Jakoś tak przed świętami kumpel zadzwonił z zapytaniem, czy na dorsze bym się na początku stycznia nie wybrał o ile pogoda dopisze. Właściwie czemu nie? – pomyślałem. Ostatni raz pływałem za dorszami jakieś 3 lata temu z Marianem i Sołtysem – chyba już zapominam, jak taki dorsz wygląda. Kiedy kolega zadzwonił 2 stycznia i zapytał: „Jedziemy, czy nie, ale dziś w nocy, żeby od rana połowić?”, akurat byłem w samochodzie w drodze powrotnej z Olsztyna do Jabłonny i jak pomyślałem, że zaraz trzeba będzie tą samą trasą wracać, to mi się szczególnie nie chciało… A i zimno na morzu może być, a nawet padać może… Nie lepiej to w chałupie posiedzieć…?
Wodnick, do jasnej cholery, na dorsze nie chce ci się jechać??? Starzejesz się, dziadu!
Takie szybkie przemyślenie szybko pozwoliło mi podjąć krótką i jedynie słuszną decyzję.
-JADĘ!
-Ok. To o pierwszej w nocy jestem u ciebie, bądź spakowany i lecimy.

Jak powiedział, tak zrobił, przyjechał chwilę przed pierwszą. Ja już byłem gotów, sprzęt spakowany (od ostatniej wyprawy nawet nie zajrzałem do wiaderka z pilkerami, ani też nie ruszałem kołowrotka, co zresztą zemściło się na mnie na morzu – i dobrze mi tak), ubrałem się na cebulę, a że nie mam żadnego Sea Foxa, Fladena, czy innego stroju z hiper-duper-micro-tex-kosmos-membrany w oczojebnych kolorach, przypomniawszy sobie pewną rozmowę z Izą Cudnik o zimowym dorszowaniu, pomyślałem, że spróbuję jej patentu, mianowicie zabrałem ze sobą spodniobuty neoprenowe, które mi od lat dobrze służą na rzekach, tak więc i na kutrze nie powinny mnie zawieść.

Kumpel zaproponował, że pojedziemy jego samochodem, więc nie miałem problemu, że będę kierował z oczami na zapałkach, wsiadłem do maszyny i ruszyliśmy. A po drodze gadanie, jak to drzewiej łowiliśmy, wspominki, anegdoty, chwalenie się osiągnięciami – standardowo przy okazji wypadu na ryby. A jeździliśmy dawniej naprawdę dużo – przez kilka lat praktycznie co miesiąc, zawsze do Władysławowa – to nasze ulubione miejsce na dorszową przygodę, znaliśmy tam praktycznie każdego, o jednostkach każdego armatora można było godzinami opowiadać i opinie wymieniać. Łowiliśmy nieźle, zawsze zadowoleni z efektów i klimatu na rybach. Tak też i teraz – wspominki, nowinki i tak dalej i tak dalej.

