi się pierwszy plan.

Sum doskonale widzi swoje ofiary, natomiast one jego dostrzec nie potrafił. Bardzo ciemny grzbiet, błyskawiczny atak, fakt,

że poluje głównie na wypoczywające rybki, czyni z niego zjawę pojawiającą się najczęściej bezgłośnie, nie czyniącą zamieszania wśród drobnicy. Ot, woda rozstąpi się, zawiruje, zabełta.... Zaszumi przy tym, chlupnie przeciągle. I wszystko.

Czasami tylko, szczególnie w bardzo ciepłe noce, gdy sum jest mocno pobudzony i trafi na uklejowe eldorado, nad wodą unosi się słynne sumowe kwokanie. To sum bije w ryby tuż pod powierzchnią, wsysa swoje ofiary z potężną porcją wody, która cmoka, jak gdyby ktoś otwierał weki.

Kwokanie, niestety coraz rzadziej słyszane nad polskimi rzekami, ma właściwości wabiące. Z najdalszych okolic do takiego zawiadomienia o wyżerce ściągają duże sumy. To jasna informacja od pobratymca, coś w rodzaju: ale tu żarcia, jakże łatwo je zdobyć, tyle tego, że już mi się odbija? Siłę tego dźwięku od pokoleń znają wędkarze ze Wschodu. Wymyślili nawet urządzenie, za pomocą którego bardzo udatnie dźwięk wytężonego żerowania sumów można naśladować i ochrzcili je k w o k i e m. Nie ma potrzeby go opisywać, bowiem posługiwanie się nim nie jest bynajmniej proste, a samodzielne wykonanie wymaga snycerskich nieledwie umiejętności. Chętnych odsyłam do wędkarskiej literatury z dawnych lat i do "Wiadomości Wędkarskich", gdzie kwok pojawia się co jakiś czas.

Z urządzenia tego nawet w Rosji korzysta się coraz rzadziej, choć wabienie sumów jest tam nadal powszechne. Kwok został zastąpiony jednak przez zwyczajne szklane słoiki, którymi można kwokać nienajgorzej. Mały słoik - kwoknięcie niewielkiego suma, duży słoik - kwoknięcie potwora. Wystarczy trzymać słój za denko i uderzać otworem o gładką powierzchnię wody. Do wprawy można dojść przez kilka minut trenowania w wannie, choć docenić własne umiejętności można dopiero nad rzekł w ciemną, upalną wolną od wiatru i wilgotną noc. Echo słoikowego kwoknięcia niesie się wówczas kilometrami.

Kwokanie sumów przypomina karpiowe cmokanie podczas pobierania pokarmu z powierzchni wody, jest jednak dużo głębsze, mniej gwałtowne, dłużej trwające. Piszę o tym, bowiem wabienie sumów dźwiękiem zasadne jest wyłącznie podczas nocy, gdy żerują one intensywnie i kwokają naprawdę. Wabienie ich w noce chłodne, jasne, wietrzne ma niewielki sens - i tak w nie nie uwierzą.

Odgłosy żerowania to dla wędkarza informacja, że sum zainteresowany jest unoszącą się na powierzchni drobnicą, najlepszy czas na wędkę żywcową. Najskuteczniejszy jest standardowy zestaw ze spławikiem. Jako, że rzecz dzieje się najczęściej w nocy, warto zaopatrzyć się w bombkę umożliwiającą osadzenie chemicznego "świetlika". Sam spławik nie powinien być zbyt wielki, wystarczy 15-18 g. Dobrze, gdy będzie wydłużony.

Najwygodniejsze jest mocowanie przelotowe - ułatwia znacznie precyzyjne zarzucanie, nie przeszkadza podczas holu, nie wydłuża o ułamek sekundy zacięcia, zaś zmiana gruntu to wyłącznie kwestia przesunięcia gumowego stopera.

