Kilkakrotnie zapytano mnie o zbiornik pożwirowy Gnojno, czyli łowisko, gdzie ostatnio spędziłem kilka wędkarskich nocy. Dodam, że to właśnie tam zbieram większość swoich najważniejszych doświadczeń w uganianiu się za okoniami. I nie tylko, bo warto się tam zasadzić na lina i leszcza. Co czynię przy każdej nadarzającej się okazji.

Nieco historii

Zbiornik jest potężnym wyrobiskiem pożwirowym. Długość ok. kilometra, szerokość waha się między 300 a 600 metrów. Zaczął powstawać na początku lat 60-tych, a żwir i piasek tam czerpane posłużyły do budowy znacznej części Bródna i kawałka Ursynowa. Materiał był transportowany drogą wodną, poprzez Narew i Kanał Żerański (Królewski).

Po zakończeniu eksploatacji był rodzajem ogromnej zatoki, częściowo odgrodzonej od rzeki długą, wąską, wysoką wyspą. Spokojny nurt, znaczna głębokość i twarde podłoże, połączone z czystą, dobrze natlenioną wodą, przez wiele lat stworzyły znakomite warunki do sadzowego podchowu narybku sandacza. Co skończyło się w latach osiemdziesiątych. Usypano wał w północno - wschodnim przesmyku, zostawiając tylko wąskie połączenie z rzeką na południowej stronie wyrobiska. I tak oto powstał zbiornik wody stojącej. Bardzo czystej i bardzo rybnej.

Niestety, rabunkowa eksploatacja z początku lat dziewięćdziesiątych, połączona z kłusownictwem, w dość szybkim tempie doprowadziła do radykalnego zubożenia ichtiofauny. W niewiele mniejszym stopniu przyczynili się do tego również wędkarze. Szczególnie początek lat dziewięćdziesiątych, gdy transformacja ustrojowa, połączona z galopującą inflacją i ubożeniem społeczeństwa, a także z błyskawicznie rosnącymi cenami w ośrodkach wypoczynkowych, skłoniła ludzi do kupienia namiotów i gremialnego wyruszenia tam, gdzie wczasować można za darmo. W dodatku częściowo otwarto granice, dzięki czemu w lawinowym tempie przybyło samochodów. A też i sprzęt wędkarski, na niezłym poziomie, stał się powszechnie dostępny. Więc nastąpił gwałtowny wzrost liczby wędkujących. Bo cóż innego robić, skoro cały urlop spędza się pod namiotem, nad wodą?

W efekcie bywało, że w piątkowe popołudnie, choć wygodnego do biwakowania i wędkowania brzegu ponad kilometr, dosłownie nie było gdzie kija włożyć. Że o postawieniu namiotu nie wspomnę. W dni robocze zaś, gdy wędkarze i biwakowicze znikali, do dzieła przystępowali miejscowi rybacy. Na wyścigi z kłusolami, niemalże w symbiozie, stawiali sieci. Ze szczególnym upodobaniem wybierając miejsca w pobliżu brzegów. Bo właśnie tam gromadziło się najwięcej ryb, zwabionych setkami kilogramów zanęt wrzucanych przez wędkarzy.

W 2002 roku, staraniem pułtuskiego koła PZW, zbiornik uczyniono łowiskiem specjalnym. Ostro wzięła się do pracy SSR, stałymi gośćmi stali się strażnicy z PSR. Także i policja, dzięki mniej czy bardziej formalnym porozumieniom, z wielkim animuszem przystąpiła do współpracy. Wystarczył jeden krótki sygnał np. o stawianiu sieci, by w ciągu najwyżej pół godziny pojawiała się przynajmniej jedna motorówka (policyjna bądź SSR), a na brzegu - przynajmniej jeden samochód (prywatny jak najbardziej) z ekipą z SSR.

Zważywszy jeszcze na fakt, że bodajże trzy lata wcześniej całkowicie zrezygnowano z odłowów sieciowych (również na Narwi zarządzanej przez PZW, dawny obwód rybacki nr 13) - pojawiło się światełko w tunelu. Bardzo szybko udało się jeśli nie zlikwidować, to przynajmniej zminimalizować kłusownictwo. Rozpoczęto też intensywne zarybienia gatunkami, których było najmniej. Był to więc szczupak, sandacz i sum. Także boleń, jaź, nieco karpia, nieco klenia. Dodać trzeba, że całość przychodów pochodzących z licencji, wracała do wody w postaci zarybień.

