W niniejszym artykule wyjaśniono powody podjęcia tematu, przybliżono tytułowe pojęcie zrównoważenia i omówiono podstawowe przesłanki prowadzenia działalności rybacko-wędkarskiej.

Trzy miesiące temu zainspirowany sygnałami od użytkowników WCWI, a także swoimi wędkarskimi niepowodzeniami (chociaż był to początek sezonu) - a to, że "ryb coraz mniej", że "dzieje się źle nad rzekami i jeziorami" zainicjowałem temat na forum portalu pt. "Ikslandia – nowa rzeczywistość wędkarstwa". Przypomnę, że chodziło o zachęcenie użytkowników do pewnej intelektualnej zabawy, której celem miało być stworzenie hipotetycznego kraju - podobnego geograficznie i środowiskowo do Polski, w którym wędkarstwo będzie miało się dobrze, wody były zasobne, a ludzie zadowoleni. Innymi słowy, żeby to szwedzcy i niemieccy wędkarze przyjeżdżali do nas, a nie my do nich.

To było we wrześniu. Później mieliśmy okres XXX Zjazdu PZW, gorących dyskusji (personalnych i programowych) na forum, a następnie dyskusje nt. nowelizacji ustawy o rybactwie śródlądowym. Pojawiły się też wątki od pływających za dorszem i tych, którzy o tym ostatnim problemie oglądali reportaż w TV. Były też inne wątki, których nie sposób wymienić, bo zginęły w aktualizowanej rozmównicy.

Nie udało nam się powołać do życia wędkarskiej Ikslandii, być może dlatego, że wyzwanie okazało się zbyt skomplikowane. Pojawiły się jednak pomysły ciekawe i kontrowersyjne. Te ostatnie na tyle, że nie czuję się nawet na siłach, żeby przewidzieć co mogłoby się stać wprowadzając je w życie. Przypomnę, że raczej wskazywaliście na mocno radykalne posunięcia (zakaz eksploatacji wód przez 10 lat), a nawet rozwiązania militarne (zaminowanie brzegów i szafot dla kłusowników ;)). Może byłyby nawet skuteczne, ale to totalitaryzm i nijak ma się do obecnego porządku prawnego. Dość łatwo wysnuć wniosek, że potrzeba geniuszu, aby stworzyć organizm państwa od podstaw, nawet znając historię, politologię, ekonomię, socjologię, prawo itd. A już na pewno stworzyć państwo, które odpowiadałoby każdemu obywatelowi. W dodatku wcale nie jesteśmy pewni, że później taki kraj nie zmieniłby się wg orwellowskiego scenariusza.

W efekcie zakończył się rok, a ja mam osobistą potrzebę podsumowania tego wielowątkowego problemu. Nawet jeśli nic wymiernego z tego nie wyniknie, to jednak tekst i Wasze przyszłe komentarze w Internecie pozostaną i będzie można do nich powracać. Mam także świadomość, że nie uda nam się podsumować nawet ułamka tematu, bo nie mamy ani takich możliwości czasowych, ani ludzkich. Jednakże nie wypada napisać zwyczajne: "jest jak jest", tak samo jak nie można przejść do porządku dziennego, stwierdzając, że stoimy po drugiej stronie barykady (po tamtej przeważnie wędkarze stawiają ustawodawcę, PZW, rybaków, przepisy itp.). Spróbuję zatem napisać o kilku sprawach związanych z istotą rybactwa. Temat z natury jest rozległy, bo dotyczył będzie rybołówstwa morskiego, rybactwa śródlądowego z akwakulturami i wędkarstwa. Postaram się w rozsądnych granicach tekstu przybliżyć zagadnienia ekonomiczne związane z rynkiem ryb, uwarunkowania prawne i społeczne, wykorzystując do tego dostępne dane. W obecnych czasach niełatwo przefiltrować wszystkie informacje i wybrać te najistotniejsze zwłaszcza, że źródła ich powstawania są związane z różnymi (często przeciwstawnymi) grupami zainteresowań. Jednak w miarę możliwości czasowych postaram się przedstawić te najważniejsze z naszego, konsumenckiego i wędkarskiego punktu widzenia, opatrując je swoim komentarzem. Stąd też wziął się nieco przewrotny tytuł serii, bo nie jest do końca oczywiste, czy zrównoważony rozwój rybactwa jako gałęzi gospodarki ma rzeczywiście miejsce i czy jest tak odczuwany przez wszystkich beneficjentów. Na koniec wstępu chciałbym podziękować Jerzemu Kowalskiemu za inspirację i podrzucone pomysły, a także zachęcić wszystkich do komentarzy.