Chwilę po piątej rano byliśmy na miejscu. Niewyspani, zmęczeni, ale jak zawsze podekscytowani, bo to morskie wędkowanie ma swój specyficzny klimat. Wypływamy po szóstej, więc jest czas na ubranie się, wbicie się w neopreny i tu muszę powiedzieć, że ten pomysł wcale nie jest taki zły, jak by się z początku wydawało. Spodniobuty, o ile są dobrze dobrane, są naprawdę wygodne, bardzo ciepłe i absolutnie wodoodporne, czego zresztą nie omieszkałem wykorzystać, stojąc na dziobie kutra, kiedy płynęliśmy pod fale i bardzo ostro zalewało tenże dziób i inni dali nogę do kabiny, bo przemakali. Poza tym, śpiochy takie ładnie przylegają do ciała, niezbyt ściśle, ale na tyle dobrze, że moim zdaniem były o wiele wygodniejsze, niż obszerne, spadochronopodobne ubranka niektórych uczestników rejsu, co czasem ma znaczenie podczas przechodzenia, czy raczej przeciskania się w ciasnych miejscach. Co prawda kumpel powiedział, że wyglądam w nich, jakbym w rajtuzach latał, ale nie specjalnie zwykłem się przejmować tym, jak to inni widzą, najważniejsze, że świetnie się sprawdziło. Szczególnie, kiedy porównywałem swoje odzienie z wojskowymi strojami w nieśmiertelnych barwach moro, czy innymi „przeciwdeszczowymi”, które po godzinie płynięcia i chlapania z każdej strony wymagały solidnego wyżymania a przynajmniej intensywnego suszenia. Jeden jedyny minus neoprenów, jaki ewentualnie może być uciążliwy na kutrze: Matka Natura lubi czasem wezwać do opróżnienia ciałka z tego, czy owego – i tutaj już tak łatwo, jak w klasycznym stroju nie jest, bo ściąganie z siebie tej pianki, po uprzednim zdjęciu góry, czyli sztormiaka, jakiejś kurtki, bluzy, czy polaru, jest o niebo trudniejsze, niż rozpięcie rozporka, czy też ściągnięcie portek na dłuższą zadumę. Tak więc prosiłem Mateczkę Naturę, żeby oszczędziła mi takich prób, co łaskawie przyjęła do wiadomości i oddaliła ode mnie widmo wyłuskiwania się z piankowych gaci. Dzięki dobrej izolacyjności neoprenu, mogłem sobie natomiast przez cały czas płynięcia do łowiska i z powrotem stać na pokładzie i mieć gdzieś wiejący wiatr i chlapiąca wodę, podczas kiedy inni towarzysze rejterowali pod pokład.

Wypłynęliśmy kiedy jeszcze było ciemno, i praktycznie dopiero około 7’40 zaczęło świtać, po czym szyper zaczął szukać ryby.
No właśnie…

Po pierwszym, drugim zerowym napłynięciu pomyślałem, że standardowo, sprawdzimy najpierw, jak duży jest dryf, jak mocno wieje i wbijemy się w ławicę, stado, watahę, czy jak tez inaczej określić to masy dorszy, które dno morza zalegać powinny. Tyle, że to sprawdzanie siły prądu i wiatru trwało…i trwało… Po około dwóch godzinach młócenia plew na około sześćdziesięciu metrach, zacząłem się zastanawiać, czy już do reszty zidiociałem, zapomniałem, jak się dorsze łowi, tak samo zresztą, jak reszta ludzi na kutrze, czy też coś jest nie tak. Szyper miał minę coraz mniej luźną i widziałem, że zaczyna naprawdę intensywnie pracować nad poszukiwaniem ryby. Rozmowy przez radio, wymiany informacji, podpytywanie, czy u was jest coś, czy macie zapisy itd., szukanie, napływanie, ucieczki na kolejne miejscówki po jednym, dwóch napłynięciach. Ta zabawa trwała do godziny 12’30, kiedy zgadano się na radiu, że gdzieś tam są zapisy i są też ryby. Płyniemy tam!

Nie tylko zresztą my – za nami jak duch znikąd pojawił się kuter innego armatora i zaczął się regularny wyścig do miejscówek. W pewnym momencie mieliśmy z kumplem radochę, bo to wyglądało, jakby drugi kuter chciał nas taranować, później brać abordażem, szybszy był cholera, więc nas wyprzedził, popędził, jak oparzony na łowisko nadane przez radio.
A na miejscu – już ze cztery jednostki, które się kręciły w koło, wszystkie w stosunkowo niedużej odległości i na wyścigi stawały w dryf.
Fakt, zaczęły się brania. Jak na komendę prawie wszystkie kije na pokładzie się ugięły. No! Nareszcie! Big game się zaczyna!

Big game?! Jaki do cholery big game?! Kiedy zobaczyłem swojego pierwszego dorsza, z zażenowaniem się rozejrzałem, czy nikt inny go jeszcze nie widział i wrzuciłem gówniarza do wody, niech wraca po tatusia, albo choć starszego brata! Okaz miał oczy tak blisko dupy, że przy wypróżnianiu pewnie sobie w ślepia robił… Tyle, że kiedy się rozejrzałem, zauważyłem, że reszta towarzystwa wcale nie złowiła nic większego, ale praktycznie każdy swoja rybę wpakował do kasty. Zapytałem członka załogi kutra, jaki wymiar ochronny jest aktualnie honorowany i usłyszałem: „My nie jesteśmy pod kontrolą, nie patrz na wymiar”. Może i tak, ale do ciężkiej cholery wręcz wstyd takie maluchy zabierać… a nawet grzech! Wyrzuciłem jeszcze kilka smerfów, między nimi trafił się jakiś około 40 cm – zabrałem. Gość obok mnie powiada:
„Ja tam biorę wszystko, co złapię”.
Mówię mu „chłopie, przecież z tego maluszka nawet nie jesteś w stanie fileta wykroić”.
„Na zupę będzie, albo się całego usmaży i będzie chociaż z czego ości ogryzać…”

