Wydawać by się mogło, że ich złowienie to łatwe zajęcie. Okonie są tak wszędobylskie i na szczęście na tyle liczne, że złowienie okazu powinno być kwestią czasu. Bardzo krótkiego czasu. Niestety nie jest. Z tymi rybami jest tak, że nie w każdej wodzie osiągają maksymalne dla swego gatunku rozmiary, a tam gdzie mogłyby osiągnąć i być łatwo dostępne, są masakrowane za młodu przez debili z żołądkiem zamiast mózgu. Bo jak nazwać tych, co nagminnie pakują w siaty kilkunastocentymetrowe rybki? No i to bywa powodem, że trzeba się natrudzić, nawet przy takim żarłoku jak okoń.

1988. Pierwszy dzień jesieni. Wspaniały, ciepły, złoty. Taki książkowy, ze strzępkami srebrnych pajęczyn na trzcinach i przybrzeżnych jeżynach. A wokół wspaniały las. I niewielki stawek, przez który płynął mały strumyczek z lodowatą i czystą wodą. W tamtych czasach z pobliskiej rzeczki – też niewielkiej – w górę strumyka, przez ten staw płynęły na tarło pstrągi potokowe. Wiosną, w maju, zdarzało się, że łowiono takie maleńkie „kropki”, na spławik, ale miało być o okoniu. Pierwszego złowionego na spinning nie pamiętam, ale był jak zwykle maleńki i chyba to owego dnia nie przeskoczyłem 20 cm. Rzucałem jakąś rzemieślniczą wirówką, złotą w czerwone kropki. Taki PRL-owski long nr 1, który muszę przyznać, kręcił się wspaniale. Do tego miałem Germinę z włókna szklanego o nieustalonej masie wyrzutu, pamiętam jednak, że była niezwykle miękka jak na kije spinningowe tamtych czasów, a całość zamykała żyłka 20-ka, gorzowska oczywiście. Tylko nie pamiętam kołowrotka. Samopoczucie miałem kiepskie, gdyż był to kolejny dzień matematycznej klęski w liceum, których jako uczeń miałem sporo, a których powtarzalność jednoznacznie skłoniła mnie by się z koniem nie kopać i zgnębiony odreagowywałem porażki nad wodą. Pamiętam moment i miejsce upadku blaszki. Odczekałem kilka sekund by opadła nieco w toń – było około 1,5 m głębokości. Kilka obrotów korbki kołowrotka i miękkie, ale zdecydowane przytrzymanie i przygięcie kija jakiego nigdy na tym stawku nie doświadczyłem.

Największą rybą, jaką do tego dnia widziałem w tym zbiorniku był dwudziestokilkucentymetrowy linek. Każdy chyba wie, jakie wrażenie robi na nim "okaz", niezależnie jak ryba jest duża, ale dla wędkarza największa w jego karierze. Delikatnie, wręcz z namaszczeniem doholowałem okonia do brzegu. Miał 33 cm. Była to wspaniała samica, którą dziś bym z takim samym namaszczeniem wypuścił. Niestety w tamtych czasach moje nastawienie do wędkarstwa, było takie jak i większości ludzi dziś – dlatego tak trudno o dużego okonia. Ryba dostała w łeb. Jak teraz to wspomnę, to myślę, że zwyczajnie nie mieściło mi się w głowie, że można postąpić inaczej. Gdyby ktokolwiek pokazał mi wtedy, że można ryby wypuszczać, że zdjęcie jest milion razy lepszym trofeum, wypuściłbym okonia z pewnością. Nikt w tamtych czasach nie miał takich rozterek, mało kto ma je dziś, mimo, że się o tym sporo pisze. Widać jeszcze tylko mało kto w tym kraju czyta… Dziś ten staw jest poddany typowej racjonalnej gospodarce rybackiej i zawiera istną zupę rybną z przewagą oczywiście karpia. Strumyk ledwo się sączy, a latem woda w stawie zabiłaby pstrąga w kilka minut.