Dzięki temu radykalnie zmniejszyła się też presja wędkarska na Gnojnie. Okazało się, że "stówka" za rok czy dyszka za dzień, dla bardzo licznych stała się kwotą zbyt dużą. Bo… jakoby nie równoważyła potencjalnych korzyści. A czy aby na pewno nie równoważyła? Komplet miarowych szczupaków (wymiar podniesiony do 50 cm) nie zrównoważy (zważywszy na ich wartość handlową) opłaty dziennej? Znikły więc znad wody tabuny posiadaczy wędek, przyjeżdżających (najczęściej) z Wyszkowa, Makowa Maz., Legionowa czy Wołomina. Którzy nierzadko przyjeżdżali autkami z najwyższej półki, na przyczepkach przywożąc sporo warte łajby. Tym bardziej, że i okoń otrzymał wymiar ochronny i już nie wolno było zapakować do siaty dwustu dwunastocentymetrowych glutów, trzaskanych na boczny trok. W każdym razie zrobiło się cicho i spokojnie. I coraz bardziej rybnie.

Niestety, różne zakulisowe rozgrywki sprawiły, że od początku 2004 roku to już nie jest łowisko specjalne. I nie należy już do ZO Ciechanów, a podlega pod okręg mazowiecki. Czemu tak? Przyczyn było wiele. M.in. to, że gdy wawka chciała rozegrać zawody, to uczestnicy musieli wyłożyć kasę. Albo poszukać innego łowiska. Bo to nie święte krowy. Ale też komuś się zachciało znowu stawiać na Narwi sieci. Bo ryba wróciła i proceder zaczął wyglądać na bardzo opłacalny. I tak dalej… A cóż mogli powiedzieć chłopaki z Pułtuska, skoro "Wawka" miała ich "głęboko w poważaniu", a Ciechanów się wypiął?

Dziwne interesy nielicznych wzięły górę nad interesem wody i ryb. Również - nad tytaniczną robotą dziesiątków wędkarzy, serce i własną kasę wkładających w dobro wody. I w racjonalne, wielce skuteczne gospodarowanie. Wystarczyły trzy decyzje administracyjne (zdjęcie statusu łowiska specjalnego - ZO PZW Ciechanów (bez podania przyczyn); zmiana podziału Narwi na obwody rybackie - RZGW Warszawa; przetarg na obwody rybackie - znowu RZGW Warszawa. Przetarg, w którym nie startuje Ciechanów, zadowalając się wyłącznością na Wkrę).

W ten oto sposób "jedynie słuszna" prywatyzacja i przetargi, których rozstrzygnięcia co najmniej przeczą zdrowemu rozsądkowi, pozwalają na powrót bezhołowia z początku lat '90. Na Gnojno wracają nieprzebrane rzesze mięsiarzy. Efekt - jak w koszmarnym śnie pijanego narkomana. W kwietniu - dziesiątki "wypasionych" łodzi, wypełnionych spinningistami trzepiącymi przedtarłowego okonia. Jesienią (o czym tu pisałem) niemal na porządku dziennym jest to, że na zbiorniku pływa kilkadziesiąt łodzi i pontonów ze spinningistami, zaś na brzegu, oprócz setki wędkarzy stale tu przyjeżdżających, biega i pięć ekip rozgrywających zawody spinningowe. Co pięć metrów stoi w wodzie spinningista. Potyczki słowne, przepychanki, burdy. I każdy ciągnie, ile wlezie. Tym bardziej, że okoń znów bez wymiaru, a wymiar na szczupaka i sandacza znowu spadł do 45 cm.

SSR praktycznie się rozpadła. PSR, podległa pod wojewodę mazowieckiego, prawie nie zagląda. W ciągu ponad roku, mimo kilkudziesięciu moich tam wędkowań, patrol widziałem tylko raz. Przez ostatnie dwa weekendy nie zobaczyłem tam nawet śladu strażnika. I nikt, z kim rozmawiałem, nie przypominał sobie kontroli.

Stan obecny

Chyba tylko pogoda sprawia, że na brzegach dość luźno. Pseudowędkarzy odstrasza też fakt, że i z powodu pogody, i ze względu na niski stan wody, ryba żeruje chimerycznie. A może po prostu w znaczący sposób ubyło tam ryby?
Ostało się sporo leszcza, również grubego. Jest sporo lina, w znacznej części pochodzącego z zarybień. Ale lin - jak to lin: weźmie tym, którzy go "wypracują". Lub przypadkiem. Karpia prawie nie widać, choć z pewnością jest go sporo. W tym również takie około "dyszki". Szczupak trzyma się otwartej wody i bardzo licznych nierówności dna. Występujący w mniejszej ilości sandacz - podobnie.

