Pogoda jak wiadomo nie rozpieszczała nas w długi, majowy weekend, a później było już tylko gorzej: mróz, śnieg i niekorzystne ciśnienie spowodowały, że moje wędkarskie wyprawy kończyły się fiaskiem. Tego "pierwszego" nie mogłem złowić. Siedząc w domu markotnie patrzyłem co raz to na wędkę, to za okno... to znów na wędkę... Zbliżał się weekend. Był piątek, a ja musiałem jechać na noc do pracy. Pakując do torby płyty i słuchawki usłyszałem przypadkiem rozmowę rodziców w kuchni... Rozmawiają o wyjeździe na "wioskę"- czyli w nasze rodzinne strony. Oczywiście jak zawsze od razu postanowiłem  zagłębić się w szczegóły i potwierdzić  przypuszczenia. Jak się okazało, ku mojej uciesze padło "jedziemy!" W końcu i ja mam wolny weekend, więc znowu mogę zabrać się z nimi by odwiedzić Babcię i Dziadka - Stanisława, który akurat obchodził imieniny. W dodatku, w tym samym dniu w rodzinnej wsi obchodzony był odpust, więc jakby nie patrzeć same ważne powody do wyruszenia w podróż.

Z wielkim uśmiechem w piątkowy wieczór pojechałem do pracy, z której miałem wrócić około 7 rano. Chciałem się  jeszcze po powrocie przespać, jednak w głowie już miałem tylko Niemirów i oczywiście leżałem jak "baran" w łóżku. Trudno, prześpię się  innym razem :). Wstałem, zjadłem śniadanie, zapakowałem swoje graty, czyli spinning, torbę, lustrzankę i ruszyliśmy w trasę. Po drodze zahaczyliśmy oczywiście o sklep wędkarski, by dozbroić się na  "bużańskie potwory". Plexa, kopyta i nowy dla mnie druciany systemik do "bezwęzłowego łączenia plecionki". Jedyną rzeczą, która mnie martwiła, była pogoda. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu lało jak z cebra... W dodatku prognozy też nie wyglądały zachęcająco. Zacząłem zastanawiać się  czy w ogóle będzie sens iść nad wodę.

Pokonując trasę dotarliśmy do Siemiatycz, w których podniósł mi ciśnienie pewien jegomość bez krzty kultury osobistej...  Niechcący tatko tak niefortunnie postawił samochód pod sklepem, że zastawił wjazd na czyjąś posesję na dosłownie minutę i pobiegł szybko do sklepu. W tym samym czasie ów jegomość chciał wjechać na swoją posesję i nie mógł odczekać nawet 30sekund widząc, że nie ma kierowcy w środku. Zaatakował mnie od strony pasażera otwierając sobie drzwi auta i od początku drąc się na mnie w bardzo niemiły sposób. Na zakończenie trzasnął drzwiami naszego auta tak, że szyby zadrżały... W tym momencie pękła mi żyłka i wyleciałem za nim z auta komentując jego chamskie zachowanie. Jegomość stał się jeszcze bardziej bezczelny i nie reagował na moje prośby odczekania parunastu sekund do przybycia kierowcy. Ojciec w tym momencie wyszedł ze sklepu i nagle jegomość postanowił uciszyć otwór gębowy i schował się do samochodu. Odjechaliśmy szybko z podniesionym ciśnieniem krwi.

Przed Mielnikiem, gdzie droga biegnie tuż nad samym brzegiem Bugu dostrzegam, że poziom wody jest w normie. Fakt ten bardzo mnie cieszy, ponieważ wysoki Bug staje się ciężkim i niebezpiecznym łowiskiem. Ktoś  kto nie odczuwa respektu do wezbranej rzeki w mgnieniu oka może wylądować w głębokiej na parę metrów jamie z silnymi prądami lub zsunąć się z piaszczystej skarpy wprost w wiry, które nie łatwo będzie pokonać w pełnym, wędkarskim ekwipunku.

W końcu dojeżdżamy do wioski. Z braku snu zaczyna  solidnie boleć mnie głowa i na dokładkę nabawiłem się  zatrucia pokarmowego. Odwiedzamy po kolei najpierw Babcię, później Dziadka. Dziadek słysząc o moich problemach z żołądkiem mówi "poczekaj no, ja mam lekarstwo na takie dolegliwości...". Po chwili wychodzi z kuchni z butelka czystego spirytusu. Nalewa pół kieliszka... Przerażenie pojawiło się w moich oczach, więc chwyciłem za kawałek kiełbaski i pomidorka i postanowiłem spojrzeć 98% prosto w oczy... a raczej gardło. Okazało się, że "lekarstwo" pomogło, bo moje problemy minęły po parunastu minutach.

Później, gdy starsi rozmawiali o swoich tematach i dojechała jeszcze rodzina z daleka, ja postanowiłem wykorzystać chwilę bez deszczu i szybko wyskoczyć na cmentarz położony na skarpie nad Bugiem. Po odnalezieniu grobów członków mojej rodziny i po chwili zadumy  udaje się na dół skarpy, tuż nad samą rzekę.

Szaro, wietrznie, bardzo mokro... Od strony położonej kilkaset metrów dalej granicy polsko-białoruskiej dobiegają mnie dziwne odgłosy, niby to jakiejś fabryki, niby jakiejś budowy. Spoglądam na niemal marmurowe wody Bugu i po prostu słucham naprzemiennie ćwierkających ptaków i hałasu od sąsiadów zza wschodniej granicy. Nigdzie indziej na świecie powietrze nie będzie pachniało tak przyjemnie i ptaki nigdzie indziej nie będą  tak przyjemnie wypełniać ciszy swoimi śpiewami jak nad Bugiem...