I tak właśnie było. Jak było dobre napłynięcie, zahaczały się maluchy, na niektórych przywieszkach dublety, ale praktycznie, jak ja to określam: rosolaki – cały do gara się mieści bez zginania. Łowcy targali okazy z zacięciem godnym lepszej sprawy i wszystko pakowali do skrzynki. Wszystko! Gdzieś się kręcił jakiś nawalony moczymorda, który samą donośnością wypowiedzi i ciągłym wrzaskiem udowadniał wszystkim, że jest zaprawionym w bojach wilkiem morskim i on nawet chyba powinien się wydzierać, bo się z szyprem zna, dalej inny wylazł spod pokładu i dziwił się, że prawie połowę rejsu przespał, ale za to już prawie kaca nie ma…

A w skrzynkach zdychał cały bardzo młody rocznik dorszyków, takich jakie jeszcze kilka lat temu wywoływały śmiech i głupie docinki kolegów, kiedy któryś miał pecha i takiego złowił. Nie będę ukrywał – w pewnym momencie irytowało mnie, że słabo mi idzie, miałem przez długi czas dwa dorsze w skrzynce, bo wyrzucałem te maluszki, nawet, kiedy nie wyglądały, jakby mogły przeżyć, pomyślałem, czy może nie zmienić przekonania i zacząć zabierać ten narybek, ale naprawdę – nie był bym w stanie takich ryb komukolwiek pokazać i się pochwalić. Niektóre miały około 18-20 centymetrów. Noż kurwa mać – okonie takie wypuszczam, jak duże biorą.

A na łowisku kutry się tylko tasowały w napływach, żeby się ustawić nad rybami przed innymi i złowić, co jeszcze się da. I nie mam tu żalu do szypra – on zarabia na życie wożąc takich jak ja amatorów morskich ryb i przygód, a jeżeli naprawdę te połowy nie podlegają kontroli to nie będzie kazał wędkarzom obowiązkowo ryb wypuszczać – później mogą nie wrócić, znajdą innego armatora, który takich dylematów nie ma, a żyć z czegoś trzeba…

Podczas przepływania krótka rozmowa na temat liczebności i wielkości dorsza. I co? Ano dowiedziałem się, że jeżeli chodzi o liczebność, to dorsza jest dużo, problem tylko z jego wielkością. Praktycznie nie łowi się teraz dorszy dwu – trzy kilogramowych, po prostu ich nie ma. Całkowicie natomiast „wyginęły” dorsze na wrakach – od dwóch lat ich się tam nie łowi. Gdzieś się podziały, jak usłyszałem.
No ciekawe, gdzie?

Pamiętam opowieści, że na wrakach łowiono po 20 - 30 dużych dorszy na łeb – dużych znaczy blisko 10 kilogramowych, a wśród nich niejednokrotnie okazy kilkunastokilogramowe. „Piątki” były normą. Ekipa lekarzy z Ostrołęki opowiadała mi kiedyś, że tak łowili, że zabrakło miejsca w skrzynkach, to zapełnili jeszcze chyba dwie duże beczki plastikowe, takie po 200 litrów pojemności, a później z braku miejsca gdziekolwiek, część ryb lądowała na pokładzie. Najlepszy na kutrze złowił około 200 przez cały dzień. Nie wiem, czy to możliwe tyle ryb wytargać z wody przez jedną dniówkę, ale latem dni są długie, a ryb było kiedyś naprawdę sporo. Było. Jak można się dziwić, że na wrakach ryb nie ma, kiedy te wraki były przez całe lata eksploatowane, jak taksówki w RFN’nie – praktycznie cały rok na okrągło i nieraz na kilka zmian. Kiedyś musiano je skutecznie oczyścić z ryby. Inne miejscówki zresztą również. Górki, inne znane łowiska. A i rybacy sieciami swoje zrobili.