To samo z grubszym okoniem. Dla "brzegowych" spinningistów, również głęboko brodzących w spodniobutach, dostępne są teraz przede wszystkim drobne okonki, żerujące na tegorocznym wylęgu. Do rzadkości należy "trafienie" pasiastego powyżej 25 cm. Takie i większe - trzymają się na środku, w okolicach licznych górek i wypłyceń. Bliżej brzegów podejdą, jak sądzę, dopiero w połowie września.

Jest mnóstwo bolenia. Na otwartej wodzie biją medalowe egzemplarze. Mniejsze, ale wymiarowe, wściekle buszują wśród grążeli, na wyścigi z okonkami wyżerając tegoroczny wylęg. Przy moich umiejętnościach - są nie do złowienia. Owszem, czasem któryś się skusi na gumkę czy wiróweczkę przeznaczoną dla okonia. Co mi się ostatnio przytrafiło. Lecz natychmiast nurkuje w grążele i nie ma możliwości, by go wyjąć.

Gatunki spokojnego żeru są dostępne z brzegu. Trzeba jednak zainwestować w odpowiednie nęcenie. I trzeba poświęcić sporo czasu na precyzyjne sondowanie dna. Obfituje ono bowiem w liczne, niewielkie półki, gwałtowne spadki i inne nierówności. Zdaje się, że grubsze ryby siedzą na głębokiej (4 - 6 metrów) wodzie, z dala od brzegu. Podchodzą jednak i bliżej, gdzie - miejscami - też jest głęboko. Jednak trzeba je skusić (i przytrzymać) dobrze położoną i skomponowaną zanętą. W przeciwnym razie można liczyć tylko na fuks.

Dojazd

Trasa Warszawa - Ostrołęka. 12 km za Pułtuskiem, w miejscowości Boby, jest drogowskaz w prawo: Gnojno 2. Po ok. 600 metrach, za maleńkim kościółkiem, odchodzi w prawo gruntowa, szeroka dróżka. Już na jej początku widać zbiornik. Dróżka się rozchodzi w dwie strony. W lewo - jest dojazd do północnego krańca zbiornika, a druga odnoga dróżki - prowadzi aż pod piaszczysty pagór, będący cyplem wrzynającym się ku środkowi zbiornika. Chcąc dojechać za cypel - na pierwszym rozjeździe trzeba skręcić w prawo. Dość wygodna, polna dróżka przez łąki, wyprowadza na południowy skraj akwenu.

Logistyka

Przy drodze (od skrzyżowania do zjazdu nad zbiornik) na początku górki, jest hotelik ("Wiatrak"). Można tam (podobno) nieźle zjeść. W Gnojnie są dwa sklepiki, gdzie można uzupełnić wszelkie zapasy natury aprowizacyjnej. Sklepiki czynne również w dni świąteczne.

Środków pływających wypożyczyć się nie da. Trzeba przywieźć własny. Inaczej nie da się dotrzeć do licznych górek, uskoków, rowów głębokich nawet na 12 metrów, porośniętych grążelami, moczarką i rdestnicą płycizn pośrodku, tudzież kilku wysepek.
Przyda się echosonda. Wskaże ona tak wiele niespodzianek i tak wiele ryb, stojących na spadkach dna, że adrenalina powoduje wrzenie wędkarskiego mózgu:). Co wcale nie znaczy, ze te ryby będą chciały współpracować:).

Planu batymetrycznego nie narysuję i nie przedstawię. Po pierwsze - kiepski jestem w rysowaniu. Po drugie - mam trochę "namiarów" na ciekawe miejsca, ale odnajduję je będąc na wodzie. A nie bardzo potrafię nanieść je, precyzyjnie, na ewentualny rysunek. Po trzecie - nieco zazdrosny jestem o "moje" miejscówki, więc egoistycznie zachowuję je dla siebie. Co więcej - zacięte na tych miejscach ryby staram się możliwie najdłużej prowadzić pod powierzchnią, możliwie najbardziej dyskretnie. By w pobliże nie ściągać żadnej konkurencji. A na ewentualne pytania o sukcesy zwykłem odpowiadać: - Eee, kilka małych okonków… Po czym wskazuję pytającym rapki tłukące wśród kapelonów i mówię, że to szczupak wali. W co niektórzy święcie wierzą:).