Wędkarze znad Dniepru przekonali mnie, bym używał możliwie najcieńszej żyłki bez żadnego węzła, a więc bez przyponu. Pozwala to na dłuższe wyrzuty, daje lepszy kontakt z przynętą, żyłka lepiej układa się na wodzie. W zupełności wystarcza w y s o k i e j k l a s y trzydziestka piątka. Problem umieszczenia ciężarka w przypadku korzystania z uklei nie istnieje - znajduje się on tuż przy haku, co zapobiega poplątaniu zestawu przez tę "górującą" rybkę, zaś dla suma wydaje się nie mieć najmniejszego znaczenia. Wystarczy, że żywiec "faluje", nie musi "chodzić", wąchal woli drzemiące w toni ofiary. Obciążnik nie powinien jednak być zbyt duży - stąd wybór małej bombki.

Montowanie zestawu odbywa się w następującej kolejności: stoper do ustalania gruntu, spławik, ciężarek (8-10 g) kulka lub łezka, cienka igelitowa rurka zapobiegająca "stukaniu" ołowiu o węzeł haka i wreszcie hak z oczkiem. 2/0 (w zupełności wystarczy). Sposób mocowania żywca jest obojętny. Ja zaczepiam go za wargę, ale nie jest błędem podczepienie za grzbiet. W przypadku suma nie ma to znaczenia. Sum zgarnia ukleję w mgnieniu oka, natychmiast stara się ją połknąć. Próbuje ją wypluć tylko wówczas, gdy zakłuje się ostrzem haka, co zresztą udaje mu się niezmiernie rzadko. To podpowiada, że nie ma potrzeby długiego wyczekiwania z zacięciem.

Za dnia ustawia się żywcówkę nad sumowymi dołami, zaś grunt ustala tak, by przynęta znajdowała się w pół wody. Sum miewa dość często niewytłumaczalne kaprysy nakazujące mu opuścić schronienie i wyskoczyć na małe co nieco. Potrafi to uczynić nawet w upalne południe. Szczególnie kuszące dla wędkarza miejsce, to wsteczne, krążące prądy za główkami, naturalnymi ujażdżkami, cyplami, zwalonymi drzewami. Spławik może długo i bez interwencji krążyć nad dzienną ostoją suma. Późnym wieczorem warto jednak przestawić wędkę na skraj dołu, a nawet oddalić się od niego znacznie. Sum wychodzi wówczas na kant, a nawet na płycizny. Trzeba jednak pamiętać, że sumowa płycizna to minimum metr wody - sum musi mieć możliwość nabrania rozpędu przy ataku i choćby niewielkiego ruchu w górę.

Koledzy, którzy mają możliwość poznania łowiska, powinni odszukać miejsca, w których na noc gromadzą się stada drobnicy i podawać żywca od strony pełnej i głębszej wody. Dobrze jest tak ustalić grunt, by przynęta znajdowała się nieco poniżej ławicy. Przyjęło się, że w bardzo ciepłe i bezwietrzne noce wystarczy głębokość 50-70 cm, w chłodniejsze do metra.

O aktywnym łowieniu na żywca z brzegu pisać nie będę, bowiem doświadczenie uczy mnie, że jest to bardziej kuszenie niezbyt dużych sandaczy i szczupaków, niźli prowokowanie sumów. Trzeba natomiast wspomnieć o łowieniu sumów z łodzi. I tu - wbrew znanej mi literaturze, pierwszy protest wobec Wschodu.... Sławna technika spławianej żywcówki Sabunajewa znana jest w Polsce od co najmniej trzystu lat. Tak przynajmniej twierdzą starej daty rybacy z Czerwińska i Wyszogrodu nad Wisłą. Podobnie mówił potomkowie rybackich rodów z Góry Kalwarii, Sandomierza i Tczewa. I są znacznie od Rosjan subtelniejsi - milimetrowe żyłki dobre były 25 lat temu, gdy ich wytrzymałość była bardzo niska.

Klasyka spławianej żywcówki wygląda następująco: trzyipółmetrowe mocne wędzisko, typowy sumowy kołowrotek, spory hak, może być nawet 8/0 i przytwierdzona na stałe tuż przy haku (istotna różnica w porównaniu z metodą rosyjską) 15 gramowa ołowiana kulka. Spływa się łodzią wzdłuż powolnych, głębokich rynien i co pewien czas podrywa przynętę do góry. By nie być posądzonym o zakazane w Polsce łowienie przez podnoszenie i opuszczanie przynęty, wędkarze zakładają na żyłkę spławik.