* * *

aut. WoźniakProblem eksploatacji wód, czy też innych zasobów naturalnych, jak wiemy, podlega dość specyficznym czynnikom, z których najważniejszy to wyczerpywalność. Innymi słowy korzystając z takich zasobów po pewnym czasie osiąga się stan wyczerpania. Dotyczy to chociażby złóż surowców, a w przypadku źródeł odnawialnych (np. energia, populacje zwierząt i roślin) stan ten może dotyczyć pewnego okresu (sezon wegetacyjny, cykl życia) lub też zupełnego zaniku czy wyginięcia. Nie ma tu znaczenia, czy korzystamy umiarkowanie, czy intensywnie. Surowce kiedyś się skończą, a na ich odbudowę czeka się dłużej niż kilka pokoleń i nie zawsze jest to możliwe (przykładowo w Paleozoiku tworzenie pokładów węgla kamiennego czy soli kamiennej trwało kilkaset milionów lat). Co następuje po wyczerpaniu złóż, chyba nie trzeba pisać (od najdawniejszych czasów jednym z powodów konfliktów były surowce). Eksploatację zasobów odnawialnych, potencjalnie można ograniczyć zupełnie lub kontynuować do tzw. fazy bezpiecznej w celu odbudowy zasobów, licząc na zbiory/czerpanie w następnych latach. Problemem od zawsze będzie jednak wytyczenie granicy eksploatacji, bo żeby to ustalić trzeba mieć wiedzę i doświadczenie, a te zdobywa się latami i niejednokrotnie sporymi nakładami. Sytuacja gmatwa się bardziej, jeśli ustala się dostęp do zasobów na zasadzie powszechności, bo w tzw. wspólnej własności społeczeństwa często się nie identyfikują, dochodzą do głosy grupy interesów itp. Należy mieć też na uwadze, że spośród nich jednym nie zależy na czerpaniu z zasobów, innym wręcz przeciwnie, nawet ze świadomością, że w przyszłości tego dobra może zabraknąć.

Czy w obecnych czasach i wobec takiej sytuacji z pomocą powinno przyjść państwo? A jeśli tak, to w czyim interesie? Tych którym nie zależy, czy tych którzy myślą o przyszłości, czy może jeszcze komuś innemu, na przykład wszystkim - czy to w ogóle możliwe? Często bywa tak, że interesy kilku grup społecznych nie są zbieżne. W większości krajów posiadających jakiekolwiek zasoby, instytucja państwa (oczywiście o różnej sprawności, bo są też takie kraje, w których aparat państwowy jest fikcyjny, a władzę sprawują klany, junty itd.) ustala jakąś formę własności, prawo do eksploatacji, aby miały tzw. gospodarza, bo jak wiadomo, to on będzie dbał o powierzone zasoby w swojej sprawie oraz łatwiej rozliczyć kilka czy jeden podmiot niż "nieokreślone" społeczeństwo. Mogą to być celowe lub czasowe koncesje, dzierżawa itp. Nie sposób wymienić wszystkich światowych rozwiązań, bo jest ich zbyt wiele. Tylko w Polsce jest kilkaset aktów prawnych regulujących kwestie eksploatacji zasobów, a w niedalekiej przyszłości powstanie kolejnych kilkadziesiąt (np. związanych ze sprawą złóż gazu). Ponadto pojawiają się dodatkowe problemy związane z przynależnością do międzynarodowych organizacji gospodarczych, które mogą skutkować narzuceniem reguł obowiązujących w takich organizacjach jednostkom zrzeszanym.