2001. Do sierpnia tego roku przyszło mi czekać na złowienie większego okonia. Choć prawdę mówiąc słabo się starałem. Miejsce ustanowienia kolejnego, mojego rekordu było dość nietypowe, bo stało się to nad Skawą. Po wielkiej wodzie, jaka się przewaliła przez tę rzekę z końcem lipca, woda opadła i wyczyściła się na tyle, że można było myśleć o spinningu. Z górnych rejonów rzeki zmiotło poniżej jazu w Grodzisku sporo brzan, a z pobliskich stawów hodowlanych, większość ich inwentarza. Około 200 m poniżej mostu drogowego, rzeka zerwała kamieniste dno, a w glinie, która była pod spodem powymywała liczne głębsze dołki i rynny. Brzegi przypominały pobojowisko, a woda śmierdziała jeszcze lekko fekaliami z szamb. Wyposzczony wymuszoną przez deszcze przerwą, pewnie dzierżyłem pierwszą swoją węglówkę, której posiadaczem byłem od kilku już lat.

Rzucałem perłowym kopytem długości 7 cm, co dziś na tym odcinku nie miałoby sensu – praktycznie brak większych drapieżników - nawet okonie w wielkości typowo "polskiej" są już rzadkością i możliwe do złowienia tylko we wrześniu-październiku, więc można za nimi pochodzić z paprochem na gramowej główce. Wtedy, praktycznie na każdej letniej wyprawie łowiło się kilka 27-28 cm ryb i sporo mniejszych. Te okonie miały typowy wygląd dla swego gatunku, zamieszkującego podgórskie nurty: smukłe, wręcz chude i mało kolorowe. Ale braki w estetyce nadrabiały niezwykłym wigorem, wręcz zażartością. Był sens poświęcić im parę ciepłych popołudni. No i tak obstukując kolejne gliniane jamki w dnie, zobaczyłem, że wychodzi do przynęty jakaś ryba. Wziąłem ją za leszcza, bo była całkiem szeroka. Zaraz jednak zawróciła i uciekła w dół rzeki jak mi się zdawało. W następnej dziurze gwałtowny atak. I lekkie drżenie rąk. Mam okaz, nowy rekord! Okoń ma 34 cm i jest niewątpliwie uciekinierem ze stawu. Świadczy o tym jasnozielony kolor z dużą domieszką złota, no i masa rybki. Grubasek. Pozuje pięknie i spokojnie do zdjęcia. Pod tym względem okonie zasługują na Oskara. Nie rzucają się, nie tarzają w trawie, tylko stroszą się wspaniale. Ta rybka zupełnie rozwiała mój, jak mi się wydawało, nieutulony żal, za pół godziny wcześniej zerwanym w głębokiej rynnie woblerem. Magicznym woblerem. Jednym z pierwszych własnego wyrobu, nadającym się do łowienia.

2009. Znów długa przerwa, ale koncentruję się na innych gatunkach. Poza tym uważam, że nic nie zastąpi dużej, dzikiej rzeki, a w niej trudno o rekordowe okonie. Ja ich w każdym razie nie łowię w takiej wodzie. Nie w Polsce. Dla odmiany listopad. Też typowy. Zimny już, wilgotny, ale nie mokry. Spokojny, późnojesienny z zapachem butwiejących traw i dymu z odległych domostw. Penetrujemy z kumplem kilka wiślanych starorzeczy. Takie bajora metrowej głębokości, niemiłosiernie zarośnięte latem. Z pierwszymi przymrozkami część zieleniny obumiera i jakoś można popróbować. Tylko lekkie przynęty. Sprowadził nas tam 2 tygodnie wcześniej brak wyników na Wiśle, a cierpliwość dała sporo małych okonków, które o tej porze roku rozjaśniają nasze niekoniecznie kolorowe, wędkarskie dni. Kolejnym razem trafił się prawie 60 cm szczupak i wzięty początkowo za samotną, grzejącą się do ostatnich ciepłych promieni słońca wzdręgę – malutki boleń. No ale ten dzień był typowo listopadowy, bez słońca.