Spławik powinien być spory, przelotowy, mocno pękaty, tak, aby dobrze się trzymał wody i nie wyskakiwał z niej przy każdym szarpnięciu przynętą. Dziś, w dobie miękkich przynęt, coraz częściej jako przynęta stosowane są twistery i rippery na jigowych główkach. Najbardziej zajadli łowcy sumów znają jednak znaczenie, jakie ma dla wąchali smak i węch, dlatego zbroją główki martwą ukleją, kiełbiem lub wymiarową płocią

Przynętą na wędce żywcowej, w każdej jej odmianie, może być żaba trawna, rak pręgowaty, kilka turkuci czy pędraków, a przede wszystkim tzw. miotełka z kilku czy kilkunastu rosówek, dendroben lub pijawek.

Sumowy spinning

Tak naprawdę niewielu jest spinningistów specjalizujących się w połowie suma. Po pierwsze wymaga to specjalistycznego sprzętu, pod drugie jest sprawą żmudną, kończącą się bardzo często zejściem z łowiska na pusto. Dwa, trzy dni męczących, siłowych wymachów i przychodzi ochota rzucić w kąt ciężkie wędzisko, złapać najlżejszy spinerek i zapolować na klenie przed sumowymi główkami.

A jednak najcierpliwsi miewają rezultaty lepsze od zwolenników zasiadek, na spinning "idą" niemal wyłącznie sumy przynoszące satysfakcję. Duże przynęty atakowane są przez osobniki co najmniej metrowe, ważące ponad osiem kilogramów. Konsekwentny spinningista może w ciągu sezonu powalczyć z kilkoma sumami na medal.

Przynętami dnia są głównie ciężkie blachy wahadłowe sporych rozmiarów, głównie "trójki" i "czwórki". Przede wszystkim srebrzyste lub dwubarwne: strona wypukła srebrna, wklęsła złocista lub miedziana. W środku dnia obrzuca się przede wszystkim rozległe spowolnienia nurtu nad kamienistymi lub iłowo-gliniastymi śródrzecznymi rafami, a także duże zastoiska za główkami z silnymi prądami wstecznymi, kipielami, zwarami. Przynętę należy prowadzić bardzo wolno tuż nad dnem. Musi więc być ona bardzo ciężka - sumowi specjaliści kupują identyczne błystki w dwóch kolorach, rozbrajają je, wiercą dwa otwory, łączą blachy nitami i otrzymują znakomite przynęty sumowe. Można je posłać daleko w koryto i prowadzić w nurcie blisko dna. Przynęty takie można sporządzić szybko także na łowisku - wystarczy dwie błystki złączyć kółkami łącznikowymi. Podobno są skuteczniejsze od nitowanych - podczas ściągania klekocą, co ponoć dodatkowo wabi sumy.

Sumowe doły z wodą spokojną dobrze jest obławiać lżejszymi przynętami. Mogą to być cieńsze wahadłówki, duże obrotówki, ale ostatnio coraz bardziej powszechne staje się korzystanie z tzw. spoonów - wykonanych z tworzywa łyżek. Są to przynęty bardzo łowne, w miejscach pełnych zawad można je stosować w wersji jednohakowej z antyzaczepowym wąsem. Niektóre firmy produkują łyżki grzechocące - ze śrucinkami w korpusie.

Przysięgli zwolennicy gumek też mogą się spodziewać sumowego pobicia. Bardzo duży ripper naturalnej barwy lub przezroczysty, wzbogacony brokatem, wielki twister koloru białego, żółtego, brunatnego czy ciemnoczerwonego mogą być doskonałymi przynętami na wąchale. Ostatnio rewelacyjne wyniki uzyskują koledzy posługujący się potężnymi, dziesięciocentymetrowymi rippero-twisterami barwy białej lub żółtej. Przynęta ta ma robakowaty korpus - jak twister, macha ogonkiem - niczym ripper, a na dodatek kolebie się na boki - zupełnie jak wobler. I - co najważniejsze - daje się prowadzić blisko dna.

