Ostatnio miałem pecha z rybami. Nie dość, że nie mogłem ze wspaniałą ekipą wybrać się na Siemianówkowe trolowanie to do tego chyba wszystkie drapieżniki z podbiałostockich zbiorników się na mnie wypięły tyłem. Jest jeszcze inna możliwość, być może już zapomniałem jak się łowi ryby i powinienem się podszkolić w tym zacnym fachu.
Za namową małżowinki pojechaliśmy na grzyby, by nie tracić kontaktu z przecudną jesienną przyrodą. Zresztą Bożenka z letniej spinningistki zamienia się w zapaloną grzybiarkę i nie trudno zgadnąć, że jesienią zamienia swój spinnerek na ostry nożyk. A zresztą, ona i tak te większe szczupaki odhacza wodzie, bo takie duże to mogą zerwać ulubionego wabika, a do tego są niesmaczne, a te mniejsze to wypuszcza, bo szkoda zabrać, niech rosną, ot „samarytanka” mi się znalazła. Wreszcie „jadziem” na łono puszczy Knyszyńskiej w celu szwędania się kilometrami po leśnych krzaczorach, co zazwyczaj kończy się bólem kręgosłupa i moczeniem obolałych stóp w misce z solą orzeźwiającą, by brutalnie ściąć biednego grzybka, który dostrzeżony już nie ma najmniejszych szans i musi wylądować w koszyku. No trudno, jesienią musimy zawsze dochodzić do wspólnej ugody, a lato należy do mnie.

Ryby to mają dobrze, potrafią się ukryć, jak chcą nie brać to nie biorą, co cwańsze potrafią wędkarza nauczyć pokory i to jest to. Ze względu na charakter mojego zawodu, często nie mam więcej wolnego czasu jak 2-4 godziny dziennie, ale i tyle wystarczy by spenetrować pobliskie lasy. Białystok od północno-wschodniej strony jest otoczony puszczą Knyszyńską, którą przecina rzeka Supraśl i wiele rzeczek pstrągowych. Lasy te mają niejednokrotnie zaskakujące ukształtowanie terenu, od górzystych, dziwacznie pofałdowanych, po płaskie łąki wyglądające jak lotnisko. Od górskich potoków do nizinnych rzek i bagien, a zwłaszcza w jesiennej szacie jest tam, na czym oko zawiesić. Czasami zapominam się będąc tam i łowiąc ryby, czy zbierając grzyby o prawdziwym celu wyprawy.

Uwielbiamy z Bożenką odwiedzać z wędkami stare zamknięte żwirowiska, znajdujące się na wschód od miasta, jadąc w stronę miejscowości Supraśl posiadającej miano uzdrowiska zaraz za wioską Ogrodniczki po prawej stronie drogi zaczynają się iście górzyste tereny. Znajduje się tam ośrodek kempingowy, w którym jest niewielki wyciąg narciarski, korty tenisowe, i wiele innych atrakcji. Z okolicznych wzgórz rozciąga się piękna panorama na dwa pożwirowe stawy. W jednym z nich padł mój życiowy rekord połowu wiosennego lina, złowiłem 8 szt. od 06 do 1,20 i to na DS-a z koszyczkiem zanętowym, który robił niezmiernie dużo hałasu, co linom wcale to nie przeszkadzało.

Ostatnio byliśmy na grzybach, po drugiej stronie szosy i zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni nowym odkryciem. W środku sosnowego lasu o iglastym i twardym poszyciu oczom naszym ukazał się widok mokradeł jak ze strasznych filmów, tylko oparów mgły brakowało o tej porze dnia. Szkoda, że mam tak słaby aparacik, bo na pewno zrobiłbym solidniejszą sesje fotograficzną. Troszkę się rozpisałem (to przez Argrabiego i to on kazał mi pisać, a nie same komiksy wysyłać) do tego nie na temat, więc, by dalej nie przynudzać to zamieszczam parę fotek.


W puszczy Knyszyńskiej na obrzeżach Białegostoku można i na takie dzikie mokradła się natknąć.


Właśnie w takich okolicach można spotkać Łosia.


Tu są podziemne Zielonki.


Te same zieloneczki, lecz już odsłonięte.


Trudno przebić się z pod piasku.


Samotna zieloneczka


Ten Borowik próbował ukryć się pod listkiem Klonu.


Ten sam Prawdziwek, lecz z innej strony.


Biedny Borowik, ledwie co przebił się przez gałązki i został ścięty.