Nie czuję się kompetentny, aby próbować stawiać jakieś super mądre diagnozy, ani też proponować jakieś rozwiązania. Każdy ma swój rozum i powinien wiedzieć, czy to, co robi, to jest hobby, pasja, zamiłowanie i sport, do których trzeba podejść z głową i sercem, czy też najczystszej próby mięsiarstwo i rzeź niewiniątek, jak to mi się skojarzyło widząc okazy w skrzynkach towarzyszy rejsu.

Z tej wyprawy przywiozłem do domu 6 (słownie sześć) dorszy. Czyli jeden poniżej limitu, jaki jest mi znany (chyba, że się zmienił, o czym ze wstydem się przyznam, nie wiem). Najmniejsza z moich ryb mierzyła 35 centymetrów. Najlepszy (czy może najefektywniejszy) na pokładzie miał 25 dorszy. Cały jego połów sięgał do połowy skrzynki. Możecie sobie wyobrazić, jakiej wielkości to były ryby. Mój kumpel chwalił się, że mi dupę skopał, bo złowił 14 dorszy. Szkoda tylko, że nie pomyślał, jakiej wielkości było połowa z nich… Dałem mu to zresztą do myślenia podczas drogi powrotnej. Nie wiem, czy dotarło.

Nie jestem jakoś rozgoryczony tym, że mało ryby do chałupy przytargałem, popływałem w styczniu po morzu przy naprawdę pięknej pogodzie, nacieszyłem się znów morzem, klimatem ulubionej przygody, rodzinka zjadła ze smakiem pysznego dorsza z patelni, żona miała ode mnie święty spokój przez całą dniówkę. Przy okazji dowiedziałem się co nieco o ludziach. A to jest nie do przecenienia.

Kilka słów o sprzęcie. Nie jestem jakimś sprzętowym maniakiem, mam od 13 lat tę samą wędkę: 270 cm Dragon Energy Dorsz o c.w. do 300 gram, do tego Bertus 600 BT i nawinięta plecionka, której zapomniałem po ostatniej wyprawie wyrzucić, bo franca jest masakryczna: gruba i chropowata, stwarza duży opór podczas opadania przynęty na dno, jak również podczas wyciągania pilkera. Cała ta konfiguracja daje mi tyle, że pilkera poniżej 250 gram na głębszej wodzie w ogóle nie czuję i naharować się muszę ostro przy łowieniu. Kiedyś mi się ten sprzęt ładnie sprawdzał podczas łowienia we Władysławowie, kiedy łowiliśmy dość dużo dużych ryb na głębokościach nierzadko około 70-75 metrów. Wtedy potrzebny był sprzęt pancerny, jak na polskie warunki. Teraz jednak stwierdzam, że nie ma najmniejszych szans na sensowne łowienie w tej konfiguracji. To mordęga, nie wędkarstwo. Ale sam jestem sobie winien – trzeba było się przygotować, a nie jechać z partyzanta. Ale jak się nie ma w głowie, to się ma w łapach w tym wypadku.

W zasadzie nie wiem, co zrobić: zmienić sprzęt, czy też poczekać na lepsze czasy. Tak, czy inaczej Władysławowo na najbliższy czas (2-3 lata) jest dla mnie tematem zamkniętym. I powtarzam, nie jest to awersja do jakiegokolwiek armatora, po prostu tam teraz nie ma praktycznie szans na wędkowanie, jakim ono być powinno. Amatorzy jedzenia rybich dzieci i tak tam będą jeździć.

Jeżeli już, to odchudzę sprzęt, czyli długie na 2,4 m. wędzisko o c.w. maksymalnie do 180 gram, wysokiej klasy gładka plecionka max. 0,16 mm, lekkie pilkery, czy główki z gumą, może jakieś małe przywieszki i łowienie na płytkich wodach, do 20-25 metrów. Wtedy to łowienie jest trochę bardziej świadome, można lekko grać przynętą, sensowniej ją prowadzić, a nie wykonywać szarpnięcia o amplitudzie ruchu sięgającej 4 metry, gdzie zaczepienie ryby za bok nie jest jakimś czymś szczególnym. Na pewno też małe ryby, złowione na płytszej wodzie i wyciągnięte z niej, mają większą szanse na przeżycie po wypuszczeniu, niż wyciągnięte, jak na katapulcie z siedemdziesięciu metrów dorsze, którym ciśnienie wysadza oczy na wierzch, a pęcherz pławny rozwiera pysk po takiej „kuracji”.