Obławiamy starorzecze "szczupakowe" – zero, idziemy na drugie, płytsze, ale znacznie większe. Też lipa. Z tym, że tu nas to nie zaskoczyło. Następnie trzecie, "okoniowe". Prostokątna kałuża 50 na 20 m i z 80 cm głębokości. Zawsze coś tu się działo. No i rybki mimo nadchodzącego zmroku żerują. Mam 9 szt. W tym jeden 28 cm. Jakoś przeżył letnie najazdy z „glizdami na lina”. Łowię żyłką 12-ką i kijkiem do 5 g. Jak na godzinę łowienia o tej porze dnia i roku, to fajnie, ale brania słabną. Wracając staję ponownie nad "szczupakowym" oczkiem i sięgam jeszcze raz po drugi kij – 3 m, do 10 g. Taka klucha, ale świetnie trzyma ryby. Żyłka 18-ka, co by w zieleninie dała sobie radę. Rzucam leciutką 7 cm wahadłówką. Nawet niespiesznie ciągnięta, zgrabnie trzyma się powierzchni wody. Nagle idzie za nią spora fala, ale znika po ok. 2 m. Lekko roztrzęsiony ściągam z kotwiczki spory kawałek wywłócznika. To ten strzęp rośliny musiał zniechęcić rybę! Szybko rzucam w to samo miejsce i wyraźnie czuję puknięcie jak małego okonia. Nic się jednak nie dzieje. Zakładam 7 cm ripperek Mannsa na 3 g główce. Pierwszy rzut i wspaniały atak. Ryba mocno chlapie, ale idzie łatwo jak na szczupaka. Pod brzegiem, w szarówce widzę pięknego okonia. Bez wahania pakuję do wody rękę bez podwijania kurtki. Mam go! Cmokamy z podziwu z kolegą – robimy szybką sesję fotograficzną i mierzenie. Tu rozczarowanie. Ryba ma tylko 34 cm. A więc tylko wyrównałem rekord. Pocieszam się jednak, że ten jest zdecydowanie cięższy. Wypuszczamy rybę ostrożnie, patrząc jak jakiś czas stoi przy brzegu. Piękny obrazek na koniec sezonu.

2010. Najpewniejszym sposobem na większego pasiaka jest jednak większa woda stojąca i jakieś pływadło. Wcześniejsze, przesympatyczne doświadczenia z czymś, co za Bugiem uchodzi za ponton, spowodowały, że takowy sobie kupiłem. Niewielki, ale z prawdziwego zdarzenia. Prawie 3 m grubego tworzywa dla jednego wędkującego stwarza wręcz hotelowe warunki. Jesienne chłody skutecznie przegoniły naturystów, plażowiczów oraz najliczniejszych w tym towarzystwie - dresiarzy z podkrakowskiego Kryspinowa i 40 hektarów kryształowej i na 12 m głębokiej wody było również do mojej dyspozycji. Pływałem bez echosondy, na wiosłach, konfigurację dna badałem kotwicą i ukształtowaniem brzegu, co było niekoniecznie wiarygodne. Zacząłem z końcem września. O zgrozo, łatwo nie było. Ogrom tafli wodnej totalnie dezorientuje. Nie ma czego "czytać" jak w rzece. Do tego całe łany rogatka i wywłócznika. O ile jeden już powoli przechodził w stan zimowego letargu i 16-ka bez wysiłku przecinała łodygi, o tyle drugi był uparcie jędrny i wytrzymały. I ta głębokość: przy fali, 5 g przynęty nie daje możliwości wyczuć dna na 8 m! O paprochach można zapomnieć. Łowienie tak inne od tego, do którego przywykłem. Ryby jakieś "dziwne". Najlepiej reagują na biały kolor. Motor-oil, niezastąpiony w ukochanej Wiśle, tutaj jest jakby niezauważany. I jeżeli w ogóle skaczą do gumek, to do takich 7-10 cm. Nic mniej. Im dalej od brzegu, tym gorzej, mimo, że nie zawsze głębiej. Jakieś brania mam w pobliżu brzegów – tak ok. 50 m. Śmieszny przepis zabrania wędkować bliżej. Używam kija Dia Flex 20 g o nietypowej długości 2,5 m, po tym jak wykończyłem pierwotne 2,6 m dziesiątkami rzutów boleniowych woblerów. Za ciężkich. Kij jest jednak fantastyczny. Mam dosłownie pojedyncze okonie do 20 cm. Lekkie rozczarowanie. Pocieszam się, że w zasięgu wzroku pływają tacy, co przy mnie wyglądają na morskie wygi, a też nic nie ciągną. Tak mija ostatni tydzień września.