Dobitne przykłady obserwujemy będąc członkiem EU, której dyrektywy są nadrzędne nad ustawodawstwem lokalnym. Potencjalnie członkowie Wspólnoty mają równe prawa, jednak w praktyce wygrywa silniejszy lub ten, kto zdobędzie sojuszników. W ramach EU wprowadzono Wspólną Politykę Rybołówstwa (WPRyb), instrument regulujący zasady rybołówstwa i akwakultury w krajach członkowskich. Generalnie reguły są jasne: ryby są zasobem naturalnym, mobilnym i odnawialnym; ryby są niczyją własnością dopóki nie zostaną złowione; działania grup rybaków powinny być tak organizowane, żeby korzyści odnosili wszyscy łącznie z konsumentami oraz uwzględniały ochronę i odnawialność zasobów. Stąd WPRyb zajmuje się następującymi obszarami aktywności:

  • ochroną zasobów za pomocą ustanowienia poziomu ogólnej eksploatacji (tzw. całkowite dopuszczalne połowy - TAC) w ciągu roku, ustanowienia i kontrolowania kwot połowowych dla krajów członkowskich;
  • wspomaganiem zmian i rozwoju rybołówstwa i akwakultury wobec narzuconych ograniczeń połowowych;
  • organizacją rynków produktowych i przepływu towarów;
  • negocjowaniem umów z organizacjami, krajami spoza UE.

Nie jestem w stanie wskazać jednoznacznego bilansu zysków i strat, które ponosi Polska z tytułu przestrzegania reguł WPRyb i obawiam się, że nikt takowego nie zrobi, gdyż są zawsze zwolennicy i przeciwnicy tego typu rozwiązań (podobnie jak choćby w odniesieniu do Wspólnej Polityki Rolnej). W kolejnych felietonach będę jedynie przywoływał argumenty obu stron, pozostawiając ocenę komentującym.

W polskim prawie, już od dawna starano się regulować kwestię rybactwa. Obowiązujące akty prawne, których listę postaram się zamieścić w jednym z kolejnych artykułów, zakładają przede wszystkim, że rybackie korzystanie z zasobów powinno być zrównoważone. Termin nie jest nowy, ale kontrowersyjny i często bywa też interpretowany w świetle partykularnych interesów. Ponadto występuje w różnych kontekstach: środowiskowym, gospodarczym, społecznym, prawnym itp. Zanim się pojawił, częściej posługiwano się racjonalnością. Dla przykładu - J. Rozwadowski, którego sylwetki nie trzeba wędkarzom przybliżać, już 113 lat temu w "Poradniku dla miłośników sportu wędkarskiego..." pisał: "Rybołostwo, jako gałąź gospodarstwa krajowego, nie powinno i nie może być inaczej traktowane, jak wszelkie gospodarstwo w ogóle. Gospodarstwo rybne wymaga w swoim zakresie tak samo uprawy, hodowli, ochrony, jeżeli ma dać żniwo. Żniwo to w postaci połowu ryb powinno być stale wydatnem, jeżeli gospodarka sama chce zasłużyć na miano racyonalnej, inaczej żniwo owo stanie się rabunkiem, a wątpliwy zysk jednorazowy odbić się musi szeregiem strat zawodów w przyszłości. (...) Rozumny właściciel lub dzierżawca rewiru nie będzie jedynie przestrzegać skrupulatnie pory ochronnej i miar minimalnych, jak je prawo normuje, lecz pójdzie dalej w tym kierunku, nakładając na siebie i uprawnionych przez się obowiązek dobrowolnego ograniczenia czasu połowu, ilości wyłowić się mających ryb, oszczędzania drobiazgu, mającego służyć za paszę rybom szlachetnym...".