Mała podpowiedź, jak szukać ciekawych miejsc: pociągnąć za łodzią, "na dorożkę", gumkę z 6-8 gramowym obciążeniem. Szczytówka wędziska wszystko pokaże. A jeśli trafi się branie, to właśnie tam trzeba rzucić kotwicę i obłowić wszystko wokół. Nie bardzo się opłaca podglądanie, gdzie inni pływają i wędkują. Większość, moim zdaniem, pływa na chybił-trafił. I często kotwiczy w miejscach, które uważam za niemal całkowicie bezrybne.

Dostępność brzegów

Strona zachodnia (po prawej od wjazdu) w każdym miejscu sprzyja rozłożeniu obozowiska. Wszędzie da się dojechać samochodem. Najbardziej warte polecenia są zatoki w pobliżu piaszczystego, wysokiego cypla, niemalże dzielącego zbiornik na połowę. Pierwsza zatoka (patrząc od wjazdu), lekko zamulona i porośnięta grążelami. To królestwo lina i szczupłego. Jednakże podchodzi także leszcz, płoć, krąp czy wzdręga.

Druga zatoka, znacznie większa i głębsza, z wysepkami na środku, jest bardziej urozmaicona. W zasadzie chyba każde miejsce jest równie dobre do rozłożenia wędkarskiego majdanu. Trzeba jednak poświęcić nieco czasu na sondowanie, gdyż dno obfituje w niespodzianki.

Lewy (wschodni) brzeg jest niemal niedostępny. Tylko na piechotę. Są trzy ścieżki. W tym jedna - możliwa do pokonania suchą stopą. Dwie pozostałe wymagają co najmniej woderów. Nikomu, kto terenu nie zna, nie polecam. Znaleźć wejście trudno, ale znalezienie wyjścia jest po wielokroć trudniejsze. To bagienko. Zdominowane przez bobry i wydry. Gdzie nierzadkim gościem jest również łoś.

Brodzenie z tej strony (sprawdziłem: da się przejść wodą przez prawie całą długość brzegu) jest niezbyt bezpieczne. W wodzie jest mnóstwo o pół metra głębszych, ukrytych wśród grążeli, bobrowych kanałków. Pół kroku wystarczy, by delikwent zameldował się nosem w wodzie. A przynajmniej nabrał wody do woderów.

Na sam koniec zbiornika, gdzie zejście łatwe i widoczne, da się dojść po wale. Ale na koronie piach miejscami sięga do pół łydki. Czas przejścia: 30 minut na kilometr. Tylko po co, skoro w dostępnych miejscach kotwiczą, blisko brzegu, ze cztery łódki? A jeśli dmuchnie z zachodu (czyli - jak zwykle), to fala przelewa się przez krawędź woderów?

Da się też dotrzeć i od drugiej strony. Obecnie woda jest bardzo niska, więc w spodniobutach można się przeprawić przez płytki, wąski przesmyk, łączący zbiornik z Narwią. Tylko… spinningistów przestrzegam przed mnóstwem zalegających dno gałęzi. To robota ogromnie licznych bobrów. Trzeba więc nastawić się na spore straty w przynętach. I na możliwość zaplątania nóg w owych gałęziach. O bobrowych kanałkach już wspominałem.

W każdym razie - czysty surwival. Koniecznie trzeba ze sobą mieć spory, ostry nóż, jakiś szuwaks przeciwko komarom i podstawowe środki opatrunkowe. Przyda się też posiadanie telefonu komórkowego lub radiotelefonu. I znajomka w pobliżu. Który, w razie konieczności, przedrze się przez krzaki i bagienko, by ewentualnie udzielić pomocy czy na własnym grzbiecie wynieść delikwenta. A o złamanie czy skręcenie nogi bardzo łatwo. Przy czym dodać trzeba, że karetka pogotowia tam nie dojedzie, zaś ekipa ratunkowa, jeśli nawet zdoła znaleźć wejście przez mokradła, na tak rozległym, podmokłym i zarośniętym terenie nieprędko odnajdzie nieszczęśnika. I nie da rady wnieść tam noszy.