Sum może być także zdobyczą dla fana woblerów. Za dnia najlepiej stosować pływające, ale schodzące nisko woblery. Wielkość korpusu - 8-12 cm. Akcja agresywna, szeroka o sporym okresie wahań. Barwa - najkorzystniejsza metaliczna, stosowana fluo lub naturalna. Muszą dać się prowadzić bardzo wolno. Wykluczone przynęty, które mają oczka wkręcane na klej epoksydowy; muszą mieć wklejoną w korpus litą drucianą ośkę z uszkami. Tylko takie wytrzymają hol wielkiej ryby.

Wieczorem i o świcie należy stosować przynęty, które można prowadzić w pół wody, pod wierzchem, i którymi da się obławiać sumowe płycizny. Wahadłówki powinny być wykonane z cienkiej blachy - dość często wówczas zdarzać się będą pobicia spod powierzchni, tuż po opadnięciu przynęty na wodę i po pokręceniu korbką.

Podobne ataki można sprowokować dużą obrotówką np. "czwórką" o stosunkowo lekkim korpusie. Nad Dnieprem ulubioną przynętą zwolenników wirówek są amerykańskie błystki przeznaczone do połowów wielkich szczupaków muskie, tzw. Gianty - gigantyczne obrotówki zbrojone dwiema kotwicami z włosianym pędzlem dodatkowo uatrakcyjniającym przynętę. Zdaniem ukraińskich spinningistów wieczorne połowy sumów, a także późno poranny czas gwałtownego ocieplenia, to pora prowadzenia przynęty jak podczas polowania na potwornego bolenia. Rzut i rozpoczęcie zwijania zanim przynęta osiądzie na wodzie... Mistrzowie potrafią zrobić to w taki sposób, że paletka zaczyna się kręcić natychmiast po zetknięciu się wirówki z wodą. Pobicia zdarzają się najczęściej na kilku pierwszych metrach. Aby przedłużyć szansę uderzenia po kilkusekundowym prowadzeniu przynęty pod powierzchnią opuszcza się szczytówkę, przerywa zwijanie na moment i ściąga błystkę w pół wody.

Zwolennicy gumek wieczorem i rano muszą stosować najlżejsze główki, bądź jigi szybujące czy wypukle spłaszczone, wynoszące przynętę ku wierzchowi. Jedynie spinningiści obławiający rynny przy wysokich burtach mogą używać główek standardowych lub stających. Miejsca dobre dla przystawkowiczów mogą okazać się świetnymi łowiskami dla spinningistów, którzy opanowali sztukę jigowania. Łowi się tu na stosunkowo niewielkie twistery (jak na suma) techniką krótkich skoków: poderwanie, przesunięcie przynęty o metr, półtora, położenie jej na dno (żyłka musi być cały czas naprężona), kilka delikatnych drgnięć szczytówką i powtórne poderwanie jiga. Jako, że nie bardzo można wykorzystać przeznaczone do połowu sandaczy wędziska ze szczytówką sygnalizacyjną, dobrze jest stosować żyłkę fluo - zacina się, gdy gwałtownie zwiotczeje, wyprostuje się lub przesunie w bok. Sum "pod krzaczkami" nie uderza gwałtownie, jak w przynęty prowadzone w toni, "bliżej koryta". On połyka twister w momencie odrywania się od dna lub w chwili opadania i pozostaje w miejscu. Czasem nawet nie czuć uderzenia na kiju. Stąd od wędkarza łowiącego w przybrzeżnej rynnie wymaga się, by posiadł tajemnicę jigowania.

Wieczór to przede wszystkim raj dla fanów woblera. Po pierwsze może on wybrać przynętę schodzącą płytko, może prowadzić ją bardzo powoli, zmieniać tempo, zatrzymywać na sekundę, pozwalać jej wypływać na powierzchnię. Rewelacyjne przy połowach sumów okazały się słynne Big S, pękate, plastikowe woblery z grzechotką. Schodzą one płytko, mają agresywną, choć powolną akcję, gwałtownie wyskakują na powierzchnię. Duże modele bardzo udatnie mogą naśladować żabę - przysmak Francuzów i sumów. Szczególnie te z żółtym brzuchem i zielonym grzbietem (żaba wodna), pomarańczowym czy czerwonym brzuszkiem i brązowym grzbietem (kumaki) oraz z jasnym brzuchem i niebieskim grzbietem (żaba moczarowa) okazały się w praktyce morderczą przynętą na sumy. Prowadzi się je bardzo powoli, nierównomiernie, skokowo tuż nad powierzchnią, często pozwala wyskoczyć na wierzch, spłynąć z nurtem. Obławia się nimi skraje sumowych dołów, okolice brzegów, ujścia łach, rozległe wypłycenia, spowolnienia przed główkami. Pobicie jest niesamowicie widowiskowe - bardzo często zdarza się w chwili, gdy Big S wyskakuje na powierzchnię. Woda się rozstępuje, na powierzchni ukazuje się na moment wielka dziura - to sumia, rozwarta paszczęka - przynęta znika i na kiju czuć wielki ciężar.