Dwa malutkie podbrzeźniaczki.


Rydzyki.


A takie rydze to jak wygrana w totolotka.


Stary łapciuch. Nie lubię takich, ale do suszenia może być, zwłaszcza że zdrowy.


A takie to tylko w atlasach można spotkać.


Och jak żal je ściąć, ale taki grzybków los.


Oj! jak dobrze, że nie jestem jadalny, bo już mnie tu by nie było!


Muszę kupić autko z większym bagażnikiem, bo po czterech godzinach zbierania już się nie mieszczą.

P.S. Po napisaniu tego artykułu pojechaliśmy jeszcze raz, na skraj puszczy Knyszyńskiej tuż pod samą granicę wschodnich sąsiadów, tam gdzie wrony zawracają, bo już Unia Europejska i zasięg telefonów komórkowych się kończy. Dobrze, że wzięliśmy ze sobą radiotelefony, bo nasze żoneczki chyba były na wagarach, gdy w szkole był wykład z topografii i orientacji w terenie. W pewnym momencie dziewczynki wołają:
- Chłopaki gdzie jesteście?
- No jak gdzie w lesie! A wy?
- Też w lesie, a gdzie samochód?
- No jak gdzie na leśnej drodze!
- Uff, a jak do was dojść?
- O kurde! „Hyuston mamy problem!” Dziewczyny widzicie słońce? Tak? A jedną, jedyną chmurkę na niebie? Tak? To stańcie przodem do słońca.
- Stoimy, a chmura gdzie ?
- Po lewej stronie, ok., więc idźcie w stronę chmury, aż do leśnej drogi, jak nie zobaczycie samochodu to odezwijcie się przez radio.

Samochód znalazły no i tak to się szczęśliwie skończyło, a były tak daleko, że strach było psiego trapera za nimi posłać, by też się nie zgubił.

Kryskon

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Bagażnik pełen grzybów, tylko mogę pozazdrościć Ci Kryskon. A jaka znajomość grzybów, ja nawet nie wiem, że takie się zbiera! W sumie nieźle wyszedłeś na tym, że czasem słuchasz żonki.
Urodzaj u was nawet , nawet :eek , u nas zero grzybów :upset taka susza . Ale jeszcze mi pozostał Domaniów i tam własnie się jeszcze jak mam czas udaję, na połów rybek . Moje gratulacje Krzysiu i pogratuluj swojej żonce takiego pomysłu . Z pozdrowieniami Kazik . :grin
:grin Hehehe końcówka bardzo mi sie podobała.
:grin Hehehe z końcówki bardzo sie usmiałem.
Mam wątpliwości, co do rydza na 11 zdjęciu od góry. Coś za jasny, podobny do wełnianki, ale to chyba kwestia fotografii. Prawdziwki, zwłaszcza te mniejsze, wspaniałe!
Ale uważaj! Nie bierz dziewczyn w takie olsy. Dobrej teściowej też nie. Bo się mogą rzeczywiście zgubić. Natomiast jeśli masz \"dożartą\" teściową, zabieraj ją na grzyby bez wahania. Może się zgubi, zwłaszcza jeśli pokażesz jej chmurkę i dasz takie namiary, że ją pograniczniki capną i któryś rusek się z nią ożeni! Odegralibyśmy się na nich za embargo na świnie i jarzyny. Chociaż podobno marchew przepuszczaja, bo czerwona. :grin ;) Pomyślności! HJ
Grzybiarz!!!!!
Zgadzam się z Hiljotem - WEŁNIANKA jako żywo :)
z resztą porównajcie ze zdjęciem bezpośrednio poniżej :)
Dzięki wszystkim za miłe recenzje, ale tak jak pisałem, wolę okopać się z pikerem w jakimś spokojnym miejscu nad wodą z wiaderkiem Żubra i spokojnie podziwiać łono natury (chyba nieuchronnie idzie do starości). Hiliot i Kwantyl, macie panowie rację, fotka wybitnie nie udana (prześwietlona) powinienem zamieścić inną, ale są to 100% rydze. Wełnianki są podobne tylko kapeluszem, natomiast od spodu całkiem inne, a do tego rydz sinieje, a wełnianka nie. Moim zdaniem trudno jest je pomylić jak się roszkę po lesie biegało. ;)
Skoro zjadłeś i smakowało, tu musiał to być rydz :), aczkolwiek wygląda... jak wygląda :)
ja chce na grzyby.. :cry takuie prawdziwki wielkie.. ach kiedy to było :cry