Jeszcze o Narwi

To też spory kawałek pięknej wody. Dotrzeć do niej można jadąc przez wioskę i na jej końcu skręcając w prawo. Wyżej i niżej - raj dla wyznawców chyba wszystkich metod połowu. Stare, rozmyte już umocnienia i ostrogi, liczne dołki, rynny, stare opaski na zewnętrznych łukach meandrów - po prostu wędkarska poezja. Rzetelnemu spinningiście jednego dnia nie wystarczy na obłowienie kilometra brzegu.

Ale Narew ciekawa jest tylko do wysokości północnego krańca żwirowni. Poniżej - staje się płytka i jałowa. Co wcale nie oznacza, że nie warto zapolować tam na szczupłego czy bolenia. Jednak trudno dojść, bo od wału oddzielona jest mocno porośniętym mokradłem. I tylko w kilku miejscach da się przejść w miarę bezpiecznie.

O niebo ciekawiej jest z drugiej strony, na lewym brzegu Narwi. Liczne, stare główki (w większości prawie niewidoczne, odnajdywane jednak na mapach topograficznych z lat sześćdziesiątych), zapomniane opaski, przecudne rynny i rynienki, doły, kawałek starorzecza… Konieczny jest jednak środek pływający, by można było się przeprawić. Lub zaryzykowanie wjazdu od strony Pułtuska. Lecz to prawie dziesięć kilometrów po leśnych i polnych dróżkach.

Tylko proszę mnie nie pytać, jak z tamtej strony dojechać. Trzeba by było jakąś broszurę napisać, chcąc objaśnić to precyzyjnie. Na dowód - pozwolę sobie powołać na świadka Darka "sachę" Krystosiaka. Który bywa tam częściej niż ja, i który zapewne potwierdzi, że bez przewodnika, a przynajmniej bez precyzyjnej mapy (1:25000) i umiejętności jej czytania, wjechać tam nie sposób. Najwyżej przypadkiem. Ale później - z powrotem trafić się nie daje:)

Andrzej Bombola *Bombel*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Jeżdżę regularnie na przeciwko Gnojna nad Narew. Dojazd jest faktycznie ciekawy bo 17 km przez dziki las sosnowy, Droga została utwardzona jednak przez właścicieli działek, 3 lata temu bodajże cały odcinek rzeki został odgrodzony przez właściciela łąki i samochód trza zostawiać we wsi. Miejsce jest przecudne, ryby przecudne były....Ostatnia wyprawa i pogawędki z miejscowymi mocno mnie zniechęciły. O szczupaku można zapomnieć z brzegu, sandacza szukać można jedynie na ciężko z nurtu im dalej od brzegu tym lepiej. Woda przekłusowana tak makabrycznie, że złowienie 40 cm szczupaka wymaga wielu godzin i podchodów. Podobno jest natomiast gruby leszcz w dołkach między główkami (sam większego niż kilogram nie złowiłem)i jest ładny węgorz. Lubię bardzo to miejsce więc pewnie zajrzę tam niebawem. Niestety jednak bijących dyżurnych szczupaków, sandaczy w warkoczach za zakrzaczonymi szczytami główek już nie zobaczę:( Chłopaki z Pogawędek też podobno tam zaglądają i czytałem że mają jednak efekty.
Rozjuszone i prawie bezkarne kłusolstwo stąd, ze radosne RZGW i ZO Mazowsze postawiły na swoim. By paru zaprzyjaźnionym rybakom dobrze zrobić.
Przez co SSR pierdyknęła nosem o glebę i się rozpadła. PSR zagląda najwyżej po to, by jakiegoś dziadka z bambusówką czy ruskim teleskopem dopaść i \"wynik statystyczny\" zrobić.

Grodzenie dojazdów stąd, że chłopki czują się bezkarni. Sam wjazd przez Ponikiew, za stodółką, odgrodzony przez zmyślnego chłopka, który za zdjęcie sznurka chciał kasować po 5 zeta.
Przed kilkoma laty inny chłopek, z Pawłówka, nocą przeorał dróżkę przez las. Chyba nie dla kasy, a dla dowcipu. Przez co mocno został uszkodzony samochód z wędkarzami w środku. Po czym wędkarze się wkurzyli, sprawcę odnaleźli i przeorali mu facjatę. Otrzymując też odszkodowanie za zniszczone zawieszenie auta.

Wjazd na łąki, przez Pawłówek, zagrodzony (był, jak teraz - nie wiem) nie dla widzimisię, a z powodu krów. Wystarczyło zdjąć drut z haczyka i powiesić go z powrotem po przejechaniu.