Skuteczne są też woblery o wydłużonym kształcie, naturalnej rybiej barwie, chodzące w pół wody lub metr pod powierzchnią. Prowadzi się je niezbyt szybko, raczej jednostajnie. Uderzenie zaznaczane jest na kiju dość raptownie, ale tępo. Czasami przypomina zaczep.

Nad Dnieprem po raz pierwszy widziałem łowienie na woblery powierzchniowe tzw. drawlery, wiosłowce. Podczas ściągania chlapią się one, wiosłują, czasem zanurzają na sekundę. Robią strasznie dużo hałasu. Zdaniem Ukraińców przypominają one z sumiej perspektywy ciężko ranną rybkę, opadłego na wodę ptaszka, umykającego w panice gryzonia np. karczownika ziemnowodnego. Takie paniczne chlapania potrafił wywabić suma z jamy nawet w środku dnia i sprowokować do efektownego pobicia...

- Na dziesięć całodziennych wypraw efekty przynosi jedna, dwie - mówił mój przyjaciel Dmytro. - Jedno uderzenie z powierzchni w pełni rekompensuje tysiące pustych rzutów. Jeden hol spłaca piętnaście zerwanych przynęt. Spinningista polujący na sumy chodzi nad wodę po jedno, jedyne pobicie...

Według wędkarzy Wschodu spinningowanie ma sens do dwóch godzin po zachodzie słońca.

Pojedynek

Sum bierze w rozmaity sposób. Potrafi uderzyć w blachę gwałtownie, niczym gigantyczny boleń, może też zaznaczyć branie na spławiku przystawki delikatnie niczym linek.

I tak na gruntówce przygięcie kija poprzedza najczęściej seria drobniejszych drgnięć - sum smakuje przynętę spoczywającą na dnie i połyka ją, zatrzymując się na chwilę. Natomiast branie przynęty "powiewającej" nad dnem bywa bardzo gwałtowne, często następuje "w przelocie", bez zatrzymywania się. Nie ma wędziska, które wytrzymałoby takie uderzenie, które nie zostałoby połamane czy wciągnięte do wody. Stąd konieczność pozostawiania otwartego kabłąka i stopowania żyłki w uchwycie zaciskowym lub stała obecność wędkarza przy kijach.To samo obowiązuje przy połowach żywcowych - tu przysługę mogą oddać karpiowe kołowrotki o wolnej szpuli. Charakterystyczne branie żywca przez suma to przytopienie spławika w miejscu: ryba lubi się zatrzymać podczas połykania przynęty, pewnie po to, by w pełni rozkoszować się smakiem. Przystawka znaczy każdy kontakt suma z przynętą. A więc obmacywanie kąska wąsiskami, brodą, wsysanie jej półgębkiem i gwałtowne połykanie.

Spinningista może spotkać się z całą gamą pobić- z dna, z dziennej ostoi sum wyskakuje do przynęty, chwyta ją pewnie, ale niezbyt gwałtownie. Można odnieść wrażenie, że to zwyczajny zaczep. Sum po zakłuciu - a paszczę ma bardzo unerwioną - przeżywa bolesny szok, ma moment osłupienia. Daje się ciągnąć kilka metrów niczym wielka kępa roślinności czy ogromny kalosz. Potęguje to odczucie, że ma się do czynienia z zawadą. Na krótko jednak - w chwilę potem następuje pierwszy odjazd.