Październik. Nie odpuszczam. Każdy piątek od 13.00 jestem na wodzie, potem cała sobota i niedziela do 15.00 jak mam siły i pogoda pozwala. Jest już chłodno i ciągnie od dna pontonu. Mały przełom: przy niewielkiej wysepce, jedynej zresztą, odkrywam stromy stok z mulistym a nie piaszczystym dnem. Ciężko od niego oderwać gumową kotwicę, tak mocno ją zasysa. Zanim dno zupełnie opadnie, unosi się na około 1 m. Na tej półce jest więcej brań. Mam tam za jednym razem obcinkę dużego – czuć było parę kilo – szczupaka i wypięcie około 60 cm sztuki. Wyjmuję takiego chudziaka na 51 cm. No i parę okoni. Zniechęcony bezmiarem wody, a zachęcony jako takimi sukcesami, strawiłem cały październik przy tej wyspie. Bez efektów, tzn. złowiłem pojedyncze okonie i szczupaki nieco ponad 50 cm. Pod koniec miesiąca stwierdzam, że jak czegoś nie zmienię, to zima mnie zastanie, a rzeczywiście robi się paskudnie. Pływam więc daleko od brzegów, z kotwicą opuszczoną na 5 m i jak o coś zaczepiam, to badam, czy kolejny garbik, może akurat nie jest zarośnięty na śmierć zielskiem. No i trafiam w końcu na taką rynnę, której jeden brzeg spada na łeb na szyję na 11 m, a ona sama jest na około 6 m. Było zimno, ale słonecznie. Lekki wiatr z zachodu. Nie bawiąc się w półśrodki rzucam 12 cm kopytami na główkach 10 g i są brania. Kilka okoni pod 3 dychy, jeden nawet 32 cm, do tego dosłownie z ręki wypada mi około 60 cm szczupak. Dzień się kończy. Obiecuję sobie, że następnego też tu zawitam. Kolejny ranek – mam strasznego kaca – czemu jeszcze nie kupiłem echosondy!. Nie mogę tego miejsca odnaleźć, mimo, że zapamiętałem z czterech kierunków punkty orientacyjne. Skończył się październik…

Długi weekend z 1 listopada. Pogoda wspaniale ciepła tyle, że bez wiatru z zamglonym słońcem. Mam ochotę spać, a nie wędkować. Ryby chyba też. Absolutne ZERO! Drugiego listopada, ciut zaziębiony – przegrzałem się, z przyzwyczajenia już ubierając się za ciepło, wypływam o 9.00. Pogoda bez zmian. Leniwa aura. Zaraz trafiam, zupełnie z przypadku, chyba tę samą rynienkę ze stromym spadem. Pierwsze rzuty i szczupaczek pod pół metra. Jakieś niemrawe brania. Postanawiam znów pływać z kotwicą opuszczoną i „nadziewać” się na jakieś wzniesienia dna. Jest południe. Naprawdę ciepło. Stoję praktycznie na środku zbiornika. Wymacałem znów gwałtowny spad dna, tak z około 5 na 10 m. Rzucam daleko przed siebie. Na końcu zestawu biało-niebieskie kopyto 7 cm na 8 g. Jedyna nowość, to coś do czego w życiu nie odwołałbym się na rzece w temacie okoni – plecionka 0,10 mm. Przy tej głębokości i anemicznych braniach wskazana. Zwijam powolutku, nieznacznie podciągając gumę w górę i na napiętej plecionce opuszczam. Bardzo łagodny opad.