Dzień dobiega końca, więc wracamy do Babci, gdzie mieliśmy nocować. Zmęczony, ale zadowolony kładę się  do puchowej i chłodnej pościeli. Zasypiam jak małe dziecko. Budzę się o godzinie 5.30 pełen energii i w spożywam śniadanko zrobione na szybko. Spoglądam za okno... piękna słoneczna pogoda! Pakuje do torby to co trzeba, czyli aparat, puszkę piwa, kanapkę i wyruszam z Ojcem na nadbużańskie łąki. Jedziemy na lubianą przeze mnie miejscówkę o nazwie "kąt".

Na drugim brzegu widać 2 wędkarzy łowiących tuż  pod "białą górą". Rzeka na tym odcinku zakręca niemal o 45 stopni i stanowi świetne miejsce do zasiadek na bolenia czy szczupaka.

Obławiamy rzekę we  dwóch - ja na kopyta Dragona- fatty i plecionkę o wytrzymałości 10 kg, ojciec postanawia zaufać wahadłówkom.

Po parunastu minutach zacinam pierwszego zębatego. Krótki hol, podebranie ręką i bez mierzenia wołam do ojca - "Pierwszy, ale krótki!". Szczupaczek odpływa  w dobrej kondycji rosnąć dalej. Schodzimy w dół rzeki jednak wyniki są bardzo słabe. Postanawiamy cofnąć się i obłowić starorzecze Bugu zwane "przerwańcem".

Niemal od razu prowadząc kopyto z opadu na 8 gramowej główce mam uderzenie. Ryba trafia na brzeg, lecz znowu ojciec słyszy - "Drugi! Ale też krótki". Pełni nadziei łowię więc dalej, by w końcu poczuć piękne uderzenie w rękojeści Kongera. Siedzi! Z tym nie jest już tak łatwo. Ryba naprawdę fajnie walczy i w końcu trzeba ją wyciągnąć z wody.  Wołam ojca o pomoc, bo brzeg jest stromy i przydałaby mi się pomoc w podebraniu. Ojciec jednak jest za daleko i nie słyszy, więc pozostając bez wyboru postanawiam sam zaryzykować i podjąć się podebrania.  Prawie się wykąpałem, udało mi się podebrać szczupaka. Szybkie mierzenie... Jest pierwszy wymiarowy – 54 cm. Postanawiam uwiecznić tego pierwszego na zdjęciu, jednak  podekscytowany źle ustawiłem aparat i wykonałem zdjęcie pod słońce... To nic, jakoś tam wyszło.

Zadowolony łowię dalej. To samo kopyto i to samo prowadzenie, jednak tym razem rzucam pod drugi krzak. Jedno poderwanie... drugie poderwanie... przytrzymanie i uderzenie w kij! Plecionka zaczyna przecinać wodę jak brzytwa, zaś ja czuję się pewnie. Jedyną rzeczą, która w tym wypadku mogła mnie zawieść, była wędka o ciężarze wyrzutowym 7-21. Jednak i ona  pracowała wyśmienicie amortyzując odjazdy ryby. Po chwili znowu ledwo podbieram i mierzę...  52 cm. Drugi wymiarowy w tym sezonie! Wędruję więc dalej "przerwańcem" i  doławiam jeszcze jednego "dorosłego" zębacza  mierzącego 51 cm.  Kończę wędkowanie w pełni usatysfakcjonowany. Z torby wyjmuję piwo i spożywam w pięknym słoneczku i cudnej pogodzie.

Spotykam ojca, jest na zero. Wspólnie wracamy do auta rozmawiając o  Bugu i o rybach w nim żyjących. Po drodze spostrzegamy też, że bobry bardzo się rozmnożyły, bo niemal wszystkie drzewa zostały pokaleczone, a jamy bobrowe przyprawiają o ciarki.

Wracamy do Babci i Dziadka na obiad.  Korzystając ze słoneczka postanawiam przejść przez pola do starego rosyjskiego bunkra, który po trafieniu bombą w czasie ostatniej wojny został zalany betonem.

Stanąłem na szczycie bunkra i rozejrzałem się wokół. Przepiękne, zielone i bujne lasy przecinała woda Bugu, która niczym najostrzejsze dłuto wystrugała w brzegach cudowne skarpy i zakręty, w których niemal czuć historię tej rzeki, tych miejsc i ich mieszkańców.

Tekst i zdjęcia: Bartek Radź *beny*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

No ładnie. Wychodzi na to, iż byłeś w okolicach, gdzie kiedyś odbywała się Noc Traperów. Miła relacja :grin
Ano właśnie. Noc Traperów stanęła przed oczami wraz z Ojcem Dyrektorem Ś.P. Bardzo fajna relacja.
Niestety nigdy nie było mi dane \"zaliczyć\" Nocy Traperów a bardzo bym chciał :)
Bardzo fajna relacja, było wszystko/ nutka patriotycznych wspomnień, lekarstwo Dziadka \"na wszystko\", opisy, połowy/. Widać też, że masz \"oko\" do znajdowania ciekawych ujęć przy robieniu zdjęć. A już zupełnie mnie ująłeś zdjęciem Kongera z /chyba się nie mylę?/ doczepionym Zauberem. Toż to mój ulubiony zestaw...Pisz częściej.
Konger WC Turbo 2,7 + Team Dragon 930 czyli kopia zaubera :)
Brawo, fajnie napisane i obfotografowane. Przymierzam się do Bugu w następny weekend. Gratulacje za rybki.
Lubię czytać takie teksty, dziękuję ;)

I jeszcze mały P.S. - zawsze jest sens iść nad wodę, nie ma się co zastanawiać ;)
świetne fotki