Pobicia w pół wody znaczone są gwałtowniej - tępe uderzenie, chwila szoku i po kilku sekundach coś na kształt zdziwionego potrząsania łbem. I odjazd. Najbardziej raptowne są ataki pod powierzchnią. Sum jest specjalistą od błyskawicznego wypadu z głębin. Rozwija niesamowitą prędkość. Rozkojarzonemu wędkarzowi pobicie może wyrwać kij z dłoni. Lecz tuż po zakłuciu i tu następuje moment szoku.

To chwila, w której wędkarz powinien zyskać kilka metrów - natychmiast po udanym zacięciu trzeba szybko zwinąć jak najwięcej żyłki. I tak za chwilę ryba otrząśnie się z bólu i wysnuje z kołowrotka kilkadziesiąt metrów. Potem zatrzyma się, umęczona przez dobrze wyregulowany hamulec. Przymuruje do dna. Należy ją odeń oderwać. Nie pozwolić jej odpocząć. Chwile murowania to także szansa na zmianę stanowiska - jeżeli są możliwości chodzenia po brzegu, należy ustawiać się tak, by być stale poniżej suma względem nurtu rzeki. Akcja rodzi kontrakcję - tak trzymany sum będzie uciekał w górę rzeki, pod prąd, co znacznie ułatwia walkę oraz bardzo forsuje rybę. Zaniechanie tego - oczywiście jeśli są po temu możliwości - mści się często: duży sum uciekający z prądem potrafi wysnuć cały zapas żyłki, bardzo często przeciera ją o podwodne przeszkody lub oplątuje wokół nich. Jeżeli nie ma możliwości przesuwania się po brzegu, wówczas docenia się długi kij. Można przez przełożenie szczytówki w dół rzeki zmusić suma do ucieczki w poprzek nurtu. Po długim odjeździe żyłka ściągana prądem będzie tworzyć łuk i sum ruszy w górę rzeki.

Odrywanie suma od dna, to dość trudna operacja. Wymaga siły i spokoju. Unosi się wędzisko do góry do maksymalnego ugięcia i pierwszego "terkotnięcia" hamulca. A potem spokojnie czeka, aż sum nie wytrzyma statycznego naporu. Szczególnie silne i uparte osobniki należy potraktować "modulacją" - zwiększa się i zmniejsza na przemian ugięcie kija. Nie ma ryby, która wytrzymałaby taką pulsację. Po pierwszym murowaniu sum ma na chwilę dość. Poddaje się. Najczęściej daje się podprowadzić w pobliże brzegu. Ale kapitulacja jest pozorna - bodaj najgroźniejszy bywa właśnie drugi odjazd. Jeśli uda się zmusić suma do ucieczki pod prąd, jest nasz. Jeżeli wysnuje sto metrów żyłki w dół rzeki, a my nie mamy możliwości zejścia niżej, choćby i po pas w wodzie, to szanse na lądowanie są mizerne. Właściwie to nie da się pokonać i ryby, i naporu wody. Taki sum po oderwaniu go od dna już do końca spływać będzie z prądem. Jedyną nadzieją jest zimna krew i zyskiwanie metra, dwóch. Może to trwać całe wieki. Czasami nie wystarczy sił. Warto wówczas oddać na kilka minut wędzisko koledze lub najmniej mówiącemu kibicowi. Niech nie walczy, niech tylko potrzyma...

Moment, gdy sum kapituluje ostatecznie, jest łatwo wyczuwalny. Kończą się odjazdy, zaczyna się jednostajne szarpanie głową. Nie oznacza to jednak końca zmagań. Suma, który zrezygnował z walki, należy ściągać bardzo powoli, jednostajnie. Nie można mu pozwolić na sekundę odpoczynku, ale nie ma sensu go drażnić gwałtownym szarpaniem, forsownym ściąganiem. Sum w panice może jeszcze zebrać ostatek sił i zerwać się do długiej ucieczki w dół rzeki, wyłącznie w dół. A wówczas całą pracę zaczynać będzie trzeba od nowa. Tymczasem żyłka, hak, wszystkie węzły są już zdrowo sponiewierane. Zaś siły wędkarza nadwyrężone bardzo. Znam kilku ludzi, którzy mogą uraczyć publiczność opowieściami równie tragicznymi, jak w Hemingwayowskiej historii o starym człowieku i morzu - zdarzało się nie raz, nie sto razy, że po dwugodzinnym holu przewalający się na boki sum ruszał do ostatniej ucieczki i wysnuwał kilkadziesiąt metrów z kołowrotka. A wówczas wykończony wędkarz przecinał nożem żyłkę, bowiem nie miał już sił na kontynuację walki. Bo sum, to sum. I to zdanie niech będzie podsumowaniem naszej sumowej opowieści.