Jakieś 30 m od pontonu mam ewidentne skubnięcie. Zacinam bardzo mocno. No i czuję wyraźny jak na taką głębokość opór. Chodzi to bardzo spokojnie, ale uparcie trzyma się dna. Dopiero ostatnie metry przed pływadłem odrywa się od głębin i czuję znacznie szybsze i nerwowe ruchy. Ryba idzie opornie, ale na tym sprzęcie gładko idzie w górę. Kiedy ją zobaczę? Choć emocji zero – jestem pewien, że to szczupak koło pięćdziesiątki. Emocje rosną, gdy w dość silnym słońcu miga mi złotozielona owalna plama! Wielka! Nie ma wątpliwości, że to okoń, który sam jeden przyćmi wszystkie wcześniejsze razem wzięte. No i zapominam, i nie żałuję tych wszystkich godzin i chłodu. Jakbym holował walizkę z milionem dolców. Ryba, o zgrozo jest zapięta za samą skórę kącika paszczy, skręconą w wyniku walki prawie w ósemkę. Mam wrażenie, że ryba zaraz się zerwie. Pod samą powierzchnią zielony kolczak daje zdecydowanego nura pod ponton. Odruchowo wkładam końcówkę kija pod wodę i tak go zatrzymuję. Wypływa już bez walki. Łapię go pod brzuch – chwała okoniom, że są takie szorstkie – nie ma szans go wypuścić. Jest w pontonie! Kolejna wędkarska nirwana. Nie ma świata, nie ma czasu, nie ma zmartwień. Jestem tylko ja i On. Kładę go na wilgotnym ręczniku. Ryba szersza niż tkanina, większa niż klapa mojego plecaka! Proporcje robią z niego rybę innego gatunku. Kilo jak nic. Mierzę go bardzo dokładnie – leży spokojny, jakby wiedział, że zaraz go wypuszczę. 41 cm! Mam ochotę go uściskać. Kilka fotek. Cudo. Wkładam rybę do wody i delikatnie ściągam z płetw kilkanaście przywr, które ma. Widać, że ryby już przebywają blisko dna. Puszczam go i powolutku znika w toni. Śliczny, błyszczący złotem i jasną zielenią – niesamowity kontrast z otaczającą szarością brzegów.

2010. A mówią, że nic dwa razy się nie zdarza. Dwa tygodnie później, 14 listopada, bo odchorowałem swoje, pogoda identyczna, jak z początku miesiąca. Lity, spokojny i nieco mglisty błękit, zero chmur i 15 stopni. Ryby biorą chyba kiepsko – nad brzegami pusto. Zatrzymuje się nad rynną ze spadem – znalazłem ją. Mam piękne branie, ale pudłuję. Potem jakby potrącenia stojących na dnie ryb. Płynę na miejsce, gdzie ostatnio złowiłem jak dotąd, swojego największego okonia. No i znów nie trafiam, chociaż mam w zasięgu jakieś inne dwie górki, a w zasadzie trzy, bo jedna to jakby "sklejone dwie" – większa i mniejsza – około 2 m różnicy. No i co ważne bez roślin, nie licząc tych obumarłych na dnie.