Sandacza, mimo zarybień, ubyło. Trzyma się śródrzecznych, kamienistych raf. Siedzi m.in. na kamienisku za zapomnianą, rozmytą główką przy ujściu Pełty:)

Szczupłe, te duże, siedzą w nurcie, w głębokich rynnach śródrzecznych. Pod brzegi podchodzą dopiero pod koniec dnia i bytują tam najwyżej przez godzinę po wschodzie słońca.
W ciągu dnia można je skusić na twistery w duuużych rozmiarach. Ale to loteria. Można w trzech rzutach zapiąć dwa kilkukilogramowe, ale równie dobrze można trzy dni rzucać i kontaktu nie mieć. Jak np. ja :grin

Na dużego leszcza ciągle jest duża szansa. Niestety, układy pogodowe sprawiają, że nawet ukleja żeruje chimerycznie :grin Dzięki czemu może w następnym sezonie skutecznie da się połowić niezłych ryb. Tuczących się teraz spokojnie i z umiejętnością omijania naszych zestawów :grin
Pod warunkiem, że najęci przez pi-zet-dablju rybacy nie wytrałują rzeki aż do spodu.
Bardzo praktyczny tekst. Pisany z perspektywy brzegu. Rozumiem, ze srodek plywajacy wlasny potrzebny?
Nie do konca rozumiem zdania \"W ten oto sposób \"jedynie słuszna\" prywatyzacja i przetargi, których rozstrzygnięcia co najmniej przeczą zdrowemu rozsądkowi, pozwalają na powrót bezhołowia z początku lat \'90.\" Tu nikt niczego nie prywatyzowal, jeden okreg zabral lowisko drugiemu okregowi i je mocno podniszczyl. No, ale ten typ tak juz ma :roll
Moze gdyby nie bylo okregów i innych form falangizacji, lowisko byloby rybniejsze...nie wiadomo.
Kuba - środek pływający trzeba mieć własny. Była możliwość wypożyczenia łajby, dopóki była to łowisko specjalne. Co już przeszło do historii.

A ta \"jedynie słuszna prywatyzacja\" to tylko trochę mojego sarkazmu. Rzecz w tym, że na tym odcinku (i na wielu innych wodach) prywatyzacja odbyła się w formie przetargów. Do których mogły przystąpić wszelkiej maści podmioty gospodarcze.

Na Narwi przystąpiły (i w większości wygrały) okręgi PZW. W przypadku tego obwodu rybackiego sprawa jest o tyle dziwna, że ZO Ciechanów ma swoją siedzibę... o kilkadziesiąt metrów od jej brzegu. W Pułtusku właśnie. Z której to siedziby, chyba bardziej korespondencyjnie, porządzić sobie może odległą o kilkadziesiąt kilometrów Wkrą. Zaś płyncą pod oknami Narwią rządzi teraz O. Mazowiecki. Z siedzibą odległą o ponad 60 km.
I na tym właśnie polegała prywatyzacja. Mająca być lekiem na całe zło. A która okazuje się nie tyle lekiem, co \"dopieszczaczem\", wyłącznie dla wąziutkiego grona osób czerpiących zyski z rybactwa.

W efekcie tak chwalonych do niedawna przemian - rzeka została pozbawiona jekiejkolwiek kontroli. Nikt nad tym nie panuje. Rybacy, kłusole, mięsiarze - wszyscy łowią praktycznie bez kontroli. Efekty kilkuletniej, wytężonej i mądrej działalności wielu społeczników, w większości już poszły się pieprzyć.
Ale pojęcie \"społecznik\", w przeciwieństwie do pojęcia \"prywatyzacja\", wzbudza skojarzenia. A niekiedy - wręcz śmiech. Nawet nie ironiczny, a pogardliwy.

Wśród brzmienia owego śmiechu właśnie idzie na mączkę, na karmę dla świń i kotów sąsiadów, kilkadziesiąt tysięcy złotówek włożonych w zarybienia i pilnowanie wody.
Bardzo więc prawdopodobne, że w przyszłym sezonie woda będzie równie jałowa, jak była pięć lat temu.

Moim zdaniem - do całej tej prywatyzacji (z jej zakulisowymi meandrami) zdecydowanie bardziej pasuje słowo PRYWATA. Co korzystne dla kłusoli, rybaków i iluś tam ludzi majstrujących przy przetargach.
Już widać, że jest wielce niekorystna dla wody, ichtiofauny i tysięcy wędkarzy. Również tych, którzy w prywatyzacji upatrywali lekarstwa.