KONIEC

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

No i Jacku nic więcej chyba nie trzeba dodać, wyłożyłeś wszystko prosto i czytelnie.Czas montować wędki i wybrać się w poszukiwaniu "zagłoby" !!!
Nie wiem czy,to dobry pomysł, ale proponuję stworzyć pod Twoim artykułem coś w rodzaju kompendium wiedzy o sumie zaczynając od mojego tłumaczenia rozdziału o sumie z książki Sabaniejewa (publikowałem w wcwi), potem wędkarski rozdział z monografii Lidii Horoszewicz, ciekawsze fragmenty z broszury Borkowskiego i Kopczyńskiego publikowanej w "Biblioteczce WW", obszerne wyjątki z monografii Napory i Kleszcza wydanej przez "Multico" lub z monografii Jozefa Michalika pt. "Sumec" (jest tylko wydanie w jęz. słowackim, które mam, ale nie znam na tyle języka, aby coś przełożyć). Gdyby ktoś jeszcze coś dołożył z innych opracowań (mam również zeszytową, jedną z wielu podobnych monografię,wydaną chyba w latach 80-tych przez "Blinkera" pt:"Wels" - "Ein Sonderheft der Zeitschrift", ale niestety, nie umiem po niemiecku) - powstałaby ładna, miniencyklopedia o sumie. Pozdrawiam Hiljot
Do Hiljota: Pomysł świetny, aczkolwiek w grę wchodzi jedynie Twój tekst z niebieskiego (zaraz go poszukam), bo do innych nie mamy praw.
świetny artykuł, jeden z najlepszych jakie czytałem
Jacek, przeczytałem jednym tchem. Jadę dziś na Biebrze, więc już odkurzamam i nituję wahadłówki.
Z braku czasu tylko rzuciłem okiem. I... taka myśl, nie po raz pierwszy przecież: jak szybko to wędkarstwo się zmienia!
Gdy pisałeś - bardzo nieliczni próbowali łowić sumy na spinning w sposób świadomy, celowy. A teraz?
Fakt, jeszcze nie ma na rynku wędzisk czy kręciołków przeznaczonych specjalnie na sumy. Niemniej wystarczy zaadoptować to, co jest dostępne na rynku.
Powstaje jednak coraz więcej woblerów, wybitnie sumowych. W większości to pękate baryły, piekielnie mocno gotujące wodę.

A propaguje to, koniunkturę rozkręcając, głównie Marek Szymański. Od paru lat specjalizujący się w spinningowych polowaniach na potężne, wiślane wąsacze. A ostatnio pokazujący też Włochom, jak na trolling się dłubie kolosy z Padu.

Zmiany? Piętnaście lat temu dopiero się uczyliśmy, jak celowo łowić sandacze na spinning. A zdecydowana większość pukała się w głowy słysząc, że jazio-klenie to też ryby spinningowe ;)
Cytat:
Napisałeś: Fakt, jeszcze nie ma na rynku wędzisk czy kręciołków przeznaczonych specjalnie na sumy.

Śmiem się nie zgodzić. Konger swojego Tigera zaprojektował specjalnie na sumy. Jestem w szczęśliwym posiadaniu tej wędki. Także SPRO Rock Tuff-Body jest idealnym młynkiem na sumy.
Co prawda, znam jeszcze kilku trockistów starej szkoły, którzy takich zestawów używają na Pomorskich rzekach, ale powoli wymierają.

Ergo, są, moim zdaniem wędziska i kołowrotki ewidentnie sumowe. Nie wyobrażam sobie ani takiego kija, ani wędki do łowienia innych ryb. A na morze jest to za lekuchno, choć Andrzej Karaś z Kamimarketu poleca ten kołowrotek jako dorszowego pilka.
Każda szanująca się firma ( A coraz częściej i te mniej uznane) ma w swojej ofercie model spiningu sygnowany nazwą "catfish", co jak sama nazwa wskazuje...
Cytat:
Każda szanująca się firma ( A coraz częściej i te mniej uznane) ma w swojej ofercie model spiningu sygnowany nazwą "catfish", co jak sama nazwa wskazuje...