Pierwszy rzut, świetnie wyczuwalne pobicie, ale znów pudło. Przez kolejne około 20 minut mam trzy brania i żadnego nie zacinam, a czuć, że to nie są kontakty z małymi rybami. Poirytowany zakładam koguta. Znów rzut, czuję grunt, podszarpnięcie i przynętą zjeżdża w dół zbocza. Trach! Wisi! Ale chodzi strasznie flegmatycznie. Wyjmuję szczupaczka. Za chwilę znów nie zacinam ryby. Po chwili doholowuję kolejnego szczupaka – niecałe 50 cm. Brania się kończą, więc przesuwam się w kierunku, jak mi się wydaje szczytu wzniesień. Przedobrzyłem. Stoję prawie na czubku jednej górki. Do dna jest jakieś 1,5 m. Przynęta wyrzucona około 25 m przed siebie długo opada. Czuć, że jest około 10 m, ale zaraz pojawia się lekki opór – przynęta wędruje po opadającej skośnie ścianie, ku powierzchni. Rzucam bardziej w prawo, bo północna część stoku nadal zarośnięta jest gęstym rogatkiem. "Kicam" pod górę 8 cm banjo na 8 g w kolorze motor-oil. Czemu nie, mimo, że do tej pory nie sprawdzał się tutaj ten kolor? Jeden skok, drugi, dziesiąty. Przynęta jest jakieś 6 m ode mnie na głębokości 3 m. I nagle strzał jak z procy. Ryba od razu mocno się stawia. Idzie bokiem, jest nadzieja, że to kolejny duży kolczak. Miga na chwilę rozmytym zielonym owalem ciała. Cielska! Znów czas nie istnieje. Mam po chwili olbrzyma w rękach. Wiem, że jest znacznie większy od ostatniego. Przy mierzeniu lekkie niedowierzanie, ponownie centymetr idzie w ruch. Jest uczciwe 42 cm bez naciągania, ale aż mi się nie chce wierzyć, że… tylko tyle. Ryba jest tak upasiona i jakby mi zwiała, to bym opowiadał o okoniu pod 50 cm. Tak, czy inaczej bardzo szczęśliwy puszczam grubasa. Jak poprzedni, niespiesznie odpływa, jakby chciał mi dać się poprzyglądać, tak na zapas, na zimę. Miałem ambitne plany na jeszcze, ale 10 dni później spadło u nas 20 cm śniegu, a temperatury zjechały od razu 10 stopni poniżej zera.

Nie wiem, co będzie w przyszłym sezonie, ale na pewno nie będę pływał bez GPS-u i echosondy. Traci się zbyt wiele czasu.

Więcej na mojej prywatnej stronie: wedkarskiewakacje.pl

Adam Kozłowski *adamsg*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Pięknie napisany tekst. Ostatnio u mnie również na kiju goszczą ale przeważnie okonki, ale nie takie jak Twoje okonie.Okoń jest rybą w której można się zakochać :grin
Pięknie się czytało o moich ulubionych rybach. Pozdrawiam.
Super ;) ja natomiast zakochałem sie w łowieniu okoni na żywca to jest to :)
I ja uważam, że to bardzo udany debiut Adama na WCWI. Choć jak dowiedziałem się z prywatnej strony Autora już pisywał na łamach branżowej prasy. Mam nadzieję, że od czasu do czasu, napisze także coś nowego u nas.
Pięknie, pisz więcej.
Bardzo dziękuję za życzliwe komentarze :) Jest szansa, że z okoniami będzie jeszcze lepiej - tydzień temu trzymałem w rekach kolejnego kilowca. \"Niestety\" miał \"tylko\" 41 cm. Nad swoją stroną cały czas pracuję i sukcesywnie będą się tam pojawiać nowe teksty. Wkrótce do WCWI podeślę następny tekst - niejako polemikę do artykułu na temat skuteczności boleniowych woblerów, który ukazął się bodajże przed wakacjami na WCWI. Bolenie są to ryby w których połowie, czuje się dosyć pewnie (tak ilościowo jak i wielkościowo), co udokumentuję zdjęciami. Pozdrawiam
P.S. C&R