aut. ValdezRacjonalna gospodarka wg Rozwadowskiego, to nic innego jak działania, które godzą interes gospodarującego - zysk, którym będzie mógł cieszyć się długo, jeśli przyjmie rozwiązania ochronne, oparte na dbałości o ciągłą odnawialność zasobów, czyli nie dojdzie do naruszenia sprawności ekosystemu. Jednak w sensie ekonomicznym, trudno się nie zgodzić, że racjonalność może prowadzić do zupełnego wykorzystania zasobów. Wszak w efekcie chodzi o maksymalizację celu przy zaangażowaniu minimalnych nakładów, zakładając, że nie mamy wpływu na to, w jaki sposób prowadzi się daną działalność gospodarczą i w jakim czasie. Podejście Rozwadowskiego jest jednak charakterystyczne dla idei zrównoważonego rozwoju, który wg najpopularniejszej definicji "pozwala na zaspokojenie potrzeb współczesnych ludzi bez naruszania zdolności do zaspokajania potrzeb przyszłych pokoleń". Politycy pochylili się nad zrównoważonym rozwojem w czasie prac Komisji do Spraw Środowiska i Rozwoju na forum ONZ w 1987 r., przyjmując te idee dopiero w 1992 r. w Rio de Janeiro (raport Komisji bywa też nazywany raportem Brundtland od nazwiska przewodniczącej). Potrzeba była nagląca, bo mające miejsce w XIX i XX wieku wydarzenia polityczne, społeczne i gospodarcze, wywarły znaczące straty w ekosystemach. Rewolucje przemysłowe, technologiczne, okres "zimnej wojny" to tylko nieliczne przykłady działań, w których koszty, zwłaszcza środowiskowe, nie były brane pod uwagę. 92 lata po Rozwadowskim i 13 od "Szczytu Ziemi" w Brazylii, także Polska zobowiązała się wdrażać ideę zrównoważonego rozwoju zapisaną w programie ekorozwoju - Agenda 21. Formalnie pojęcie to zostało umieszczone w Konstytucji RP z 2005 r. (art. 5), w znowelizowanym prawie ochrony środowiska, prawie łowieckim, rybackim i wielu przepisach wykonawczych.

Trudno jednoznacznie ocenić, czy robimy dobrze próbując zabiegać o przetrwanie zasobów naturalnych. Większość głosów płynących ze świata nauki podtrzymuje tezę, że wyeliminowanie w wyniku antropopresji jakiegoś gatunku z królestwa zwierząt czy roślin, to niepowetowane straty i zagrożenie dla istniejącej równowagi ekologicznej. Są też zdania, że eliminacja jest stara jak świat i to dobrze, bo w miejsce innych, wymarłych gatunków pojawiają się nowe. Spotyka się także interpretacje przypisujące zrównoważonemu rozwojowi wpływ na hamowanie postępu. Jak przypominają ekolodzy z WWF, powołując się na badania IUCN (Światowej Unii Na Rzecz Przyrody) "w ostatnich 150 latach tempo wymierania ptaków i ssaków zwiększyło się czterokrotnie. Jesteśmy świadkami wymierania gatunków w najszybszym tempie od 65 milionów lat, czyli od czasów, kiedy wyginęły dinozaury…". Nawet podchodząc z dystansem do tych szacunków, jasnym jest, że działalność człowieka odbija się mocno na przyrodzie, a efektów nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Opracowano liczne katalogi gatunków zwierząt i roślin, które wymarły lub ich populacje znajdują się na granicy wyginięcia. Na przykład na liście "Greenpeace" znalazły się znane nam gatunki jak węgorz europejski, a z morskich: tuńczyki, płastugi, dorsz, łosoś i halibut.

Potencjalnie więc posiadamy świadomość i nie brakuje w Polsce regulacji do podejmowania działań sprzyjających utrzymaniu zasobów naturalnych na bezpiecznym poziomie, zwłaszcza tych najbardziej interesujących wędkarzy, czyli ryb. Czy jednak nie mamy wątpliwości, a często także danych potwierdzających, że sytuacja zamiast się stabilizować, raczej ulega pogorszeniu? Przecież nie sposób zarzucić wędkarzom, że nie potrafią łowić albo, że zagraniczna turystyka wędkarska mająca na celu łowienie ryb tych samych co w Polsce gatunków, to jakaś fanaberia. Z drugiej strony nikt rozsądny nie zaprzeczy, że właśnie ci potrafiący łowić wędkarze są przyczyną malejących zasobów ryb, tak samo jak działający na łowiskach rybacy. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z działalnością wychodzącą naprzeciw zapotrzebowaniu rynku na konsumpcję, w którą w różnym stopniu wpisują się także wędkarze (przynajmniej w niektórych krajach).