Muszę poczytać opinie wędkarzy, łowiących na tychże płytszych wodach, może się tam wiosną wybiorę popróbować od nowa w pełni poczuć tę morską przygodę w takim stopniu, jaki w Polsce jest jeszcze możliwy. Bo powiem szczerze, jakoś smutno mi się zrobiło, kiedy całą tę wyprawę porównałem do tych z lat ubiegłych.
A może się po prostu starzeję i zaczynam marudzić…?

Marudził i narzekał Mirek Szczepański *Wodnick*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Mirek, jakoś tak w listopadzie byłem we Władku z Sołtysem i kolegą z pracy. Wyniki ilościowe i wielkościowe mieliśmy takie jak Ty. Duże miay przypłynąć XII/I/II ale z tego co piszesz dorsze się o tym nie dowiedziały :P Generalnie na Bałtyku zrobiło się ........nie najlepiej i żeby zawalczyć z dorszem powyżej 1kg trzeba do Norwegii jechać :P
Zostało 5 miesięcy !!! 8)
Bałtycki standard od kilku lat. Na ostatnim wypadzie o którym Sacha wspominał, najlepiej sprawdzała mi się wędeczka 6,6 stopy nominalnie 3 oz i mały multik z plećką 20 lbs, co jak na mnie to jest niemal ultralajt ;) ;).
W Lidlu czesto gesto sprzedaja filety. Na oko maja po 25-30 cm dlugosci. Jaki to moze miec wymiar? I jaki jest w.o dorsza?
Ja kupuje te filety. Sa smaczne. Ale robie to bezwiednie.
Przykre naprawdę, nie byłem na dorszach od 2007 roku i dopóki ktoś szlaków nie przetrze i mi nie powie, że coś drgnęło na lepsze, to nie dam się skusić.

Dobry tekst, potrzebny, pokazujący jak to teraz może wyglądać.
Ano właśnie, wszędzie te same opinie i refleksje. Brak przyzwoitego dorsza w Bałtyku. Nie wiem, czy trzeba przetrzebić masę drobiazgu, czy odpuścić całkowicie morzu i pozwolić podrosnąć przedszkolakom.
Dobrze Mirku, że opowiedziałeś tę historię.
+1
Ja odpuściłem Bałtyk. Szkoda kasy.
Mirek dzięki za artykuł. Szkoda tylko że tak rzadko piszesz, bo piszesz przecież wspaniale.
Z dorszami będzie jak z rybami w naszych rzekach, coraz mniejsze, okazy coraz rzadsze.
A może ja się też starzeję, bo jak spotykam młodszych wędkarzy to muszę zakładać okulary, żeby zobaczyć te ich ryby.
Aha i nie narzekaj nie marudź, bo nie pojechałeś po ryby tylko na ryby.
Pozdrawiam
Mirek,

Brakuje jeszcze jednego. Zdjęcia.
Nie tych mikrusów. Twojej gęby z podbitymi ślepiami ;) Do dzis opowiadam o tym dzieciom. A ty wstrętny zmrolu mimo moich kilku prób nie chciałeś się spotkać we Władku. Teraz, by odkupić swe winy, musisz przynieść tyle wódeczki, ile... ja ważę ;)
Sama prawda niestety. Teraz nawet połamania nie można życzyć. :(
Kolejna relacja potwierdzająca to, co wiadomo od dobrych kilku lat. Szkoda kasy i nerwów. Lepiej dozbierać pieniędzy i pojechać póki warto do Szwecji, bo i tam z każdym rokiem będzie trudniej o konkretną rybę, albo do Norwegii. Zatem chętnych do zakupu sprzętu morskiego, którego mi się nieco nazbierało, a z którego nie skorzystam prędko, zapraszam na priv.