Mirku, napisz catfish oznacza, że wędkarz robi kocią mordę, jak mu się kij z takim napisem złamie.
Super artykuł. Czytając go, chciałoby się rzucić w kąt wędki kleniowe i wszystkie siły skoncentrować na połowie wąsatych olbrzymów :)
Właśnie, te prawa! A gdyby tak w ramach "artykułu-recenzji" monograficzno-wspomnieniowej przytoczyć "nieco" obszerniejszy, wybór fragmentów rozdziałów z poszczególnych prac...? Co Ty na to? Zaczynałoby się to mniej więcej tak: Nadszedł sezon na suma, o którym marzą chyba wszyscy wędkarze. Z tej okazji przypomnijmy sobie o wędkarskich monografiach suma, do których to książek warto zajrzeć, aby przypomnieć sobie przed wyprawą na tę rybę z kim możemy się potykać itd. itp. Przemuśl to! Pozdrawiam Hiljot
Text jest spoko podziwiam tyle ze znam go na pamiec z Pana strony wedkowanie.org ale i tak za kazdym razem ujmuje mnie fachowosc i prostota przedstawionej rzeczy pozdro.
Cytat:
Text jest spoko podziwiam tyle ze znam go na pamiec z Pana strony wedkowanie.org

Kiedyś wisiało to na WCWI.
Ale już więcej nie będę przerzucał tekstów z wedkowanie.org.
Podaję link do strony Izy i Waldka Ptaków, gdzie znalazłem 8 publikacji o sumie:
http://powiat.mielec.pl/ptaszki/_private/publ_prasowe.htm
Cytat:
Podaję link do strony Izy i Waldka Ptaków, gdzie znalazłem 8 publikacji o sumie

Kiedyś na ich stronie publikacje można było przeczytać in extenso, dziś jest to jedynie bibliografia, a szkoda.
Może uda mi się namówić Ptaków na opublikowanie ich artykułów o sumie na naszych stronach (?)
Kupił, nie kupił... HJ
Kod: Hilary napisał: Może uda mi się namówić Ptaków...
Namawiaj, mają ogromny zasób bardzo wartosciowych tektów i ogromna szkoda, że dostępne są jedynie w redakcyjnych archiwach i u bibliofilow.
a ja mam pytanko bo super opisane ale zapytam jak podebrac takiego giganta po całej menczarni
Oj kusi, kusi! 1 lipca blisko. Może ktoś zna dobre miejsca na suma w okolicach Oławy (dolnośląskie)? :)
Taaa.. czytałem ten artykul juz nie wiem ile razy i prawie znam go na pamiec :grin tak sie napalilem i dzisiaj sie wybieram na nocke na suma.. mam nadzieje ze cos mi sie uda wyciagnac konkretnego.. wszystko mam juz naszykowane.. przyony stalowe.. haczyki.. kotwiczki... zywczyki.. troche prazonej krwi swini.. no i najwazniejsze rasowki :grin wyprobuje niektore patenty np. jak trzymanie robakow w puszkach po konserwach miesnych.. i jeszcze inne choc nie wiem jakie efekty uzyskam.. mam nadzieje ze dobre !! wish me a luck.. jak zlapie cos konkretnego to wrzuce foty :grin
Napisz koniecznie artykuł :) z poświęceniem akapitu na temat \"Rasówek\" , nigdy wcześniej nie spotkałem się z ta przynętą :sigh

Powodzenia, powodzenia ;)...
rasowki.. chyba cos zle napisalem - chodziło mi tutaj o takie duze czerwone robaki. A co do wyprawy to udala sie tak srednio.. raptem zlapalem 3 sumy w tym jeden tylko taki co nadawal sie by go wziać... wagi niestety nie mam ale tak na oko mial 1,5 kg. A tak pozatym chce poinformowac ze na wieprzu w okolicach skladowa grasuje spory sum.. nie wiem ile warzy ale tak na oko to jest b duzy.. widzialem go bo kilka razy \"rzucal sie\" na powierzchnie wody.. ale niestety mi nie wziąl :cry