Przyjmując zrównoważoną gospodarkę rybacką za konieczność, w kolejnych felietonach postaram się poprzeć to prostymi analizami rynku i branży, wskazując obecne trendy, a przede wszystkim stan obecny, który upoważnił mnie do użycia tytułowego stwierdzenia o (nie)zrównoważeniu rybactwa.

Niejako przy okazji, warto zwrócić uwagę na obecnie powszechne nadużywanie określenia "zrównoważony" w praktycznie wszystkich aspektach życia społecznego. Zrównoważenie bywa odmieniane przez wszelkie możliwe przypadki i zastosowania, a w konsekwencji prowadzi na manowce (pół biedy jeśli tylko na intelektualne). Pozostańmy więc przy pierwotnym i jedynie słusznym zastosowaniu zrównoważenia, czyli przy kwestiach zarządzania środowiskiem naturalnym, zasobami i rozsądnym konsupcjonizmem.

TJ

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

" ryby nie są niczyją własnością dopóki nie zostaną złowione;".
Bardzo odważne i nowatorskie spojrzenie Robercie :) . Czy mogę powołać się na Ciebie przy kontroli i braku opłaty za wędkowanie? :)
Wiesiu, to nie jest moje stwierdzenie, tylko ustalenia WPRyb, czyli założeń EU, tutaj potwierdzenie w linku: strona KE. Inaczej rzecz ujmując chodzi o to, że zasoby wód są dobrem wspólnym. Ale dobrze, że odniosłeś się do tego zdania, bo zauważyłem, że popełniłem błąd w tłumaczeniu (podwójne zaprzeczenie) i już to poprawiłem. Możesz się powołać :) ale kara Cię nie minie 8). Co do zasady, większość zasobów znajduje się morzach i oceanach, które należą do wszystkich. Oczywiście dostęp do nich regulują odrębne przepisy, np. ustalenia granic wód terytorialnych, co oznacza, że ryby w związku z tym, że migrują (pływają gdzie chcą) mogą być złowione w dowolnym miejscu. Jednak, żeby je złowić trzeba o pozwolenie pytać opiekuna wody. Na śródlądziu jest podobnie, tylko bardziej restrykcyjnie bo zasobów mniej.
Ja oczywiście podszedłem do tego dość przewrotnie ale paradoksalnie jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Zwłaszcza w świetle takich wynurzeń i interpretacji: Rybanaga
Nie wiem, czy ten link dobrze mi się wstawi ale jak nie to Romek z radością mi poprawi :grin .
Dzięki, na Ciebie zawsze można liczyć :) .
Wiesiu,
Ciekawa strona, ale z kilkoma stwierdzeniami autora nie zgadzam się i napiszę z którymi (w jednym z następnych felietonów), ale fajnie, że taka strona jest i że ją wyśledziłeś :)
Robercie - zapowiada się niezła epopeja, bo temat jest nizwykle obszerny. Będę uważnie czytał i zapewne nie raz włączę się do dyskusji, bo jest temat dla mnie, że tak powiem "Życiowy" (chyba dosłownie ... :grin ). Na dzień dobry warto zaznaczyć, że istniejąca sytuacja spowodowana jest w dużym stopniu niefrasobliwym ustawieniem piramidy troficznej na głowie tzn. zbyt wielu konsumentów w stosunku do potencjału produkcji wód.Czasem pomagaja w tym wspomniani ekolodzy (np. ochrona kormorana, wydry, fok, itd). Takiej sytuacji historia naszej planety na taką skalę chyba nie znała wcześniej i stąd nie sposób w oparciu o historię prognozować, jak potoczy się "dalszy ciąg" ... . Czekam na dalsze odcinki TJ i to niecierpliwie ... :roll
Wiesławie - na śródlądziu przynajmniej ryby to nie rzeczy, a "pożytki" do którego prawo ma prawny właściciel wody (u nas suwerenem jest Państwo czyli w zasadzie NARÓD), a po PRAWNYM wyłowieniu - ten kto je złowił. Wypuszczając zatem rybę do wody po jej wcześniejszym złowieniu zawsze nieodparcie czuję się darczyńcą i filantropem na rzecz Narodu (no, w końcu inni oddawali życie więc to niewielka danina ... :cry )